Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia z PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia z PRL. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 2/2)

Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów — Olsztyn: krótki pobyt i trochę wspomnień o tym mieście — Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów — Spadająca flaga 22 lipca 1979 r., czyli zwiastun początku końca PRL-u — Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce” — Zaniedbany cmentarz mazurski — Nieoczekiwany mocny sen — Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej — Ponad 50 lat „Wandy”



To jest cześć druga. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.


Rzecz jasna, bardzo miło wspominam moje „płetwonurkowe” czasy i niezmiernie się cieszę, że doświadczyłem tego raczej rzadkiego hobby. W lipcu 1979 roku spędziłem parę tygodni na obozie szkoleniowym na wyspie Szeroki Ostrów na jeziorze Śniardwy. Chociaż był to teoretycznie klub harcerski, nie istniał żaden wymóg należenia do ZHP, a samo członkostwo w klubie nie czyniło ze mnie automatycznie harcerza. Na wyspie faktycznie znajdował się żeglarski obóz harcerski, bodajże z Pałacu Młodzieży w Warszawie, składający się z „autentycznych” skautów w mundurkach harcerskich — my jedynie musieliśmy nosić niebieskie koszule ze sznurem. Był on oddalony od nas o kilkaset metrów. Do tego obozu codziennie chodziliśmy na posiłki i czasami uczestniczyliśmy wraz z jego mieszkańcami w imprezach przy ognisku.

Srebrny Krzyż Harcerski ZHP tradycyjna odznaka skautowa na jasnym tle
Krzyż Harcerski

Z obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów posiadam kilkanaście zdjęć — w tym kolorowe. Po raz pierwszy w życiu kupiłem wówczas barwny film fotograficzny. Kolory niestety wyszły kiepskiej jakości — nie wiem, czy była to moja wina, czy zakładu fotograficznego. W każdym razie zdjęcia czarno-białe podobają mi się o wiele bardziej — nawet w dobie fotografii cyfrowej!

Z Warszawy dojechaliśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie, czekając na dalsze połączenie, przeszliśmy się po mieście, a nawet wpadliśmy do EMPiK-u (Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki) na dość ciekawą pogadankę na temat znaczenia Polski w świecie. EMPiK w czasach PRL-u był nie tylko księgarnią, ale także ważnym miejscem spotkań, odczytów i kontaktu z zagraniczną prasą oraz kulturą.

Oficjalny herb Olsztyna przedstawiający świętego Jakuba Apostoła w białych szatach trzymającego laskę i muszlę na niebieskim tle
Herbem Olsztyna jest postać świętego Jakuba Większego Apostoła w białych szatach na niebieskim polu. Święty trzyma laskę i muszlę pielgrzymią, tradycyjne atrybuty szlaku Camino de Santiago.

~ ~ ~ ~ ~

W Olsztynie byłem przynajmniej raz, w sierpniu 1977 roku, i kilkakrotnie chodziłem na ryby na pobliskie jeziora. Kiedyś podczas wędkowania spotkaliśmy starszego, sympatycznego mężczyznę, który również przyszedł nad jezioro i wdaliśmy się z nim w rozmowę. Powiedział nam, że po niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku znalazł się na terenach zajętych przez Związek Sowiecki i trafił do Armii Czerwonej, uzyskując stopień kapitana. Po „wyzwoleniu” pojawił się właśnie w Olsztynie, o którym opowiedział kilka historii, które doskonale zapamiętałem:

• Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Olsztyna samo miasto było stosunkowo mało zniszczone. Żołnierze sowieccy, wiedząc, że miasto przypadnie Polsce, zazdrościli Polakom, że dostanie się im tak piękne miasto. Chodzili więc po ulicach i rzucali granatami do ocalałych budynków, powodując liczne pożary. (Polecam krótki artykuł Straszy w mieście! Mieszkańcom Warmii i Mazur Sowieci zgotowali w 1945 r. piekło. Nie zasługują na naszą wdzięczność, a tym bardziej na pomnik w centrum Olsztyna autorstwa dra Karola Nawrockiego, ówczesnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a od 2025 roku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).

• Sowieci również lubili łowić ryby — nie potrzebowali jednak wędek. Łowili je, wrzucając do jezior granaty, a następnie zbierając ogłuszone ryby.

• Wielu nowo przybyłych do Olsztyna Polaków mogło zajmować najlepsze domy i często poszczególne rodziny zajmowały po kilka nieruchomości. Twierdził, że do dziś pozostają one własnością ich potomków. On sam, jako kapitan Armii Czerwonej, mógł otrzymać najlepszy dom, z najnowocześniejszym wyposażeniem dostępnym w mieście.

• Nie pamiętam już dokładnie, z jakich powodów, ale ów człowiek przyłączył się do zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Po pewnym czasie zaprzestał działalności i skorzystał z amnestii, dobrowolnie zgłaszając się do władz. Przez pewien czas był więziony, ale później odzyskał wolność. Ze względu na swoją przeszłość polityczną przez resztę życia pozostawał na „celowniku” Urzędu Bezpieczeństwa i nie miał łatwego życia.

~ ~ ~ ~ ~

Z wyjazdu na Szeroki Ostrów utrwaliło mi się w pamięci kilka epizodów, o których chciałbym wspomnieć.

*

             Z Olsztyna dojechaliśmy pociągiem do Piszu. Z powodu opóźnienia dotarliśmy tam dopiero po północy, a samochód, który miał nas odebrać z dworca i zawieźć na obozowisko, po kilkugodzinnym oczekiwaniu odjechał niespełna godzinę przed naszym przyjazdem. Chcąc nie chcąc, pomaszerowaliśmy więc w środku nocy około 14 km, z ciężkimi plecakami, i dotarliśmy na wyspę nad ranem, gdzie czekały już na nas rozbite namioty. Zmęczeni szybko udaliśmy się na spoczynek.

Nasze obozowisko znajdowało się mniej więcej vis-à-vis obecnego (2026 r.) pola namiotowego, po drugiej stronie drogi, na polance w lesie, bardzo blisko wody (53°43'57.9"N 21°44'38.0"E / 53.732750, 21.743889). Centralny plac był osłonięty kanopą spadochronu. Zbudowano również prymitywny „pomost” do cumowania łodzi.

Nasze obozowisko "pod spadochronem"

Chciałbym też dodać, że wyspa była połączona z lądem przejezdną groblą, usypaną około 1943 roku przez robotników przymusowych z obozu w Zdorach. Wcześniej łączność z lądem zapewniał niewielki prom. Tak więc od tamtego czasu technicznie stała się ona półwyspem.
*

            Był to rok 1979, ostatni pełny rok rządów Edwarda Gierka (zwanego Edwardem Dłużnikiem — ponieważ ogromne kredyty zagraniczne zaczynały coraz bardziej obciążać polską gospodarkę) i jego kolegi, premiera Piotra Jaroszewicza. Braki w sklepach stawały się coraz bardziej widoczne, a sytuacja gospodarcza Polski stale się pogarszała.

Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych i codziennie odbywał się apel, podczas którego jeden z nas wciągał flagę na maszt — było to wyróżnienie (mnie również spotkał ten zaszczyt, i to już pierwszego dnia, w uznaniu za dzielny nocny marsz).

W tym pamiętnym dniu, noszącym znamienną datę — 22 lipca 1979 roku (tego dnia w Polsce Ludowej obchodzono Narodowe Święto Odrodzenia Polski, najważniejsze święto państwowe w latach 1944–1989, upamiętniające ogłoszenie Manifestu PKWN w 1944 roku) — a dodatkowo było to 35-lecie PRL-u — jeden z uczestników zaczął wciągać flagę na maszt.

Gdy biało-czerwona bandera powoli dotarła na sam szczyt, nagle oderwała się i poszybowała z powrotem na ziemię!

Wielokrotnie komentowaliśmy później to zdarzenie jako złowieszczy zwiastun — i rzeczywiście się nie pomyliliśmy. Już rok później rozpoczęły się strajki, niebawem powstała „Solidarność”, Gierek odszedł na polityczną banicję, został potępiony przez własną partię, a nawet z niej usunięty.

Ale i tak dostał jedynie przysłowiowego „prztyczka”, podczas gdy powinien otrzymać solidnego kopa — i to nie jednego — podobnie jak cała jego komunistyczna gangsterska zgraja. Dziesięć lat później nastąpił koniec komunizmu.

*

            W numerze „Polityki” (tygodnika społeczno-politycznego wydawanego w Warszawie jako organ prasowy KC PZPR) przypadającym na Święto Odrodzenia Polski, jak zwykle na pierwszej stronie ukazała się kreskówka znanego grafika, karykaturzysty i satyryka Szymona Kobylińskiego.

Pomimo ilustrowania komunistycznego tygodnika, samych komunistów Kobyliński nigdy nie darzył sympatią. Na łamach „Trybuny” z 2–3 września 1991, powiedział:

„W 1947 roku grzmiały armaty po wyborach Bierutowskich i wtedy przysięgłem, że tym komuchom będę dowalał przez całe życie. I rzeczywiście — nigdy nie byłem po ich stronie w sensie aprobaty…”

Ilustracja przedstawiała dziadka, ojca i syna. Ojciec zwraca się do syna:

„Dziadek ma tyle lat, co niepodległa Polska, ja tyle, co Polska Ludowa, a ty masz 9 lat.”

Oczywiście wszyscy zrozumieli aluzję — Edward Gierek pozostawał u władzy od 1970 roku, a więc właśnie od niemal dziewięciu lat.

*            

               Na wyspie Szeroki Ostrów znajdował się przy drodze, blisko naszego obozowiska, stary, zaniedbany i zarośnięty cmentarz, z wypisanymi gotykiem, prawie nieczytelnymi inskrypcjami na nagrobkach. Jeden z uczestników obozu postanowił to miejsce trochę oczyścić, a nawet ogrodzić je barierką zrobioną z konarów drzew, bo jak powiedział: „Nie chciałbym, aby ktoś śmiecił i chodził po moich szczątkach”. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że był to cmentarz ewangelicki, a pochowane tam osoby to zamieszkujący wyspę autochtoni. Według strony internetowej www.mazury24.eu:

 „Na przełomie lat 1944/1945 Szeroki Ostrów składał się z 6 siedlisk, których właścicielami byli: Michael Adamy, Auguste Dudda, Kayka, Max Prystawik, August Sbresny”.

Mazurzy byli mieszkańcami Mazur, w większości wyznania ewangelickiego, wywodzącymi się głównie od osadników z Mazowsza. Przez stulecia znajdowali się pod silnym wpływem kultury i państwowości pruskiej, co sprawiło, że ich tożsamość była złożona i łączyła elementy polskie oraz niemieckie.

Posługiwali się lokalną gwarą i byli poddani silnej germanizacji. Określali siebie często jako Masuren (Mazurzy); ich kultura była mieszanką polskich korzeni z pruską organizacją państwową. Byli zazwyczaj rolnikami i rybakami, silnie związanymi z mazurską przyrodą, a po 1945 roku większość z nich opuściła te tereny lub została wysiedlona.

*

            Jeden z namiotów przeznaczono na skład sprzętu nurkowego i co noc ktoś musiał w nim samotnie spać, „pilnując” tych rzeczy. Pewnej nocy i mnie przypadł ten obowiązek. Nawet byłem zadowolony, bo w moim namiocie przyległe łóżko polowe zajmował muzyk, którego co rano budził wartownik — a on, półprzytomny, chwytał za trąbkę i grał na niej pobudkę — prosto w moje ucho! Byłem więc z pewnością pierwszą osobą, która zrywała się z łóżka.

Ale wracając do samotnie spędzonej nocy — mogę tylko powiedzieć, że NIGDY w życiu tak mocno nie spałem. Zasnąłem momentalnie i rano z trudnością mnie dobudzono — przez dłuższy czas byłem niczym odurzony środkami farmakologicznymi. Gdyby tamtej nocy ktokolwiek chciał ukraść znajdujący się tam sprzęt, mógłby tego dokonać bez najmniejszych problemów, a nawet zabrać namiot i wynieść moje łóżko — razem ze mną! Do tej pory zastanawiam się, co było tego przyczyną. Czy przebiegała pode mną jakaś żyła wodna lub występował inny geologiczny fenomen? A może po prostu był to przypadek...

*
            Pewnego wieczora rozmawialiśmy na różne tematy. Ktoś wspomniał książkę Stanisława Grzesiuka Pięć lat kacetu”, zaczęliśmy mówić o wojnie, obozach koncentracyjnych i zeszliśmy na temat Katynia. Tu chciałbym dodać, że w Polsce nie spotkałem w rozmowach osobistych kogokolwiek, kto kwestionowałby sprawców tego morderstwa — pytanie, kto to zrobił, właściwie nie istniało, bo każdy znał prawdziwych oprawców: Sowieckie NKWD.

Zebranie towarzyskie i dyskusja w naszym obozowisku

Zaczęliśmy o tej zbrodni dyskutować i wymieniać różne informacje. Był z nami jeden z „szefów” klubowych i obozowych, zresztą bardzo miły, wykształcony, inteligentny i fajny facet, będący dość wysokiej rangi harcerzem (instruktorem lub nawet harcmistrzem), a także pedagogiem. Milcząco przysłuchiwał się naszej dyskusji i w pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:

— Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?

Muszę przyznać, że takie pytanie było kompletnie nie na miejscu. Zapanowała niewygodna cisza i na tym nasza dyskusja się zakończyła.

Był to jedyny Polak, który w „prywatnej” rozmowie zakwestionował sprawców tej masakry. Przykre, bo nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Niestety, jak wielokrotnie zaobserwowałem, inteligencja i wykształcenie nie zawsze idą w parze z otwartym umysłem oraz umiejętnością samodzielnego, krytycznego myślenia i analizowania faktów, niezależnie od narzucanych odgórnie interpretacji i ideologii. 

Nawet nasi nauczyciele w szkole albo ten temat pomijali, albo wprost sugerowali wschodnich sprawców jako jedną z możliwych tez — ale NIGDY bez ogródek nie powiedzieli, że był to czyn Niemców. Ba, nawet esbecy, z którymi miałem "koleżeńskie" spotkanie wyrazili przypuszczenie, iż zbrodni tej nie dokonali Niemcy (chociaż rzecz jasna, mogli to zrobić w celach strategicznych).

Czytałem też, że powodem, dla którego w czterotomowej „Encyklopedii Powszechnej PWN” z lat 70. XX wieku nie pojawiło się hasło „Katyń”, była odmowa redaktorów napisania nieprawdy o tym wydarzeniu. Toteż postanowiono wybrać neutralną opcję i w ogóle takiego hasła nie zamieszczać, co samo przez się dawało czytelnikom bardzo dużo do myślenia o tym akcie ludobójstwa.

Przez cały okres istnienia Polski Ludowej oficjalna propaganda przypisywała zbrodnię katyńską Niemcom. Dopiero przed upadkiem komunizmu władze radzieckie oficjalnie przyznały odpowiedzialność NKWD za zamordowanie polskich oficerów w 1940 roku.

Natomiast w Kanadzie natknąłem się na emigrantów ze Związku Sowieckiego i niektórzy nadal twierdzili, iż była to zbrodnia popełniona przez Niemców, trzymając się twardo oficjalnej wersji rządu sowieckiego. Ale w ich przypadku powinno się im współczuć — chyba takie mają geny i DNA i przez to najbardziej właśnie oni wycierpieli (i nadal cierpią) z powodu tego systemu, który de facto popierają — lecz na narodowy masochizm i wrodzoną poddańczość nie ma rady.

Mój dziadek, Jerzy Kismanowski (1894-1940)

Tu zresztą pragnę dodać, że Katyń ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk: mój dziadek (ojciec mojej mamy), Jerzy Kismanowski, został zamordowany w Katyniu i przez wiele dekad ona oraz moja babcia musiały żyć otoczone tym kłamstwem, a na dodatek były prześladowane przez władze komunistyczne (a mnie również lekko to dotknęło w 1981 roku).

O ile pamiętam, to ten facet po prawej stronie był instruktorem nurkowania. A ten po lewej jedynie adeptem 😁

Wracając natomiast do samego klubu — od 1975 roku cały czas prężnie działa, organizuje liczne kursy szkoleniowe i wyjazdy, a jego założyciel, Piotr Kowalski, dopiero niedawno, w 2025 roku, po 50 (tak, pięćdziesięciu!) latach zrezygnował z funkcji prezesa, przekazując pałeczkę (a raczej 🤿 rurkę do nurkowania 😁) komuś młodszemu.

Podziwiam tego rodzaju pasję, poświęcenie i zaangażowanie — a samemu klubowi życzę powodzenia i sukcesów przez następne 50 lat!

A na koniec coś zabawnego. Jeden z moich kolegów, widząc odznakę klubu, sugerował, że do jego nazwy powinienem dopisać literę „L” i wówczas powstałby Klub Podwodny WANDAL!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 2 lipca 2026

TURBACZ W GORCACH I KATASTROFA MAŁEGO SAMOLOTU W 1973 ROKU

Turbacz (49°32'34.4"N 20°06'40.9"E / 49.542874, 20.111352) odwiedziłem trzy razy i, o ile dobrze pamiętam, za każdym razem wchodziłem oraz schodziłem inną trasą. Na szczycie Turbacza (1310 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gorców, znajdowało się spore schronisko, które dla wielu turystów stanowiło naturalny punkt odpoczynku i schronienia przed kapryśną górską pogodą.

Podczas wędrówek często zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie piliśmy zimną żętycę i kupowaliśmy oscypki. Były to obowiązkowe elementy każdej górskiej wyprawy, podobnie jak rozmowy z miejscowymi góralami.

Pewnego razu mieszkający tam góral zaczął nas wypytywać, skąd jesteśmy.

    — Z Warszawy — odpowiedzieliśmy.
    — Parę dni temu była tutaj taka starsza pani, też z Warszawy — może ją znacie?

Nie pierwszy raz spotykaliśmy się z podobnym pytaniem. Niektórzy ludzie przez całe życie nie opuszczali swoich wsi czy małych miasteczek, gdzie niemal każdy znał każdego po imieniu, a jeśli nawet nie znał, wystarczyło zapytać sąsiada czy znajomego. Trudno im było wyobrazić sobie rzeczywistość wielkiego miasta, w którym setki tysięcy ludzi pozostają dla siebie anonimowe.

Z Turbaczem wiąże się także dramatyczna historia, którą opowiadała mi moja ciocia — zapalona piechurka górska, równie zawzięcie przemierzająca beskidzkie szlaki jak my. Była na Turbaczu 25 maja 1973 roku. Pogoda tego dnia była wyjątkowo nieprzyjemna — mgła ograniczała widoczność i wielu turystów postanowiło przeczekać ją w schronisku.

Ciocia akurat jadła posiłek w schroniskowej jadłodajni, gdy nagle otworzyły się drzwi i wbiegła góralka, krzycząc, że rozbił się samolot! Jak się okazało, przechodząc niedaleko miejsca katastrofy usłyszała wołanie o pomoc rannego pilota.

Rozbił się dwusilnikowy samolot sanitarny Let L-200 Morava, transportujący chore dziecko wraz z matką do szpitala.

Natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Na Turbaczu próbował wylądować helikopter, lecz z powodu gęstej mgły nie zdołał tego uczynić. Poszkodowanych przewożono z miejsca katastrofy — o ile pamiętam — wozami konnymi do pobliskiej miejscowości.

Niestety, kobieta nie przeżyła katastrofy. Pilot doznał bardzo ciężkich obrażeń (czytałem, że miał złamany kręgosłup), natomiast dziecko wyszło z tego tragicznego wypadku bez większych obrażeń.

Przy symbolicznym pomniku w miejscu katastrofy na Turbaczu

Kilka lat później, schodząc z Turbacza jedną z tras, zatrzymałem się przy symbolicznym pomniku ustawionym w miejscu katastrofy. Wykonano go ze szczątków rozbitego samolotu. Do dziś pamiętam ten moment — stojąc pośród spokojnego lasu trudno było uwierzyć, że właśnie tam rozegrał się kiedyś tak dramatyczny epizod.

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


czwartek, 25 czerwca 2026

ROK 1976: PRZEHYBA, GIŻYCKO, PODWYŻKI, PROTESTY I KARTKI NA CUKIER

Zapowiedź podwyżek cen w 1976 roku — Schronisko na Przehybie i odwołanie podwyżek przez premiera Jaroszewicza — Toksyczne słowa Edwarda Gierka i brutalne represje protestujących robotników  Jacht „Orion” w Giżycku — Spotkanie z mistrzem szpady i olimpijczykiem — Melchior Wańkowicz i Na tropach Smętka —  Prezent dla nieugiętego windsurfingowca — Wprowadzenie kartek na cukier — Żeglowanie po jeziorach Kisajno, Dargin, Mamry i Sztynorckim — Wizyta we wsi Sztynort — Pękające rowery składane firmy „Romet” — PRL-owskie kapoki — Burłaczenie jachtu kanałem do Węgorzewa — Szokujący artykuł w Wiadomościach Wędkarskich


W czerwcu 1976 roku wędrowaliśmy po Beskidzie Sądeckim. Był to dokładnie 25 czerwca 1976 roku. Szliśmy ze Szczawnicy na Przehybę (49°27'58.2"N 20°33'21.2"E / 49.466167, 20.555889). Tego dnia kupiliśmy gazetę, w której opublikowano treść przemówienia wygłoszonego dzień wcześniej przez premiera Piotra Jaroszewicza. Dotyczyło ono planowanych podwyżek cen żywności. Mięso miało zdrożeć średnio o około 69%, masło i produkty mleczne o około 50%, a cukier aż o 100%.

Premier Piotr Jaroszewicz
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Moja mama, która oczywiście zajmowała się wszystkimi zakupami, była tymi zapowiedziami oburzona. Przez całą drogę z ogromnym zainteresowaniem studiowała wszelkie informacje zawarte w gazecie. Trudno się temu dziwić — w realiach PRL nawet niewielkie podwyżki cen podstawowych artykułów spożywczych mogły bardzo mocno odbić się na budżetach rodzinnych.

Gdy dotarliśmy do schroniska na Przehybie, położonego na wysokości 1138 m n.p.m., gdzie mieliśmy spędzić noc, temat podwyżek dominował niemal wszystkie rozmowy. Turyści żywo dyskutowali o sytuacji i zastanawiali się, jakie będą jej konsekwencje.

Wieczorem zgromadziliśmy się wraz z wieloma innymi osobami w dużej sali schroniska, aby obejrzeć telewizję. Nagle na ekranie pojawił się premier Piotr Jaroszewicz i ogłosił wycofanie planowanych, drastycznych podwyżek cen żywności.

Znaczki i koperta upamiętniająca wydarzenia Czerwca '76

Niektórzy zaczęli klaskać spontanicznie, inni komentowali wydarzenie półgłosem. Chociaż w tamtym momencie nikt z obecnych nie miał jeszcze pojęcia o masowych protestach robotniczych, które tego samego dnia wybuchły w Radomiu, Ursusie, Płocku i kilku innych miastach Polski, wszyscy byli przekonani, że musiało wydarzyć się coś niezwykle poważnego, skoro władze tak błyskawicznie wycofały się z decyzji ogłoszonej zaledwie dzień wcześniej.

Dopiero później dowiedzieliśmy się, że robotnicze protesty zostały brutalnie spacyfikowane przez milicję i służby bezpieczeństwa, a wielu uczestników spotkały represje. 



Pamiątkowa srebrna moneta wydana z okazji 50. rocznicy wydarzeń Czerwca '76

Nic dziwnego: w dniu 26 czerwca 1976 roku I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zareagował na wydarzenia w Radomiu z wściekłością. Podczas telekonferencji z pierwszymi sekretarzami komitetów wojewódzkich partii domagał się on potępienia i upokorzenia uczestników protestu. Polecił by pokazać

"jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładu elementów nieodpowiedzialnych – tym lepiej dla sprawy. […] to musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”.

I sekretarz KC PZPR Edward Gierek

I sekretarz polecił też, by w szczególny sposób upokorzono mieszkańców Radomia, miasta w którym doszło go najgwałtowniejszych starć ulicznych i podpalono m.in. gmach komitetu wojewódzkiego partii. Na wiec do tego miasta należało zwieźć aktywistów z sąsiednich województw: 

"trzeba będzie tam zebrać Radomiaków i powiedzieć im, jak my ich oceniamy, jak oni wychowali swoje dzieci, jak oni szkodzą Polsce. Po prostu, towarzysze, Radomiacy powinni odczuć, że cała Polska ich lekceważy, że cała Polska ma do nich pretensje, że cała Polska będzie im to długo pamiętała”.

Szefowi radomskiego komitetu partii, który relacjonował sytuację, Gierek przerwał, mówiąc: 

 „Powiedzcie tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w d... i te wszystkie działania też mam w d... Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”.

Natomiast tego samego dnia w wieczornym „Dzienniku Telewizyjnym” oficjalne stanowisko władz przedstawił prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji Maciej Szczepański. Nie przebierając w słowach potępił tych, którzy zakłócili rzekome konsultacje (jak kłamliwie nazywano podwyżkę cen):        

"chuligańskie i złodziejskie elementy, które demolowały mienie państwowe, rabowały majątek ogólnospołeczny i prywatny, zwłaszcza w Ursusie i Radomiu”.

Jednocześnie wydarzenia czerwca 1976 roku stały się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych w historii Polski Ludowej.

Pamiątkowa moneta wydana z okazji 30. rocznicy Czerwca '76

W rzeczywistości było to bowiem nie tylko poważne niepowodzenie, ale wręcz polityczna klęska ekipy Edwarda Gierka. To właśnie w następstwie represji wobec protestujących robotników powstał Komitet Obrony Robotników (KOR), pierwsza znacząca organizacja opozycyjna działająca jawnie w PRL. W pewnym sensie był to również początek końca epoki gierkowskiej — procesu, który doprowadził do narodzin „Solidarności” w sierpniu 1980 roku, a następnie do upadku systemu komunistycznego w Polsce.

Ale w czerwcu 1976 roku, siedząc wieczorem w schronisku na Przehybie, nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tych wydarzeniach. Wiedzieliśmy jedynie, że rząd wycofał się z podwyżek w sposób tak nagły i nieoczekiwany, iż musiało się za tym kryć coś znacznie poważniejszego, niż oficjalnie informowała telewizja.

**********

Ponad miesiąc później, 7 sierpnia 1976 roku, wraz z bliskim członkiem rodziny S.K., jego żoną K.K. oraz ich znajomym pojechaliśmy na Mazury, gdzie w Giżycku otrzymaliśmy na dwa tygodnie jacht typu „Orion” z kabiną dla pięcioosobowej załogi.

Źródło: Gazeta Olsztyńskahttps://gazetaolsztynska.pl/artykul/oczy-od-pol-wieku-patrza-n1845753

Przez pierwsze kilka dni staliśmy w Giżycku, na jeziorze Kisajno, przy przystani „Almatur” (54°02'14.1"N 21°43'58.0"E / 54.037250, 21.732778), gdzie nieustannie spoglądały na nas wymalowane, ikoniczne ogromne oczy, istniejące zresztą do dziś i doskonale znane każdemu żeglarzowi („Oczy Mazur”). 

Jacht typu "Orion"
Źródło: Wikipedia Commons. Autor: Bosek1313

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma wodniakami — odwiedzali oni nasz jacht, a my odwiedzaliśmy ich. Jednym z nich był niezwykle sympatyczny człowiek posiadający motorówkę. Wraz z żoną codziennie wracał z wędkowania z maksymalną dozwoloną przepisami ilością ryb. Kilkakrotnie obdarował nas częścią swoich połowów — o ile dobrze pamiętam, były nawet uwędzone. S.K. i K.K. kilka razy zaprosili go również na pokład naszego jachtu.

Posiadał znakomity sprzęt wędkarski, co nie powinno dziwić, ponieważ był dyrektorem firmy „Polsping”, produkującej w Polsce sprzęt wędkarski. Zresztą wielokrotnie odwiedzałem sklep tej firmy przy ulicy Krajowej Rady Narodowej 42 w Warszawie (przed wojną i obecnie jest to ulica Twarda). 

*

W tym samym budynku mieściła się również siedziba Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie wydawano karty wędkarskie i gdzie co roku ustawiały się ogromne kolejki osób chcących je przedłużyć-do jednego czynnego okienka! Był to wręcz podręcznikowy przykład biurokracji doprowadzonej do perfekcji.

Znajdowało się tam także „klubowe” kino „Delfin”. Czasami, będąc w tym budynku, spotykałem starszych panów, zazwyczaj elegancko ubranych w garnitury i noszących różnego rodzaju odznaki w klapach marynarek. Jak mi wyjaśniono, byli to „działacze” lub „aktywiści” Polskiego Związku Wędkarskiego.

Od tamtego czasu słowo „działacz” zawsze kojarzyło mi się właśnie z takimi osobami — starszymi panami w garniturach, sprawiającymi wrażenie ludzi żyjących bez większych trosk, nieco oderwanych od codziennej rzeczywistości i zapewne czerpiących pewne korzyści z pełnionych funkcji.

Zastanawiałem się jednak, na czym właściwie polegała ich działalność i aktywność. Czy rzeczywiście robili coś pożytecznego dla wędkarzy, czy też ich głównym zajęciem było uczestniczenie w niezliczonych zebraniach, wybieranie kolejnych komisji, przyznawanie (sobie?) odznak, sporządzanie protokołów i wygłaszanie przemówień, których nikt nie słuchał — jak też również komplikowanie przepisów wędkarskich i stałe podnoszenie biurokracji na coraz wyższy poziom?

W czasach PRL-u słowa „działacz” czy „aktywista” miały często szczególne znaczenie. Niekoniecznie oznaczały osobę wykonującą konkretną pracę, lecz raczej kogoś, kto 'działał' w rozmaitych organizacjach, związkach czy komitetach, poświęcając znaczną część czasu na spotkania, narady i działalność organizacyjną. Dla wielu zwykłych ludzi pozostawało jednak zagadką, jakie wymierne efekty przynosiła ta aktywność.

*

Ale powróćmy do tego wspaniałego wędkarza. Poza tym Jerzy Strzałka — bo o nim mowa — był mistrzem Polski w szpadzie z 1962 roku, zawodnikiem CWKS Legia Warszawa, drużynowym mistrzem świata z 1963 roku oraz olimpijczykiem z Rzymu z 1960 roku. Cieszę się, że mieliśmy okazję go poznać!

Najprawdopodobniej to właśnie Jerzy Strzałka opowiadał nam historię o spotkaniu Melchiora Wańkowicza gdzieś w okolicach Giżycka.

Być może legendarny pisarz, który wspominał Giżycko w swojej słynnej książce reportażowo-podróżniczej Na tropach Smętka, powrócił w te strony, aby zobaczyć, jak bardzo zmieniły się one od czasu, gdy ją napisał. Nota bene, Smętek (kaszub. Smãtk) to demoniczny diabeł złośliwie trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach i pieśniach kaszubskich i mazurskich. Najprawdopodobniej pozostałość po kulcie jakiegoś bóstwa lub demona z czasów przedchrześcijańskich.

Melchior Wańkowicz (1892–1974) był jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy i dziennikarzy, często nazywanym ojcem nowoczesnego polskiego reportażu literackiego. Jego książka Na tropach Smętka, wydana w 1936 roku, opisywała podróż po Mazurach, które wówczas znajdowały się w granicach niemieckich Prus Wschodnich. Dzieło to łączyło w sobie cechy literatury podróżniczej, reportażu, historii oraz komentarza społecznego i stało się ważnym świadectwem życia tego regionu w latach poprzedzających II wojnę światową.

Po wojnie granice Polski przesunęły się na zachód, Prusy Wschodnie przestały istnieć, a Giżycko znalazło się w granicach Polski. Jeśli Wańkowicz rzeczywiście odwiedził te okolice po wielu latach, musiał zobaczyć region odmieniony nie tylko przez wojnę, ale także przez ogromne zmiany polityczne, społeczne i demograficzne.

Sukces Na tropach Smętka był ogromny. W ciągu niespełna czterech lat od pierwszego wydania książka doczekała się aż dziewięciu wydań, co było wynikiem wyjątkowym dla reportażu w przedwojennej Polsce.

Dziewiąte, a zarazem ostatnie przedwojenne wydanie spotkał szczególny los. We wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiej inwazji na Polskę, Niemcy przejęli cały nakład bezpośrednio z maszyn drukarskich w Bydgoszczy, zanim książka trafiła do sprzedaży.

Na tropach Smętka jest powszechnie uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł polskiego reportażu okresu międzywojennego. Popularność książki wynikała nie tylko z niezwykle barwnego stylu Wańkowicza, ale również z samej tematyki. Autor dokumentował życie polskojęzycznych mieszkańców Mazur i opisywał nasilającą się germanizację regionu.

Reakcja władz niemieckich była łatwa do przewidzenia. Gestapo uznało poglądy autora za jawnie antyniemieckie i zakazało publikowania oraz rozpowszechniania jego książek na terenie III Rzeszy.

Po wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 roku Wańkowicz znalazł się na liście osób szczególnie poszukiwanych przez Niemców. W dużej mierze było to związane właśnie z autorstwem Na tropach Smętka. W pierwszych tygodniach wojny prowadzono intensywne poszukiwania pisarza.

Na szczęście udało mu się przedostać do Rumunii, zanim został aresztowany. Dramatyczne okoliczności swojej wojennej ucieczki i emigracji opisał później w autobiograficznej książce Ziele na kraterze.

Dziś Na tropach Smętka cenione jest nie tylko jako znakomita książka podróżnicza i reportażowa, ale również jako niezwykle ważny dokument historyczny. Zachowało bowiem obraz Prus Wschodnich i Mazur z ostatnich lat przed II wojną światową — świata, który został głęboko przeobrażony przez wojnę i który po 1945 roku w dużej mierze przestał istnieć (na podstawie informacji z Wikipedii).

Pamiętam, że widziałem Wańkowicza na jednym z kiermaszów książki pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Niestety, wówczas byłem za mały, aby cokolwiek o nim wiedzieć. Dopiero w wieku 20+ lat zacząłem czytać jego książki, które są fascynujące! Toteż żałuję, że wówczas nie poprosiłem o jego autograf.

Aż wstyd się przyznać, ale ze zdjęcia widać, że wówczas łowiłem więcej ryb, niż obecnie w Kanadzie...

Pewnego późnego popołudnia na przystani pojawiła się grupa osób. Jeden z mężczyzn po raz pierwszy próbował pływać na desce windsurfingowej. Nie było to łatwe zadanie. Co chwilę wpadał do wody, ale nie poddawał się, wspinał z powrotem na deskę i próbował dalej.

Po dłuższym czasie udało mu się wrócić do brzegu przy gromkich brawach swoich znajomych. Usłyszeliśmy, że nazywał się Klemens. Wówczas S.K. wpadł na pomysł, aby go uhonorować za wytrwałość.

Wysłał mnie do niego niczym kelnera. Niosłem płetwę do nurkowania pełniącą rolę tacy, na której stał kieliszek wypełniony wódką.

    — Panie Klemensie, podziwiam pana determinację! W nagrodę proszę przyjąć ode mnie ten skromny prezent! — zawołał S.K., gdy dotarłem do wyczerpanego windsurfera.

Kilkanaście minut później pan Klemens wraz ze swoimi znajomymi pojawił się na naszym jachcie. Przez kilka godzin prowadziliśmy bardzo miłe rozmowy przy przekąskach i zapewne również nieco mocniejszych napojach. S.K., dzięki swojej otwartej osobowości, nigdy nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości.

W tym samym czasie w radiu coraz częściej pojawiały się audycje, w których reporterzy rozmawiali z ludźmi skarżącymi się na brak cukru. Co ciekawe, wielu rozmówców obwiniało za ten stan rzeczy innych obywateli, którzy rzekomo „wykupili cały cukier”.

Pięć lat później, w 1981 roku, kiedy w sklepach bardzo często nie było dosłownie niczego, spotkałem kobietę, która również winą za puste półki obarczała społeczeństwo. Twierdziła, że „nic nie ma, bo ludzie wszystko wykupili”.

Faktycznie, co za okropni ludzie! Zamiast grzecznie przychodzić do sklepów, oglądać towary,  podziwiać ich piękne opakowania i cieszyć się, że sklepy są pełne, oni bezczelnie je kupowali, a potem jeszcze konsumowali! Nic więc dziwnego, że półki świeciły pustkami.

Przypominało mi to historię skąpego woźnicy, który postanowił oduczyć swojego konia jedzenia. Gdy po trzynastu dniach „eksperymentu” koń wreszcie padł z wycieńczenia, właściciel narzekał wszystkim dookoła, że jego plan był już o krok od sukcesu:

„No i pomyśleć, że wszystko szło tak dobrze! Jeszcze dzień, może dwa, i koń całkowicie odzwyczaiłby się od jedzenia. Ale to głupie zwierzę zdechło i wszystko zmarnowało!”

Ryby, które (chyba?) ja złowiłem, na jachcie "Orion". Jerzy Strzałka natomiast dostarczał nam ryby typu "szczupak", a nie nędzne płotki...😁

Wieczorem 12 sierpnia 1976 roku zostałem sam na jachcie. Słuchając radia usłyszałem zdumiewającą wiadomość: rząd postanowił wprowadzić kartki na cukier, choć oficjalnie unikano używania słowa „kartki”.

Gdy S.K. i K.K. wrócili na pokład, oznajmiłem im, że wkrótce cukier będzie w Polsce reglamentowany.

Nie mogli mi uwierzyć.

S.K. stwierdził wręcz, że „naoglądałem się za dużo filmów i naczytałem zbyt wiele książek z czasów okupacji niemieckiej”.

Wkrótce jednak musiał przyznać mi rację.

Kartki na cukier w PRL oficjalnie weszły do obiegu 12 sierpnia 1976 roku. Choć pierwsze drukowane „bilety towarowe” faktycznie nosiły datę 25 lipca 1976 roku, zaczęto je powszechnie realizować w sklepach dopiero w połowie sierpnia. Władze unikały nazwy „kartki” z powodu negatywnych skojarzeń z okupacją niemiecką, nazywając je oficjalnie „biletami towarowymi”.

Były to pierwsze kartki żywnościowe od dekad w Polsce. W latach osiemdziesiątych system reglamentacji objął wiele innych towarów, a ostatecznie zniknął dopiero w 1989 roku.

Źródło: OpenStreet Map

Po opuszczeniu przystani Almatur ruszyliśmy na północ, żeglując po jeziorach Kisajno, Dargin i Mamry. Szczególnie dobrze pamiętam silny wiatr na Mamrach — nasz jacht pędził wtedy z ogromną prędkością środkiem jeziora. Uwielbiałem tego rodzaju żeglowanie! Obecnie też lubię pływać na kanu na otwartych, bezkresnych wodach zatoki Georgian Bay w Ontario — jest to unikalne uczucie. Jednakże non-stop trzeba monitorować wówczas pogodę, bo bardzo szybko może się zmienić i nawet nieduży wiatr i fale mogą się okazać strasznie niebezpieczne dla tak malutkiej łajby.

W Sztynorcie. Od lewej: NN (członek załogi), K.K. i autor tego bloga. Nie mogę uwierzyć, jaki wówczas byłem szczupły! Może dlatego, że nie było McDonaldów, fast food.. i że wprowadzono kartki?

Wpłynęliśmy również na Jezioro Sztynorckie i odwiedziliśmy wieś Sztynort. W tamtych czasach była to niewielka osada i nie przypominam sobie, aby kręciło się tam wielu żeglarzy. Trudno porównać ją z dzisiejszym, tętniącym życiem centrum żeglarskim.

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się także z załogą nieco większego jachtu. Jego 'kapitan' opowiadał nam o bardzo niebezpiecznej sytuacji, którą przeżył na Mamrach podczas gwałtownego sztormu. Załoga składała się z jego żony i córki (lub córek), które nie były przygotowane na tak trudne warunki.

Okazało się również, że był dyrektorem lub jednym z wysokich rangą przedstawicieli słynnej bydgoskiej fabryki rowerów „Romet”, produkującej między innymi popularne rowery składane.

Sam posiadałem taki rower i generalnie byłem z niego zadowolony. Nigdy jednak nie zapomnę sytuacji, gdy podczas jazdy nagle poczułem, że coś jest nie tak. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie popychał. Chwilę później leżałem już na ziemi.

Na szczęście nic mi się nie stało.

Okazało się, że pękła główka ramy (rura czołowa). Kompletnie pękła — w ręku trzymałem kierownicę i część ramy, a reszta roweru znajdowała się o metr dalej ode mnie.

Gdy opowiedziałem mu tę historię, przyznał bez większego zdziwienia, że rzeczywiście zdarzało się, iż ramy tych rowerów pękały. Co więcej, z tonu jego głosu wynikało, że traktował to niemal jako drobną, nieistotną usterkę.

Dzięki Bogu firma Romet nie produkowała samolotów... 

Zawsze lubiłem pływać na otwartych wodach jezior

Na środku jednego z jezior K.K. postanowiła popływać. Dla bezpieczeństwa założyła PRL-owski kapok.

Nie wiem, ilu czytelników jeszcze pamięta takie kapoki. Składały się z dwóch dużych „poduszek” wypełnionych materiałem wypornościowym i obszytych szarobiałą tkaniną. Jedna znajdowała się na klatce piersiowej, druga na plecach.

Nigdy ich nie nosiłem, ponieważ były niezwykle niewygodne.

Dzisiaj, pływając w Kanadzie na kanu, niemal zawsze zakładam nowoczesną kamizelkę asekuracyjną, która jest wygodna, nie ogranicza ruchów, a dodatkowo chroni przed chłodem i wiatrem.

Pamiętam też artykuł prasowy z czasów PRL-u opisujący młodzieżowe zawody żeglarskie. Gdy jedna z łodzi wywróciła się, zawodnicy znaleźli się w wodzie i ku przerażeniu widzów zaczęli zdejmować swoje kapoki. Okazało się bowiem, że nasiąkały wodą niczym gąbki i powoli tonęły!

Wracając jednak do K.K. — gdy weszła do wody w swoim kapoku, jego wyporność spowodowała, że zaczął mocno uciskać jej szyję i gardło. Oddychanie stało się utrudnione, a normalne pływanie niemal niemożliwe.

Widząc to, jak zawsze dowcipny S.K. stwierdził, że zadaniem kapoka jest uduszenie tonącego, aby nie musiał zbyt długo cierpieć.

I rzeczywiście miał dużo racji...

Z jeziora Mamry udaliśmy się kanałem do Węgorzewa. Pogoda była fatalna — padał deszcz, unosiła się mgła, a ponieważ jacht nie posiadał silnika i nie było wiatru, sporą część trasy pokonałem, idąc brzegiem kanału i ciągnąc jacht na linie.

Po pewnym czasie tak się rozpędziłem, że gdy S.K. oddalił się na chwilę, po powrocie nie mógł odnaleźć jachtu. Przeciągnąłem go bowiem dobre kilkaset metrów dalej.

Ogólnie była to dla mnie wspaniała i niezapomniana wyprawa żeglarska. Do dziś jestem ogromnie wdzięczny S.K. i K.K., że umożliwili mi udział w tej przygodzie.

W następnych latach kilkakrotnie uczestniczyłem jeszcze w obozach żeglarskich organizowanych przez klub żeglarski Polskiej Akademii Nauk. Być może kiedyś opiszę te wydarzenia w osobnym wpisie.

Kilka miesięcy później, przeglądając miesięcznik „Wiadomości Wędkarskie”, natrafiłem na obszerny, kilku stronnicowy fotoreportaż poświęcony Jerzemu Strzałce.

Powód publikacji był jednak bardzo smutny.

Jerzy Strzałka zmarł zaledwie dwa miesiące po naszym spotkaniu — 13 października 1976 roku, w wieku zaledwie 43 lat.

Zarówno ja, jak i S.K. & K.K., byliśmy tą wiadomością głęboko zaskoczeni i zasmuceni.

~ ~ ~ ~ ~ 

Na zakończenie mogę dodać, że wkrótce potem mój kontakt z S.K., którego zawsze bardzo lubiłem, nagle się urwał — do dzisiaj z niewiadomych mi przyczyn 😯. Natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych K.K., już po zmianie stanu cywilnego (i nazwiska 😉), wyemigrowała do Kanady i wielokrotnie spotykaliśmy się w mojej adoptowanej ojczyźnie.

***********

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

***********

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/



sobota, 6 czerwca 2026

CZANTORIA

Czantorię (49°40'59.3"N 18°49'09.4"E / 49.683139, 18.819278) pamiętam bardzo dobrze, głównie za sprawą wyciągu krzesełkowego. Wjechałem na nią dwukrotnie — prawdopodobnie około 1972–1973 oraz ponownie w latach 1975–1977 — i z obu tych przejazdów zachowały się pamiątkowe fotografie.

Rok 1972 lub 1973, na wyciągu krzesełkowym na górę Czantorię wraz z moją mamą. Na następnym krzesełku siedzi moja ciocia, która była wraz z nami.

Co ciekawe, na obu zdjęciach siedzę na tym samym krzesełku! Z tyłu widoczne jest krzesełko jadące w przeciwnym kierunku z numerem „95”, co pozwoliło mi po latach zauważyć tę zabawną zbieżność.

Rok 1975, 76 lub 77. Wjeżdżam na Czantorię na tym samym krzesełku, co parę lat temu-co za zbieg okoliczności! Moja mama tym razem siedzi na krzesełku za mną.

Podczas pierwszego pobytu mieszkaliśmy w Wiśle (miejscowości) i często kąpałem się w Wiśle — najdłuższej rzece Polski — a nawet przepływałem ją z jednego brzegu na drugi. Dziś przypomina mi to mój późniejszy (w 2024 roku) „wyczyn” przepłynięcia wpław najdłuższej rzeki Stanów Zjednoczonych, Mississippi, w Minnesocie, którym „chwaliłem się” już w moim turystycznym BLOGU. Wygląda więc na to, że mam w ten sposób „zaliczone” dwie słynne rzeki na dwóch kontynentach! Muszę sprawdzić, ile jeszcze potrzeba przepłynąć rzek, aby znaleźć się w Księdze Guinness'a...

Podczas drugiego pobytu wakacje spędzaliśmy w Ustroniu-Zawodziu. O ile dobrze pamiętam, mieszkaliśmy w tzw. „Piramidach” — bardzo charakterystycznym i nowoczesnym jak na owe czasy kompleksie budynków sanatoryjno-wypoczynkowych, który do dziś pozostaje jednym z symboli Ustronia.

W czasie tego pobytu doszło również do nieprzyjemnego i dramatycznego wydarzenia. Moja babcia na naszych oczach uległa wypadkowi — na rogu ulic Daszyńskiego i Grażyńskiego została potrącona przez motorower prowadzony przez młodego chłopaka, obok którego na motorze jechał jego ojciec. Z tego, co pamiętam, była to jej wina i mam nadzieję, że chłopak nie nosił później z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Babcia spędziła kilka długich tygodni w szpitalu, ale mimo wieku wróciła do zdrowia i wyszła z tego bardzo ciężkiego doświadczenia.

Niedawno odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę. Około 200 metrów od miejsca tego zdarzenia, przy ulicy Zielonej 2 (49°43'15.1"N 18°48'54.6"E / 49.720861, 18.815167), znajdowała się willa Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR, a po przeciwnej stronie ulicy — willa Jerzego Ziętka, legendarnego śląskiego działacza i polityka. To interesujące, jak często po latach okazuje się, że miejsca z naszych wspomnień kryją nieoczekiwane historyczne powiązania.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 21 maja 2026

Moja kolekcja metalowych znaczków, przypinek, zdjęć i innych pamiątek

Pewnie każdy z nas w dzieciństwie coś kolekcjonował. W czasach PRL nawet tak proste rzeczy jak kapsle, pudełka po zapałkach, historyjki obrazkowe z gum do żucia, zagraniczne puszki i butelki po piwie i innych napojach, paczki po papierosach czy znaczki pocztowe bardzo często trafiały do kolekcji moich rówieśników. Sam również gromadziłem takie przedmioty — do dziś pamiętam np. plastikową paczkę po papierosach firmy „Philip Morris”, która była wówczas szczególnie poszukiwanym „artefaktem” wśród młodych zbieraczy, czy puszkę po piwie.

Warszawa, al. gen. Karola Świerczewskiego 159.
Na zdjęciu widać matę z przypinkami i znaczkami wiszącą w moim pokoju.
Fotografię wykonano w moim mieszkaniu 13 maja 1981 roku, gdy celebrowaliśmy zdany tego samego ranka pisemny egzamin maturalny z matematyki. Godzinę lub dwie później dowiedzieliśmy się o zamachu na Papieża Jana Pawła II, do którego doszło na Placu Świętego Piotra w Watykanie.

Zbierałem także znaczki pocztowe — miałem nawet abonament i co kwartał otrzymywałem nowe wydania (co prawda ostemplowane, ale za to tańsze). Do dziś posiadam jeden klaser, zawierający również wiele znaczków przedwojennych.

Ten znaczek zapewne otrzymałem od ojca mojego kolegi na Targach Poznańskich

Z czasem zacząłem kolekcjonować metalowe znaczki i przypinki. Ich głównym źródłem były Międzynarodowe Targi Poznańskie, na które co roku jeździł mój ojciec i przywoził mi nowe okazy. Raz pojechaliśmy tam całą rodziną — byłem wtedy w siódmym niebie! Co ciekawe, spotkałem na nich ojca mojego kolegi, mieszkającego w tym samym bloku, co ja--a do tego na tym samym piętrze--który zajmował wysokie stanowisko w centrali zakładów produkujących w PRL sprzęt elektroniczny "Unitra" i obdarował mnie garścią metalowych znaczków!
Oryginalny bilet wstępu na Międzynarodowe Targi Poznańskie z czerwca 1974 roku

Później, podczas wycieczek górskich, kupowałem kolejne znaczki w schroniskach. Gdy w 1980 roku pojawiła się „Solidarność”, starałem się zdobyć jak najwięcej przypinek związanych z tym ruchem. Znajomi i koledzy, wiedząc o moim hobby, również czasem przynosili mi różne egzemplarze. Z biegiem czasu wszystkie te znaczki trafiły na matę, która przez wiele lat wisiała w moim pokoju.

Fotografia z kwietnia 2026 roku

Kilkanaście lat po moim wyjeździe do Kanady tylko część kolekcji do mnie wróciła — i ponownie przypiąłem ją do maty, wzbogacając o kilkanaście znaczków zdobytych już w Kanadzie. Do dziś wisi ona w moim biurze i przez lata była świetnym „conversation starter” — często przyciągała uwagę klientów i prowadziła do ciekawych rozmów. Niejednokrotnie zamiast skupiać się wyłącznie na sprawach zawodowych, spędzałem sporo czasu na rozmowach, które zaczynały się od jednej małej przypinki! Bardzo miło wspominam te chwile — czasem przerywane przez sekretarkę przypominającą, że czekają już kolejni klienci. Zawsze jednak uważałem, że nie żyje się tylko po to, aby pracować, i chętnie dzieliłem się swoimi zainteresowaniami — zarówno tymi z Polski, jak i tymi rozwijanymi już w Kanadzie (o których piszę na moim blogu turystycznym: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/).

W moim pokoju, w mieszkaniu w Warszawie na ul. Świerczewskiego 159 (obecnie al. "Solidarności"). Moja mama z papużką na ramieniu. Po lewej stronie mata ze znaczkami-plakat Ewy Śnieżanki z jej autografem. A na drzwiach niesamowicie oryginalny plakat z "duchem". Zdjęcie najprawdopodobniej zrobione w drugiej połowie lat 70. XX wieku.

W kolejnych wpisach będę zamieszczał zdjęcia znaczków wraz z opisami i refleksjami — pojawią się też inne ciekawe przedmioty, a czasem po prostu same wspomnienia.

Blog dostępny jest również w języku angielskim, choć mam świadomość, że poruszane tu tematy mogą być bardziej interesujące dla czytelników znających realia Polski z tamtych lat.
Jeżeli jednak ten tekst zainteresuje zagranicznych czytelników, w miarę możliwości z przyjemnością odpowiem na ich pytania. Czasami moje odpowiedzi do pozostawionych komentarzy mogą być opóźnione: gdy podróżuję, zazwyczaj rzadko kiedy używam telefonu komórkowego (traktuję go jako zło konieczne), nie mam dostępu do mojego konta, albo w ogóle nie mam dostępu do Internetu, bo na wielu terenach nie ma zasięgu telefonii komórkowej. 

Na koniec zaznaczam, że część informacji będzie pochodziła z Wikipedii oraz innych źródeł internetowych.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

sobota, 16 maja 2026

Bronisław Malinowski — zdobywca złotego medalu olimpijskiego

Część V: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie


Najcenniejszym autografem zdobytym tego dnia okazał się — rzecz jasna — podpis Bronisława Malinowskiego (1951–1981), wybitnego polskiego biegacza średnio- i długodystansowego, specjalizującego się w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Zdobył on srebrny medal olimpijski w Montrealu w 1976 roku oraz złoty medal w Moskwie w 1980 roku w tej właśnie konkurencji.

Bronisław Malinowski
Doskonale pamiętam okoliczności zdobycia jego autografu. Po zakończeniu zawodów, już poza stadionem, zauważyłem Malinowskiego stojącego w kolejce do… saturatora z wodą sodową. Ku mojemu zdziwieniu wypił kilka szklanek wody jedna po drugiej. Zastanowiło mnie to — czyżby zawodnikom nie zapewniano napojów po starcie? Tak czy inaczej, była to doskonała okazja, aby podejść i bez problemu zdobyć jego podpis.

Przy tej okazji warto wspomnieć o niezwykle charakterystycznym elemencie krajobrazu PRL — ulicznych saturatorach. Były to wózki na dwóch kołach, wyposażone w butlę ze sprężonym dwutlenkiem węgla, zbiorniki z wodą oraz słoje z dozownikami syropów o sztucznych aromatach owocowych — najczęściej malinowym i cytrynowym. Całość uzupełniały węże doprowadzające wodę oraz kilka szklanek wielokrotnego użytku. Sprzedawcy często chronili się przed słońcem pod dużymi parasolami.

Saturator. Źródło: Wikimedia Commons
Saturatory były niezwykle popularne w Warszawie i innych miastach. Oferowały wodę sodową czystą lub z dodatkiem syropu. W „moich czasach” szklanka czystej wody kosztowała 30 groszy, a z sokiem — złotówkę. Po wypiciu szklanka była jedynie symbolicznie „płukana”, co — mówiąc delikatnie — pozostawiało wiele do życzenia pod względem higieny. Nic dziwnego, że potocznie nazywano tę wodę „gruźliczanką”.

Samoobsługowy saturator z wodą sodową
Źródło: Wikipedia Commons
Pamiętam również samoobsługowe saturatory. Wystarczyło wrzucić monetę i nacisnąć odpowiedni przycisk, aby otrzymać napój. Dwa takie urządzenia przez pewien czas stały na północno-wschodnim rogu ulic Świerczewskiego i Żelaznej w Warszawie, tuż przy budynku Urzędu Dzielnicy Wola. Niestety rzadko udawało się z nich skorzystać — często brakowało szklanek albo urządzenia były uszkodzone, m.in. dlatego, że użytkownicy zamiast wrzucać monetę, uderzali w maszynę pięścią — i, o dziwo, ta metoda rzeczywiście działała!

Samoobsługowy saturator w Związku Sowieckim w 1987 roku
Źródło:“A Day in the Life of the Soviet Union”, autor Paul Chesley
Warto dodać, że tego typu urządzenia były produkowane m.in. w Związku Sowieckim, gdzie również cieszyły się dużą popularnością. W znakomitym albumie „A Day in the Life of the Soviet Union” („Dzień z życia Związku Sowieckiego”), zawierającym zdjęcia stu czołowych fotoreporterów świata wykonane jednego dnia — 15 maja 1987 roku — znajduje się fotografia kilku dziewczynek stojących przy samoobsługowych saturatorach. Jej autorem jest Paul Chesley z USA. W dołączonym podpisie wyjaśniono, że radzieckie automaty wydawały napoje gazowane lub soki, ale nie oferowały jednorazowych kubków; zamiast tego użytkownicy mieli opłukać i ponownie użyć wspólnej szklanki. Przynoszenie własnej szklanki było podobno uważane za „niekulturalne”, co oznaczało naruszenie niepisanej etykiety społecznej. 

Nie przypuszczam, aby przyniesienie swojej własnej szklanki było uważana za „niekulturalne” w Polsce, jednakże nie przypominam sobie, aby ktokolwiek przynosił je ze sobą 

😥😥😥

Wracając jednak do Bronisława Malinowskiego — jego życie zakończyło się tragicznie. Zginął w wypadku samochodowym 27 września 1981 roku na moście w Grudziądzu. Dobrze pamiętam tamten dzień. W telewizji emitowano jakiś program — być może sportowy — prowadzony przez Tomasza Hopfera. W pewnym momencie odebrał on telefon i po chwili przekazał widzom tę wstrząsającą wiadomość.

**********

Z tymi zawodami wiąże się jeszcze jedna, niezwykle osobista historia. Po pewnym czasie w kiosku „Ruchu” natrafiłem na kartkę pocztową ze zdjęciem Malinowskiego — przedstawiała ona zarówno jego portret, jak i ujęcie z biegu przez przeszkody oraz reprodukcję autografu. Coś skłoniło mnie, aby przyjrzeć się jej dokładniej — i nagle nastąpił moment olśnienia.

Pocztówka z Bronisławem Malinowskim oraz... ze mną i moim ojcem!
Okazało się, że fotografia została wykonana przez Janusza Szewińskiego, męża legendarnej lekkoatletki i wielokrotnej medalistki olimpijskiej Ireny Szewińskiej — właśnie na stadionie „Skry”, podczas tych samych zawodów, na których byłem obecny.

Ja i mój ojciec siedzimy na trybunach
Ale to nie wszystko. Po lewej stronie zdjęcia bez trudu rozpoznałem… siebie i mojego ojca. Gdy pokazałem kartkę mamie, również niemal natychmiast nas zidentyfikowała. Choć nasze sylwetki są nieco rozmazane, doskonale pamiętam, gdzie siedzieliśmy — dokładnie naprzeciw rowu z wodą. Co więcej, po lewej stronie widoczny jest także sprzedawca z drobnymi przekąskami czy pamiątkami — pamiętam go bardzo dobrze, wraz z całym jego „majdanem”.

Tak więc ten jeden dzień — pozornie zwyczajny — okazał się pełen niezwykłych zbiegów okoliczności i wspomnień, które po latach nabrały jeszcze większej wartości.

*****

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/