piątek, 24 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 2/2)

Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów — Olsztyn: krótki pobyt i trochę wspomnień o tym mieście — Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów — Spadająca flaga 22 lipca 1979 r., czyli zwiastun początku końca PRL-u — Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce” — Zaniedbany cmentarz mazurski — Nieoczekiwany mocny sen — Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej — Ponad 50 lat „Wandy”



To jest cześć druga. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.


Rzecz jasna, bardzo miło wspominam moje „płetwonurkowe” czasy i niezmiernie się cieszę, że doświadczyłem tego raczej rzadkiego hobby. W lipcu 1979 roku spędziłem parę tygodni na obozie szkoleniowym na wyspie Szeroki Ostrów na jeziorze Śniardwy. Chociaż był to teoretycznie klub harcerski, nie istniał żaden wymóg należenia do ZHP, a samo członkostwo w klubie nie czyniło ze mnie automatycznie harcerza. Na wyspie faktycznie znajdował się żeglarski obóz harcerski, bodajże z Pałacu Młodzieży w Warszawie, składający się z „autentycznych” skautów w mundurkach harcerskich — my jedynie musieliśmy nosić niebieskie koszule ze sznurem. Był on oddalony od nas o kilkaset metrów. Do tego obozu codziennie chodziliśmy na posiłki i czasami uczestniczyliśmy wraz z jego mieszkańcami w imprezach przy ognisku.

Srebrny Krzyż Harcerski ZHP tradycyjna odznaka skautowa na jasnym tle
Krzyż Harcerski

Z obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów posiadam kilkanaście zdjęć — w tym kolorowe. Po raz pierwszy w życiu kupiłem wówczas barwny film fotograficzny. Kolory niestety wyszły kiepskiej jakości — nie wiem, czy była to moja wina, czy zakładu fotograficznego. W każdym razie zdjęcia czarno-białe podobają mi się o wiele bardziej — nawet w dobie fotografii cyfrowej!

Z Warszawy dojechaliśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie, czekając na dalsze połączenie, przeszliśmy się po mieście, a nawet wpadliśmy do EMPiK-u (Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki) na dość ciekawą pogadankę na temat znaczenia Polski w świecie. EMPiK w czasach PRL-u był nie tylko księgarnią, ale także ważnym miejscem spotkań, odczytów i kontaktu z zagraniczną prasą oraz kulturą.

Oficjalny herb Olsztyna przedstawiający świętego Jakuba Apostoła w białych szatach trzymającego laskę i muszlę na niebieskim tle
Herbem Olsztyna jest postać świętego Jakuba Większego Apostoła w białych szatach na niebieskim polu. Święty trzyma laskę i muszlę pielgrzymią, tradycyjne atrybuty szlaku Camino de Santiago.

~ ~ ~ ~ ~

W Olsztynie byłem przynajmniej raz, w sierpniu 1977 roku, i kilkakrotnie chodziłem na ryby na pobliskie jeziora. Kiedyś podczas wędkowania spotkaliśmy starszego, sympatycznego mężczyznę, który również przyszedł nad jezioro i wdaliśmy się z nim w rozmowę. Powiedział nam, że po niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku znalazł się na terenach zajętych przez Związek Sowiecki i trafił do Armii Czerwonej, uzyskując stopień kapitana. Po „wyzwoleniu” pojawił się właśnie w Olsztynie, o którym opowiedział kilka historii, które doskonale zapamiętałem:

• Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Olsztyna samo miasto było stosunkowo mało zniszczone. Żołnierze sowieccy, wiedząc, że miasto przypadnie Polsce, zazdrościli Polakom, że dostanie się im tak piękne miasto. Chodzili więc po ulicach i rzucali granatami do ocalałych budynków, powodując liczne pożary. (Polecam krótki artykuł Straszy w mieście! Mieszkańcom Warmii i Mazur Sowieci zgotowali w 1945 r. piekło. Nie zasługują na naszą wdzięczność, a tym bardziej na pomnik w centrum Olsztyna autorstwa dra Karola Nawrockiego, ówczesnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a od 2025 roku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).

• Sowieci również lubili łowić ryby — nie potrzebowali jednak wędek. Łowili je, wrzucając do jezior granaty, a następnie zbierając ogłuszone ryby.

• Wielu nowo przybyłych do Olsztyna Polaków mogło zajmować najlepsze domy i często poszczególne rodziny zajmowały po kilka nieruchomości. Twierdził, że do dziś pozostają one własnością ich potomków. On sam, jako kapitan Armii Czerwonej, mógł otrzymać najlepszy dom, z najnowocześniejszym wyposażeniem dostępnym w mieście.

• Nie pamiętam już dokładnie, z jakich powodów, ale ów człowiek przyłączył się do zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Po pewnym czasie zaprzestał działalności i skorzystał z amnestii, dobrowolnie zgłaszając się do władz. Przez pewien czas był więziony, ale później odzyskał wolność. Ze względu na swoją przeszłość polityczną przez resztę życia pozostawał na „celowniku” Urzędu Bezpieczeństwa i nie miał łatwego życia.

~ ~ ~ ~ ~

Z wyjazdu na Szeroki Ostrów utrwaliło mi się w pamięci kilka epizodów, o których chciałbym wspomnieć.

*

             Z Olsztyna dojechaliśmy pociągiem do Piszu. Z powodu opóźnienia dotarliśmy tam dopiero po północy, a samochód, który miał nas odebrać z dworca i zawieźć na obozowisko, po kilkugodzinnym oczekiwaniu odjechał niespełna godzinę przed naszym przyjazdem. Chcąc nie chcąc, pomaszerowaliśmy więc w środku nocy około 14 km, z ciężkimi plecakami, i dotarliśmy na wyspę nad ranem, gdzie czekały już na nas rozbite namioty. Zmęczeni szybko udaliśmy się na spoczynek.

Nasze obozowisko znajdowało się mniej więcej vis-à-vis obecnego (2026 r.) pola namiotowego, po drugiej stronie drogi, na polance w lesie, bardzo blisko wody (53°43'57.9"N 21°44'38.0"E / 53.732750, 21.743889). Centralny plac był osłonięty kanopą spadochronu. Zbudowano również prymitywny „pomost” do cumowania łodzi.

Nasze obozowisko "pod spadochronem"

Chciałbym też dodać, że wyspa była połączona z lądem przejezdną groblą, usypaną około 1943 roku przez robotników przymusowych z obozu w Zdorach. Wcześniej łączność z lądem zapewniał niewielki prom. Tak więc od tamtego czasu technicznie stała się ona półwyspem.
*

            Był to rok 1979, ostatni pełny rok rządów Edwarda Gierka (zwanego Edwardem Dłużnikiem — ponieważ ogromne kredyty zagraniczne zaczynały coraz bardziej obciążać polską gospodarkę) i jego kolegi, premiera Piotra Jaroszewicza. Braki w sklepach stawały się coraz bardziej widoczne, a sytuacja gospodarcza Polski stale się pogarszała.

Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych i codziennie odbywał się apel, podczas którego jeden z nas wciągał flagę na maszt — było to wyróżnienie (mnie również spotkał ten zaszczyt, i to już pierwszego dnia, w uznaniu za dzielny nocny marsz).

W tym pamiętnym dniu, noszącym znamienną datę — 22 lipca 1979 roku (tego dnia w Polsce Ludowej obchodzono Narodowe Święto Odrodzenia Polski, najważniejsze święto państwowe w latach 1944–1989, upamiętniające ogłoszenie Manifestu PKWN w 1944 roku) — a dodatkowo było to 35-lecie PRL-u — jeden z uczestników zaczął wciągać flagę na maszt.

Gdy biało-czerwona bandera powoli dotarła na sam szczyt, nagle oderwała się i poszybowała z powrotem na ziemię!

Wielokrotnie komentowaliśmy później to zdarzenie jako złowieszczy zwiastun — i rzeczywiście się nie pomyliliśmy. Już rok później rozpoczęły się strajki, niebawem powstała „Solidarność”, Gierek odszedł na polityczną banicję, został potępiony przez własną partię, a nawet z niej usunięty.

Ale i tak dostał jedynie przysłowiowego „prztyczka”, podczas gdy powinien otrzymać solidnego kopa — i to nie jednego — podobnie jak cała jego komunistyczna gangsterska zgraja. Dziesięć lat później nastąpił koniec komunizmu.

*

            W numerze „Polityki” (tygodnika społeczno-politycznego wydawanego w Warszawie jako organ prasowy KC PZPR) przypadającym na Święto Odrodzenia Polski, jak zwykle na pierwszej stronie ukazała się kreskówka znanego grafika, karykaturzysty i satyryka Szymona Kobylińskiego.

Pomimo ilustrowania komunistycznego tygodnika, samych komunistów Kobyliński nigdy nie darzył sympatią. Na łamach „Trybuny” z 2–3 września 1991, powiedział:

„W 1947 roku grzmiały armaty po wyborach Bierutowskich i wtedy przysięgłem, że tym komuchom będę dowalał przez całe życie. I rzeczywiście — nigdy nie byłem po ich stronie w sensie aprobaty…”

Ilustracja przedstawiała dziadka, ojca i syna. Ojciec zwraca się do syna:

„Dziadek ma tyle lat, co niepodległa Polska, ja tyle, co Polska Ludowa, a ty masz 9 lat.”

Oczywiście wszyscy zrozumieli aluzję — Edward Gierek pozostawał u władzy od 1970 roku, a więc właśnie od niemal dziewięciu lat.

*            

               Na wyspie Szeroki Ostrów znajdował się przy drodze, blisko naszego obozowiska, stary, zaniedbany i zarośnięty cmentarz, z wypisanymi gotykiem, prawie nieczytelnymi inskrypcjami na nagrobkach. Jeden z uczestników obozu postanowił to miejsce trochę oczyścić, a nawet ogrodzić je barierką zrobioną z konarów drzew, bo jak powiedział: „Nie chciałbym, aby ktoś śmiecił i chodził po moich szczątkach”. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że był to cmentarz ewangelicki, a pochowane tam osoby to zamieszkujący wyspę autochtoni. Według strony internetowej www.mazury24.eu:

 „Na przełomie lat 1944/1945 Szeroki Ostrów składał się z 6 siedlisk, których właścicielami byli: Michael Adamy, Auguste Dudda, Kayka, Max Prystawik, August Sbresny”.

Mazurzy byli mieszkańcami Mazur, w większości wyznania ewangelickiego, wywodzącymi się głównie od osadników z Mazowsza. Przez stulecia znajdowali się pod silnym wpływem kultury i państwowości pruskiej, co sprawiło, że ich tożsamość była złożona i łączyła elementy polskie oraz niemieckie.

Posługiwali się lokalną gwarą i byli poddani silnej germanizacji. Określali siebie często jako Masuren (Mazurzy); ich kultura była mieszanką polskich korzeni z pruską organizacją państwową. Byli zazwyczaj rolnikami i rybakami, silnie związanymi z mazurską przyrodą, a po 1945 roku większość z nich opuściła te tereny lub została wysiedlona.

*

            Jeden z namiotów przeznaczono na skład sprzętu nurkowego i co noc ktoś musiał w nim samotnie spać, „pilnując” tych rzeczy. Pewnej nocy i mnie przypadł ten obowiązek. Nawet byłem zadowolony, bo w moim namiocie przyległe łóżko polowe zajmował muzyk, którego co rano budził wartownik — a on, półprzytomny, chwytał za trąbkę i grał na niej pobudkę — prosto w moje ucho! Byłem więc z pewnością pierwszą osobą, która zrywała się z łóżka.

Ale wracając do samotnie spędzonej nocy — mogę tylko powiedzieć, że NIGDY w życiu tak mocno nie spałem. Zasnąłem momentalnie i rano z trudnością mnie dobudzono — przez dłuższy czas byłem niczym odurzony środkami farmakologicznymi. Gdyby tamtej nocy ktokolwiek chciał ukraść znajdujący się tam sprzęt, mógłby tego dokonać bez najmniejszych problemów, a nawet zabrać namiot i wynieść moje łóżko — razem ze mną! Do tej pory zastanawiam się, co było tego przyczyną. Czy przebiegała pode mną jakaś żyła wodna lub występował inny geologiczny fenomen? A może po prostu był to przypadek...

*
            Pewnego wieczora rozmawialiśmy na różne tematy. Ktoś wspomniał książkę Stanisława Grzesiuka Pięć lat kacetu”, zaczęliśmy mówić o wojnie, obozach koncentracyjnych i zeszliśmy na temat Katynia. Tu chciałbym dodać, że w Polsce nie spotkałem w rozmowach osobistych kogokolwiek, kto kwestionowałby sprawców tego morderstwa — pytanie, kto to zrobił, właściwie nie istniało, bo każdy znał prawdziwych oprawców: Sowieckie NKWD.

Zebranie towarzyskie i dyskusja w naszym obozowisku

Zaczęliśmy o tej zbrodni dyskutować i wymieniać różne informacje. Był z nami jeden z „szefów” klubowych i obozowych, zresztą bardzo miły, wykształcony, inteligentny i fajny facet, będący dość wysokiej rangi harcerzem (instruktorem lub nawet harcmistrzem), a także pedagogiem. Milcząco przysłuchiwał się naszej dyskusji i w pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:

— Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?

Muszę przyznać, że takie pytanie było kompletnie nie na miejscu. Zapanowała niewygodna cisza i na tym nasza dyskusja się zakończyła.

Był to jedyny Polak, który w „prywatnej” rozmowie zakwestionował sprawców tej masakry. Przykre, bo nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Niestety, jak wielokrotnie zaobserwowałem, inteligencja i wykształcenie nie zawsze idą w parze z otwartym umysłem oraz umiejętnością samodzielnego, krytycznego myślenia i analizowania faktów, niezależnie od narzucanych odgórnie interpretacji i ideologii. 

Nawet nasi nauczyciele w szkole albo ten temat pomijali, albo wprost sugerowali wschodnich sprawców jako jedną z możliwych tez — ale NIGDY bez ogródek nie powiedzieli, że był to czyn Niemców. Ba, nawet esbecy, z którymi miałem "koleżeńskie" spotkanie wyrazili przypuszczenie, iż zbrodni tej nie dokonali Niemcy (chociaż rzecz jasna, mogli to zrobić w celach strategicznych).

Czytałem też, że powodem, dla którego w czterotomowej „Encyklopedii Powszechnej PWN” z lat 70. XX wieku nie pojawiło się hasło „Katyń”, była odmowa redaktorów napisania nieprawdy o tym wydarzeniu. Toteż postanowiono wybrać neutralną opcję i w ogóle takiego hasła nie zamieszczać, co samo przez się dawało czytelnikom bardzo dużo do myślenia o tym akcie ludobójstwa.

Przez cały okres istnienia Polski Ludowej oficjalna propaganda przypisywała zbrodnię katyńską Niemcom. Dopiero przed upadkiem komunizmu władze radzieckie oficjalnie przyznały odpowiedzialność NKWD za zamordowanie polskich oficerów w 1940 roku.

Natomiast w Kanadzie natknąłem się na emigrantów ze Związku Sowieckiego i niektórzy nadal twierdzili, iż była to zbrodnia popełniona przez Niemców, trzymając się twardo oficjalnej wersji rządu sowieckiego. Ale w ich przypadku powinno się im współczuć — chyba takie mają geny i DNA i przez to najbardziej właśnie oni wycierpieli (i nadal cierpią) z powodu tego systemu, który de facto popierają — lecz na narodowy masochizm i wrodzoną poddańczość nie ma rady.

Mój dziadek, Jerzy Kismanowski (1894-1940)

Tu zresztą pragnę dodać, że Katyń ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk: mój dziadek (ojciec mojej mamy), Jerzy Kismanowski, został zamordowany w Katyniu i przez wiele dekad ona oraz moja babcia musiały żyć otoczone tym kłamstwem, a na dodatek były prześladowane przez władze komunistyczne (a mnie również lekko to dotknęło w 1981 roku).

O ile pamiętam, to ten facet po prawej stronie był instruktorem nurkowania. A ten po lewej jedynie adeptem 😁

Wracając natomiast do samego klubu — od 1975 roku cały czas prężnie działa, organizuje liczne kursy szkoleniowe i wyjazdy, a jego założyciel, Piotr Kowalski, dopiero niedawno, w 2025 roku, po 50 (tak, pięćdziesięciu!) latach zrezygnował z funkcji prezesa, przekazując pałeczkę (a raczej 🤿 rurkę do nurkowania 😁) komuś młodszemu.

Podziwiam tego rodzaju pasję, poświęcenie i zaangażowanie — a samemu klubowi życzę powodzenia i sukcesów przez następne 50 lat!

A na koniec coś zabawnego. Jeden z moich kolegów, widząc odznakę klubu, sugerował, że do jego nazwy powinienem dopisać literę „L” i wówczas powstałby Klub Podwodny WANDAL!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

piątek, 17 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 1/2)

Harcerstwo — HKP Wanda — Kurs nurkowania — Nurkowanie w Polsce i w Kanadzie — Żeglarstwo — Lotnictwo — Pływanie na kanu w Kanadzie


Harcerzem nigdy nie byłem, jedynie zuchem — w 1969 roku, w pierwszej klasie szkoły podstawowej, i to nie dłużej niż przez jeden miesiąc. Nie mam pojęcia dlaczego, ponieważ harcerstwo w naszej szkole działało bardzo prężnie. Nie przypominam sobie jednak, aby należeli do niego moi najbliżsi koledzy, co zapewne było głównym powodem, dla którego nie kontynuowałem członkostwa w tej organizacji. Na szczęście nie było żadnego przymusu ani szczególnej presji, aby do niej wstąpić. (Harcerstwo, czyli polski ruch skautowy, odgrywało w PRL-u ważną rolę wychowawczą. Chociaż organizacja pozostawała pod wpływem władz komunistycznych, członkostwo w niej nie było formalnie obowiązkowe.)

W 1978 roku zapisałem się na kurs nurkowania organizowany przez Harcerski Klub Podwodny Wanda (HKP Wanda), którego zajęcia odbywały się na krytej pływalni Legii w Warszawie. Jeździliśmy również nurkować w podwarszawskich stawach i jeziorkach.

Wraz z instruktorem, prezesem i założycielem klubu Piotrem K. (z lewej strony) - nurkowanie na podwarszawskim Jeziorze Dziekanowskim, czerwiec 1979 roku

Nurkowanie lubiłem, ale nigdy specjalnie mnie nie wciągnęło — być może dlatego, że polskie jeziora były dość zamulone i zimne, a żeby zobaczyć coś ciekawszego, trzeba było schodzić głębiej, często z latarkami. Bardziej zaawansowani płetwonurkowie wspominali o leżących na dnie pojazdach (gdy Niemcy wycofywali się zimą po zamarzniętych jeziorach, zdarzało się, że lód załamywał się pod ciężarem sprzętu i pojazdy znikały pod wodą), a nawet o wrakach samolotów wojskowych.
Nurkowanie na Jeziorze Dziekanowskim z Jarkiem Ł. (po prawej), czerwiec 1979 r. Zastanawiam się, gdzie się podziały te moje gęste włosy?

O wiele bardziej odpowiadało mi nurkowanie z rurką na Karaibach. Już na głębokości jednego czy dwóch metrów można było podziwiać przepiękne rafy koralowe — zrobiłem nawet trochę zdjęć — a na głębokości 10 czy 20 metrów widoki musiały być jeszcze bardziej imponujące. Mimo to również wtedy nie zainteresowałem się nurkowaniem z butlą, chociaż uzyskanie certyfikatu było tam nieporównywalnie łatwiejsze niż w Polsce. Ba, niektórzy wręcz twierdzili, że de facto certyfikat po prostu się kupowało...

Nurkowanie z rurką na Kubie, styczeń 2010 roku

Z drugiej strony poznałem człowieka, który posiadał własny sprzęt i nurkował zarówno w Ontario, jak i na Karaibach bez jakiegokolwiek certyfikatu, ponieważ — jak twierdził — nigdy nikt go nie wymagał, a teorię i praktykę znał doskonale. Można i tak...

Natomiast w Kanadzie — a dokładnie w Ontario — miejscowość Tobermory  (45°15'28.3"N 81°39'49.5"W / 45.257861, -81.663750), położona na krańcu Półwyspu Bruce (Bruce Peninsula), około 300 km na północny zachód od Toronto, przyciąga entuzjastów nurkowania z całego świata.

Tobermory, Ontario - mekka dla płetwonurków!

Położony na krańcu Półwyspu Bruce akwen słynie z wyjątkowych możliwości nurkowania w wodach słodkich, charakteryzujących się niezwykłą przejrzystością. Widoczność pod wodą często sięga od 12 do 24 metrów, dorównując najlepszym tropikalnym miejscom nurkowym. Obszar ten może się poszczycić ponad 20 doskonale zachowanymi wrakami statków znajdującymi się na terenie Narodowego Parku Morskiego Fathom Five, na głębokościach od 3 do ponad 45 metrów, odpowiednich dla nurków o każdym poziomie zaawansowania 1)⬇. Fathom Five National Marine Park był pierwszym narodowym parkiem morskim w Kanadzie i jest uważany za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania w Ameryce Północnej.

😁

CIEKAWOSTKA: W miasteczku Tobermory kończy się droga, a na wyspę Manitoulin Island (największą na świecie wyspę śródlądową) kilka razy dziennie kursuje prom.
W 2016 roku młoda kobieta, jadąc późną nocą w ulewnym deszczu i mgle, kierowała się wskazaniami GPS-u. Pomyliła rampę dla łodzi z przedłużeniem drogi i wjechała prosto do lodowatej wody zatoki Georgian Bay. Udało jej się wydostać z samochodu i przepłynąć 30 metrów do brzegu w wodzie o temperaturze zaledwie 4°C. Przemoczona i wyziębiona dotarła do pobliskiego hotelu, aby wezwać pomoc.

Jezioro Dziekanowskie, czerwiec 1979 r.

Po przyjeździe do Kanady rozważałem zapisanie się do klubu płetwonurkowego i ukończenie kursu, jednak zniechęciła mnie duża ilość sprzętu, jaki trzeba posiadać i ze sobą wozić. Poza tym o wiele bardziej interesowały mnie prostsze aktywności, niewymagające dużych nakładów finansowych ani zakupu specjalistycznego wyposażenia. I jednak wolałem pływać NA wodzie, a nie POD wodą...

Bardzo poważnie zastanawiałem się również nad zapisaniem się do klubu żeglarskiego i nawet w połowie lat 80. odwiedziłem dwa takie kluby położone nad Jeziorem Ontario. Tutejsze żeglarstwo bardzo różni się jednak od tego w Polsce. Na otwartych wodach Jeziora Ontario żeglowanie wydaje mi się raczej monotonne, natomiast na wodach przepięknej zatoki Georgian Bay (45°21'32.2"N 80°54'57.8"W / 45.358944, -80.916056),  będącej częścią jeziora Huron, bywa ono niebezpieczne z powodu tysięcy wysp i skał. Dlatego żaglówki spotyka się tam stosunkowo rzadko, a dominują łodzie motorowe.

Typowy krajobraz na zatoce Beaverstone Bay, części zatoki Georgian Bay w pobliżu wyspy Philip Edward Island (2010 r.) Przepiękne widoki, ale pływanie motorówkami lub żaglówkami jest niebezpieczne z powodu licznych skał.

Przepiękne, malownicze brzegi, uformowane ze skał typowych dla Tarczy Kanadyjskiej, są w praktyce trudno dostępne dla większych jachtów. Nawet najbardziej doświadczeni wodniacy miewają tam wypadki, uderzając w podwodne skały lub brzeg — czego dwukrotnie byłem świadkiem, podobnie jak widoku motorówek po takich kolizjach.

Trzeba również uwzględnić koszty zakupu i utrzymania żaglówki. Rozmawiając z żeglarzami, byłem nieco zszokowany całkowitymi wydatkami związanymi z transportem, zimowaniem jednostki w marinach oraz jej ubezpieczeniem. Jeden z moich klientów kupił jacht, którego wyposażenie w elektronikę, akumulatory, GPS, panele słoneczne i inne gadżety kosztowało go mnóstwo pieniędzy, czasu i wysiłku — a mimo to spędzał na wodzie latem niecały miesiąc.

Natomiast żeglarstwo morsko-oceaniczne kompletnie do mnie nie przemawiało, pomimo iż miałem okazję popłynąć zarówno na Karaiby, jak i wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Na południu od wyspy Philip Edward Island na północnej części zatoki Georgian Bay w Ontario (2010 r.) Krajobraz jest niesamowity... lecz nie wyobrażam sobie pływania na tym akwenie żaglówkami. Natomiast kanu jest idealne!

Mogę jeszcze dodać, że przez pewien czas poważnie rozważałem zrobienie... licencji pilota ! Skorzystałem nawet z dwóch lotów zapoznawczych, podczas których instruktor oczywiście pozwolił mi przejąć stery i gorąco zachęcał do zapisania się na kurs.

Na szczęście szybko porzuciłem ten pomysł. Po przejrzeniu podręczników doszedłem do wniosku, że nie bardzo mam ochotę przyswajać ogromne ilości różnorodnych informacji, zwłaszcza że zdawałem sobie sprawę, iż samodzielnie latałbym bardzo rzadko. I chociaż kilka razy leciałem jako pasażer małymi samolotami przystosowanymi do lądowania na wodzie, staram się unikać tego rodzaju środka transportu.

Park Bon Echo Provincial Park w Ontario, miejsce naszych nieudanych prób pływania na kanu w 1991 roku. Od tego czasu odwiedziłem ten park ponad 20 razy i wielokrotnie pływałem na kanu wzdłuż tej imponującej skały Mazinaw Rock, na której znajduje się 260 indiańskich naskalnych malunków, wykonanych od 300 do 1000 lat temu.

W 1991 roku, będąc z kolegą na biwaku w przepięknym Parku Bon Echo w Ontario, po raz pierwszy wypożyczyliśmy kanu. Niestety, okazało się ono tak straszliwie wywrotne, że pomimo licznych prób nie potrafiliśmy nawet do niego wsiąść — czym dostarczyliśmy sporo rozrywki obserwującym nas turystom. Zamiast kanu otrzymaliśmy starą łajbę wiosłową, która okazała się znacznie stabilniejsza.

Chyba tylko kanu (lub kajak) pozwala na tak bliskie obcowanie z tego rodzaju przepięknymi, skalnymi terenami. Zatoka Georgian Bay, na wyspie Solomon Island, widok na południowe brzegi wyspy Philip Edward Island.

W 1995 roku zapisałem się w Toronto do klubu nad Jeziorem Ontario na weekendowy kurs pływania na kanu, a kilka miesięcy później, w sierpniu 1995 roku, wziąłem udział w pierwszej tygodniowej wyprawie biwakowo-kanu po absolutnie przecudownej French River (Rzece Francuskiej) oraz zatoce Georgian Bay w Ontario. Była to jedna z najpiękniejszych wycieczek mojego życia. Jeszcze tego roku wybrałem się na 3 następne wyprawy biwakowo-kanu do Stanów Zjednoczonych: pływaliśmy po rzece Current River w stanie Missouri, w mokradłach/bagnach Okefenokee Swamp w południowej Georgii i północnej Florydzie i w cudownym parku Everglades w południowej części Florydy i na Zatoce Meksykańskiej. Pływanie na kanu naprawdę mnie wciągnęło!

Moja współtowarzyszka podróży i współwłaścicielka kanu podczas naszej dziewiczej wyprawy nowym kanu dookoła wyspy Philip Edward Island na północy zatoki Georgian Bay w 2010 roku. To była niepowtarzalna podróż! Właśnie jesteśmy koło skały, którą Catherine ochrzciła "The Kissing Rock", bo przypomina jej Hershey's Kisses (czekoladki firmy Hershey's). W następnych latach kilkakrotnie płynęliśmy tą trasą i zawsze się koło niej zatrzymywaliśmy.

Od tamtej pory kanu stało się integralną częścią moich wakacyjnych wojaży. W 2010 roku kupiłem własne kanu (a właściwie wspólnie z moją towarzyszką podróży), które pozwoliło nam odbyć ponad 100 wycieczek, dopłynąć do ogromnej liczby przepięknych miejsc, biwakować w niepowtarzalnych i trudno dostępnych zakątkach, a także kilkakrotnie zobaczyć podwodne wraki statków.

Rzeczywiście, wielokrotnie zastanawiam się, jakim cudem tą malutką łajbą można dopłynąć w tak wiele miejsc, a często na otwartych wodach rozległych jezior

Nieraz sam byłem zdziwiony, że tak mała, lekka, prosta i wręcz prymitywna łajba umożliwia eksplorację najpiękniejszych, ledwie dostępnych zakątków — zatoczek, przesmyków, skalnych wysepek, odnóg, wąskich kanałów i bardzo płytkich akwenów. A gdy brakuje wody, również da się przemieścić dalej, pchając kanu po piasku, płyciznach czy trzcinach lub, w najgorszym przypadku, przenosząc je na plecach. Poza tym bardzo szybko można dopłynąć do brzegu, rozbić namiot, wciągnąć kanu na skały i przy ognisku podziwiać niezapomniane widoki, nie martwiąc się praktycznie o nic więcej.

Fragment wyspy Philip Edward Island, widok z satelity

Zachodnia część wyspy Philip Edward Island.

Jak widać na mapie oraz na powyższym zdjęciu satelitarnym, otaczające wyspę wody zatoki Georgian Bay usiane są niezliczonymi wyspami, maleńkimi skalnymi wysepkami, zatoczkami i wąskimi przesmykami. W rzeczywistości jednak zarówno mapa, jak i zdjęcie satelitarne nie oddają złożoności tego obszaru i pokazują jedynie niewielką część tutejszego labiryntu skalnych raf oraz wysepek.

Niektóre z tych skał znajdują się tuż pod powierzchnią wody i są niemal niewidoczne. Nawet płynąc kanu, wielokrotnie uderzaliśmy o nie dnem. Mimo że przez cały czas korzystałem z odbiornika GPS, nieraz gubiłem się w tym prawdziwym labiryncie. Przed upowszechnieniem się nawigacji satelitarnej nawet najbardziej doświadczeni wodniacy potrafili stracić wiele czasu na odnalezienie właściwej trasy.

Dlatego żeglarze, jeśli decydują się na żeglugę po tych akwenach, muszą trzymać się z dala od skalistych brzegów i niebezpiecznych płycizn. A przecież właśnie tam kryją się najpiękniejsze zakątki tego niezwykłego krajobrazu! To właśnie kanu, kajak lub niewielka łódka pozwalają stosunkowo bezpiecznie manewrować pomiędzy skalnymi wysepkami i przesmykami oraz podziwiać ich niepowtarzalne piękno i spektakularny charakter.

Warto dodać, że podobnie wygląda znaczna część wschodnich wybrzeży zatoki Georgian Bay.

Wracając do naszego pierwszego niefortunnego doświadczenia z kanu w 1991 roku — zanim kupiłem własną łajbę, wielokrotnie odbywaliśmy dłuższe wycieczki wypożyczonymi kanu. Od czasu do czasu trafiały nam się jednostki bardzo wywrotne i niestabilne — do tego stopnia, że każdy bardziej gwałtowny ruch musieliśmy wykonywać niezwykle ostrożnie. Często byliśmy wręcz zmuszeni siadać na podłodze kanu, aby obniżyć środek ciężkości i uniknąć potencjalnej wywrotki.

Grundy Lake Supply Post, sierpień 2010 r. Z naszym nowym kanu, które kupiliśmy parę minut temu! I po 16 latach nadal świetnie nam służy. Samochód zresztą też, chociaż oczywiście ma o wiele więcej lat i obecnie (lipiec 2026 r.) prawie 250.000 km. Pewnie mój następny samochód będzie przypominał komputer na kołach i może sam jeździł. Ten posiada nawet okna otwierane na korbki i prócz skrzyni biegów, żadnej automatyki.

Sklep, który nam sprzedał kanu nadal istnieje, ale o kilometr na wschód, a to miejsce jest obecnie puste: niedługo będzie przechodziła tędy autostrada nr 400.

Nota bene, kanu stanowi naszą wspólną własność i zawsze zastanawialiśmy się, jak w razie sprzeczki go podzielimy: czy przetniemy go na pół horyzontalnie, czy też wertykalnie?

Obecnie mogę definitywnie stwierdzić, że nasze kanu jest absolutnie idealne: obszerne (5,2 metra / 17 stóp), bardzo stabilne, szybkie i lekkie (poniżej 27 kg / 60 funtów) — tak doskonałe, że dałbym mu ocenę 10 na 10 gwiazdek!

Zresztą przez ponad 15 lat pływania ani razu nie mieliśmy wywrotki, chociaż zdarzyło się kilka sytuacji, kiedy naprawdę mocno się przestraszyliśmy, gdy fale przelewały się przez burty.

Tak więc w 1991 roku w Parku Bon Echo po prostu trafiliśmy na wyjątkowo wywrotne kanu — najmniej odpowiednie dla początkujących.

Z punktu widzenia współczynnika korzyści do kosztów (benefit/cost ratio) uważam, że w przypadku posiadania i użytkowania kanu jest on niezwykle wysoki — nieporównywalnie wyższy niż w przypadku nurkowania czy żeglowania (przynajmniej dla mnie).

Najlepszym dowodem są chyba moje liczne bilingwalne blogi turystyczne, poświęcone między innymi wyprawom kanu: www.ontario-nature-polish.blogspot.ca.

P.S.
Ten blog miał być głównie o nurkowaniu, a wyszło o pływaniu na kanu... Od razu widać, co rzeczywiście jest moją prawdziwą pasją!

一一一一一一一一一一一一一一一一
Przypisy

1)⬆    Termin angielski "Marine", „Morski”, odnosi się ściśle do mórz i oceanów. Opisuje środowiska słonowodne oraz żyjące w nich rośliny i zwierzęta. Jeziora, rzeki i strumienie to ekosystemy „słodkowodne” lub „wodne”, a nie morskie. Istnieje jednak jeden wyjątek. Ogromne jeziora, takie jak Wielkie Jeziora w Kanadzie i w USA, są czasami nazywane „morzami słodkowodnymi” ze względu na swoje ogromne rozmiary. Chociaż mają one podobne do oceanu wzorce wiatru i falowania, naukowcy nadal nie nazywają ich ekosystemami „morskimi”, ponieważ nie charakteryzują się wysokim zasoleniem.

────────────────────────
────────────────────────

W następnym odcinku:

• Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów na Jeziorze Śniardwy w 1979 roku
• Olsztyn — krótki pobyt i garść wspomnień o tym mieście
• Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów 
• Spadająca flaga 22 lipca 1979 roku — zwiastun początku końca PRL-u
• Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce”
• Zaniedbany cmentarz mazurski
• Nieoczekiwanie mocny sen
• Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej
• Ponad 50 lat „Wandy”

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 9 lipca 2026

Eliza Grochowiecka — wokalistka zespołu „Andrzej i Eliza oraz „koleżanka” ze szkoły

Podczas tej samej styczniowej imprezy w Sali Kongresowej (4 stycznia 1975 r.) występowała również Eliza Grochowiecka (ur. 1950), znana przede wszystkim ze znanego zespołu wokalno-instrumentalnego „Andrzej i Eliza”, który współtworzyła ze swoim mężem, Andrzejem Rybińskim, w latach 1971–1981. Do tej pory pamiętam wiele przebojów tej grupy.

Eliza Grochowiecka

Co ciekawe, niedawno odkryłem, że była absolwentką XL Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Warszawie. Wówczas nie mogłem przewidzieć, że za dwa i pół roku sam trafię do tej samej szkoły, a ponad 6 lat później również zostanę jej absolwentem. Jednakże nie pamiętam, aby nauczyciele kiedykolwiek wspominali nam o niej, chociaż z pewnością wielu z nich ją pamiętało.

Eliza Grochowiecka wyjechała z Polski po 1981 roku i od tamtego czasu mieszka w Niemczech.


JUŻ WKRÓTCE NA BLOGU…

W drugiej połowie lipca 2026 roku zamieszczę pierwszą z dwóch części wpisu „Harcerstwo i nurkowanie — Klub Podwodny Wanda”.

Będzie to opowieść o nurkowaniu, żeglarstwie i pływaniu na kanu, a także wspomnienia z kursu nurkowego w warszawskim Klubie Podwodnym „Wanda” oraz kilkutygodniowego obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów na Jeziorze Śniardwy w lipcu 1979 roku, odbywającego się podczas 35. rocznicy Polski Ludowej. Opowiem również o tym, jak po przyjeździe do Kanady odkryłem nową pasję – wielodniowe wyprawy na kanu po jeziorach i rzekach Ontario.

Serdecznie zapraszam do lektury!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 2 lipca 2026

TURBACZ W GORCACH I KATASTROFA MAŁEGO SAMOLOTU W 1973 ROKU

Turbacz (49°32'34.4"N 20°06'40.9"E / 49.542874, 20.111352) odwiedziłem trzy razy i, o ile dobrze pamiętam, za każdym razem wchodziłem oraz schodziłem inną trasą. Na szczycie Turbacza (1310 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gorców, znajdowało się spore schronisko, które dla wielu turystów stanowiło naturalny punkt odpoczynku i schronienia przed kapryśną górską pogodą.

Podczas wędrówek często zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie piliśmy zimną żętycę i kupowaliśmy oscypki. Były to obowiązkowe elementy każdej górskiej wyprawy, podobnie jak rozmowy z miejscowymi góralami.

Pewnego razu mieszkający tam góral zaczął nas wypytywać, skąd jesteśmy.

    — Z Warszawy — odpowiedzieliśmy.
    — Parę dni temu była tutaj taka starsza pani, też z Warszawy — może ją znacie?

Nie pierwszy raz spotykaliśmy się z podobnym pytaniem. Niektórzy ludzie przez całe życie nie opuszczali swoich wsi czy małych miasteczek, gdzie niemal każdy znał każdego po imieniu, a jeśli nawet nie znał, wystarczyło zapytać sąsiada czy znajomego. Trudno im było wyobrazić sobie rzeczywistość wielkiego miasta, w którym setki tysięcy ludzi pozostają dla siebie anonimowe.

Z Turbaczem wiąże się także dramatyczna historia, którą opowiadała mi moja ciocia — zapalona piechurka górska, równie zawzięcie przemierzająca beskidzkie szlaki jak my. Była na Turbaczu 25 maja 1973 roku. Pogoda tego dnia była wyjątkowo nieprzyjemna — mgła ograniczała widoczność i wielu turystów postanowiło przeczekać ją w schronisku.

Ciocia akurat jadła posiłek w schroniskowej jadłodajni, gdy nagle otworzyły się drzwi i wbiegła góralka, krzycząc, że rozbił się samolot! Jak się okazało, przechodząc niedaleko miejsca katastrofy usłyszała wołanie o pomoc rannego pilota.

Rozbił się dwusilnikowy samolot sanitarny Let L-200 Morava, transportujący chore dziecko wraz z matką do szpitala.

Natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Na Turbaczu próbował wylądować helikopter, lecz z powodu gęstej mgły nie zdołał tego uczynić. Poszkodowanych przewożono z miejsca katastrofy — o ile pamiętam — wozami konnymi do pobliskiej miejscowości.

Niestety, kobieta nie przeżyła katastrofy. Pilot doznał bardzo ciężkich obrażeń (czytałem, że miał złamany kręgosłup), natomiast dziecko wyszło z tego tragicznego wypadku bez większych obrażeń.

Przy symbolicznym pomniku w miejscu katastrofy na Turbaczu

Kilka lat później, schodząc z Turbacza jedną z tras, zatrzymałem się przy symbolicznym pomniku ustawionym w miejscu katastrofy. Wykonano go ze szczątków rozbitego samolotu. Do dziś pamiętam ten moment — stojąc pośród spokojnego lasu trudno było uwierzyć, że właśnie tam rozegrał się kiedyś tak dramatyczny epizod.

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/