Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypinki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypinki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2026

BACÓWKA PTTK NA LUBANIU W GORCACH

Schronisko na Lubaniu (49°29'17.0"N 20°20'28.1"E / 49.488056, 20.341139) — a właściwie bacówkę PTTK — zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że była wówczas nowo wybudowana, bardzo przytulna, a jej obsługa niezwykle życzliwa i gościnna. Otrzymaliśmy też bardzo kameralny, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze, co w schroniskach górskich nie zdarzało się aż tak często.

Bacówka na Lubaniu

Bacówka nie była duża i dysponowała stosunkowo niewielką liczbą miejsc noclegowych. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy szczególnych luksusów. Niejednokrotnie nocowaliśmy w wieloosobowych pokojach wyposażonych w łóżka piętrowe, dzieląc je z innymi turystami. Był to zresztą nieodłączny element atmosfery dawnych schronisk górskich — wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i wymiana górskich doświadczeń często pozostawały w pamięci na całe życie.

Chociaż osobiście nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, aby w schronisku zabrakło wszystkich miejsc noclegowych, z licznych opowieści wiem, że schroniska PTTK praktycznie nigdy nie odmawiały turystom noclegu. Nawet jeśli wszystkie łóżka były zajęte, zawsze starano się znaleźć jakieś rozwiązanie — czasem oznaczało to nocleg na podłodze, na materacu lub nawet na ławie w jadalni.

Bacówka na Lubaniu, 1974 rok
Źródło: Wikimedia Commons. Autor: https://en.wikipedia.org/wiki/pl:user:Wp

Do dziś wspominam, że w tej niewielkiej i skromnej bacówce mogliśmy cieszyć się wyjątkowym komfortem i prywatnością.

Niedługo później dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że na początku 1978 roku cały obiekt został doszczętnie zniszczony przez pożar. Bacówka funkcjonowała zaledwie dwa lata.

Obecna bacówka PTTK na Lubaniu została odbudowana i nadal służy turystom odwiedzającym malownicze pasmo Gorców.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


piątek, 24 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 2/2)

Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów — Olsztyn: krótki pobyt i trochę wspomnień o tym mieście — Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów — Spadająca flaga 22 lipca 1979 r., czyli zwiastun początku końca PRL-u — Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce” — Zaniedbany cmentarz mazurski — Nieoczekiwany mocny sen — Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej — Ponad 50 lat „Wandy”



To jest cześć druga. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.


Rzecz jasna, bardzo miło wspominam moje „płetwonurkowe” czasy i niezmiernie się cieszę, że doświadczyłem tego raczej rzadkiego hobby. W lipcu 1979 roku spędziłem parę tygodni na obozie szkoleniowym na wyspie Szeroki Ostrów na jeziorze Śniardwy. Chociaż był to teoretycznie klub harcerski, nie istniał żaden wymóg należenia do ZHP, a samo członkostwo w klubie nie czyniło ze mnie automatycznie harcerza. Na wyspie faktycznie znajdował się żeglarski obóz harcerski, bodajże z Pałacu Młodzieży w Warszawie, składający się z „autentycznych” skautów w mundurkach harcerskich — my jedynie musieliśmy nosić niebieskie koszule ze sznurem. Był on oddalony od nas o kilkaset metrów. Do tego obozu codziennie chodziliśmy na posiłki i czasami uczestniczyliśmy wraz z jego mieszkańcami w imprezach przy ognisku.

Srebrny Krzyż Harcerski ZHP tradycyjna odznaka skautowa na jasnym tle
Krzyż Harcerski

Z obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów posiadam kilkanaście zdjęć — w tym kolorowe. Po raz pierwszy w życiu kupiłem wówczas barwny film fotograficzny. Kolory niestety wyszły kiepskiej jakości — nie wiem, czy była to moja wina, czy zakładu fotograficznego. W każdym razie zdjęcia czarno-białe podobają mi się o wiele bardziej — nawet w dobie fotografii cyfrowej!

Z Warszawy dojechaliśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie, czekając na dalsze połączenie, przeszliśmy się po mieście, a nawet wpadliśmy do EMPiK-u (Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki) na dość ciekawą pogadankę na temat znaczenia Polski w świecie. EMPiK w czasach PRL-u był nie tylko księgarnią, ale także ważnym miejscem spotkań, odczytów i kontaktu z zagraniczną prasą oraz kulturą.

Oficjalny herb Olsztyna przedstawiający świętego Jakuba Apostoła w białych szatach trzymającego laskę i muszlę na niebieskim tle
Herbem Olsztyna jest postać świętego Jakuba Większego Apostoła w białych szatach na niebieskim polu. Święty trzyma laskę i muszlę pielgrzymią, tradycyjne atrybuty szlaku Camino de Santiago.

~ ~ ~ ~ ~

W Olsztynie byłem przynajmniej raz, w sierpniu 1977 roku, i kilkakrotnie chodziłem na ryby na pobliskie jeziora. Kiedyś podczas wędkowania spotkaliśmy starszego, sympatycznego mężczyznę, który również przyszedł nad jezioro i wdaliśmy się z nim w rozmowę. Powiedział nam, że po niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku znalazł się na terenach zajętych przez Związek Sowiecki i trafił do Armii Czerwonej, uzyskując stopień kapitana. Po „wyzwoleniu” pojawił się właśnie w Olsztynie, o którym opowiedział kilka historii, które doskonale zapamiętałem:

• Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Olsztyna samo miasto było stosunkowo mało zniszczone. Żołnierze sowieccy, wiedząc, że miasto przypadnie Polsce, zazdrościli Polakom, że dostanie się im tak piękne miasto. Chodzili więc po ulicach i rzucali granatami do ocalałych budynków, powodując liczne pożary. (Polecam krótki artykuł Straszy w mieście! Mieszkańcom Warmii i Mazur Sowieci zgotowali w 1945 r. piekło. Nie zasługują na naszą wdzięczność, a tym bardziej na pomnik w centrum Olsztyna autorstwa dra Karola Nawrockiego, ówczesnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a od 2025 roku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).

• Sowieci również lubili łowić ryby — nie potrzebowali jednak wędek. Łowili je, wrzucając do jezior granaty, a następnie zbierając ogłuszone ryby.

• Wielu nowo przybyłych do Olsztyna Polaków mogło zajmować najlepsze domy i często poszczególne rodziny zajmowały po kilka nieruchomości. Twierdził, że do dziś pozostają one własnością ich potomków. On sam, jako kapitan Armii Czerwonej, mógł otrzymać najlepszy dom, z najnowocześniejszym wyposażeniem dostępnym w mieście.

• Nie pamiętam już dokładnie, z jakich powodów, ale ów człowiek przyłączył się do zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Po pewnym czasie zaprzestał działalności i skorzystał z amnestii, dobrowolnie zgłaszając się do władz. Przez pewien czas był więziony, ale później odzyskał wolność. Ze względu na swoją przeszłość polityczną przez resztę życia pozostawał na „celowniku” Urzędu Bezpieczeństwa i nie miał łatwego życia.

~ ~ ~ ~ ~

Z wyjazdu na Szeroki Ostrów utrwaliło mi się w pamięci kilka epizodów, o których chciałbym wspomnieć.

*

             Z Olsztyna dojechaliśmy pociągiem do Piszu. Z powodu opóźnienia dotarliśmy tam dopiero po północy, a samochód, który miał nas odebrać z dworca i zawieźć na obozowisko, po kilkugodzinnym oczekiwaniu odjechał niespełna godzinę przed naszym przyjazdem. Chcąc nie chcąc, pomaszerowaliśmy więc w środku nocy około 14 km, z ciężkimi plecakami, i dotarliśmy na wyspę nad ranem, gdzie czekały już na nas rozbite namioty. Zmęczeni szybko udaliśmy się na spoczynek.

Nasze obozowisko znajdowało się mniej więcej vis-à-vis obecnego (2026 r.) pola namiotowego, po drugiej stronie drogi, na polance w lesie, bardzo blisko wody (53°43'57.9"N 21°44'38.0"E / 53.732750, 21.743889). Centralny plac był osłonięty kanopą spadochronu. Zbudowano również prymitywny „pomost” do cumowania łodzi.

Nasze obozowisko "pod spadochronem"

Chciałbym też dodać, że wyspa była połączona z lądem przejezdną groblą, usypaną około 1943 roku przez robotników przymusowych z obozu w Zdorach. Wcześniej łączność z lądem zapewniał niewielki prom. Tak więc od tamtego czasu technicznie stała się ona półwyspem.
*

            Był to rok 1979, ostatni pełny rok rządów Edwarda Gierka (zwanego Edwardem Dłużnikiem — ponieważ ogromne kredyty zagraniczne zaczynały coraz bardziej obciążać polską gospodarkę) i jego kolegi, premiera Piotra Jaroszewicza. Braki w sklepach stawały się coraz bardziej widoczne, a sytuacja gospodarcza Polski stale się pogarszała.

Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych i codziennie odbywał się apel, podczas którego jeden z nas wciągał flagę na maszt — było to wyróżnienie (mnie również spotkał ten zaszczyt, i to już pierwszego dnia, w uznaniu za dzielny nocny marsz).

W tym pamiętnym dniu, noszącym znamienną datę — 22 lipca 1979 roku (tego dnia w Polsce Ludowej obchodzono Narodowe Święto Odrodzenia Polski, najważniejsze święto państwowe w latach 1944–1989, upamiętniające ogłoszenie Manifestu PKWN w 1944 roku) — a dodatkowo było to 35-lecie PRL-u — jeden z uczestników zaczął wciągać flagę na maszt.

Gdy biało-czerwona bandera powoli dotarła na sam szczyt, nagle oderwała się i poszybowała z powrotem na ziemię!

Wielokrotnie komentowaliśmy później to zdarzenie jako złowieszczy zwiastun — i rzeczywiście się nie pomyliliśmy. Już rok później rozpoczęły się strajki, niebawem powstała „Solidarność”, Gierek odszedł na polityczną banicję, został potępiony przez własną partię, a nawet z niej usunięty.

Ale i tak dostał jedynie przysłowiowego „prztyczka”, podczas gdy powinien otrzymać solidnego kopa — i to nie jednego — podobnie jak cała jego komunistyczna gangsterska zgraja. Dziesięć lat później nastąpił koniec komunizmu.

*

            W numerze „Polityki” (tygodnika społeczno-politycznego wydawanego w Warszawie jako organ prasowy KC PZPR) przypadającym na Święto Odrodzenia Polski, jak zwykle na pierwszej stronie ukazała się kreskówka znanego grafika, karykaturzysty i satyryka Szymona Kobylińskiego.

Pomimo ilustrowania komunistycznego tygodnika, samych komunistów Kobyliński nigdy nie darzył sympatią. Na łamach „Trybuny” z 2–3 września 1991, powiedział:

„W 1947 roku grzmiały armaty po wyborach Bierutowskich i wtedy przysięgłem, że tym komuchom będę dowalał przez całe życie. I rzeczywiście — nigdy nie byłem po ich stronie w sensie aprobaty…”

Ilustracja przedstawiała dziadka, ojca i syna. Ojciec zwraca się do syna:

„Dziadek ma tyle lat, co niepodległa Polska, ja tyle, co Polska Ludowa, a ty masz 9 lat.”

Oczywiście wszyscy zrozumieli aluzję — Edward Gierek pozostawał u władzy od 1970 roku, a więc właśnie od niemal dziewięciu lat.

*            

               Na wyspie Szeroki Ostrów znajdował się przy drodze, blisko naszego obozowiska, stary, zaniedbany i zarośnięty cmentarz, z wypisanymi gotykiem, prawie nieczytelnymi inskrypcjami na nagrobkach. Jeden z uczestników obozu postanowił to miejsce trochę oczyścić, a nawet ogrodzić je barierką zrobioną z konarów drzew, bo jak powiedział: „Nie chciałbym, aby ktoś śmiecił i chodził po moich szczątkach”. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że był to cmentarz ewangelicki, a pochowane tam osoby to zamieszkujący wyspę autochtoni. Według strony internetowej www.mazury24.eu:

 „Na przełomie lat 1944/1945 Szeroki Ostrów składał się z 6 siedlisk, których właścicielami byli: Michael Adamy, Auguste Dudda, Kayka, Max Prystawik, August Sbresny”.

Mazurzy byli mieszkańcami Mazur, w większości wyznania ewangelickiego, wywodzącymi się głównie od osadników z Mazowsza. Przez stulecia znajdowali się pod silnym wpływem kultury i państwowości pruskiej, co sprawiło, że ich tożsamość była złożona i łączyła elementy polskie oraz niemieckie.

Posługiwali się lokalną gwarą i byli poddani silnej germanizacji. Określali siebie często jako Masuren (Mazurzy); ich kultura była mieszanką polskich korzeni z pruską organizacją państwową. Byli zazwyczaj rolnikami i rybakami, silnie związanymi z mazurską przyrodą, a po 1945 roku większość z nich opuściła te tereny lub została wysiedlona.

*

            Jeden z namiotów przeznaczono na skład sprzętu nurkowego i co noc ktoś musiał w nim samotnie spać, „pilnując” tych rzeczy. Pewnej nocy i mnie przypadł ten obowiązek. Nawet byłem zadowolony, bo w moim namiocie przyległe łóżko polowe zajmował muzyk, którego co rano budził wartownik — a on, półprzytomny, chwytał za trąbkę i grał na niej pobudkę — prosto w moje ucho! Byłem więc z pewnością pierwszą osobą, która zrywała się z łóżka.

Ale wracając do samotnie spędzonej nocy — mogę tylko powiedzieć, że NIGDY w życiu tak mocno nie spałem. Zasnąłem momentalnie i rano z trudnością mnie dobudzono — przez dłuższy czas byłem niczym odurzony środkami farmakologicznymi. Gdyby tamtej nocy ktokolwiek chciał ukraść znajdujący się tam sprzęt, mógłby tego dokonać bez najmniejszych problemów, a nawet zabrać namiot i wynieść moje łóżko — razem ze mną! Do tej pory zastanawiam się, co było tego przyczyną. Czy przebiegała pode mną jakaś żyła wodna lub występował inny geologiczny fenomen? A może po prostu był to przypadek...

*
            Pewnego wieczora rozmawialiśmy na różne tematy. Ktoś wspomniał książkę Stanisława Grzesiuka Pięć lat kacetu”, zaczęliśmy mówić o wojnie, obozach koncentracyjnych i zeszliśmy na temat Katynia. Tu chciałbym dodać, że w Polsce nie spotkałem w rozmowach osobistych kogokolwiek, kto kwestionowałby sprawców tego morderstwa — pytanie, kto to zrobił, właściwie nie istniało, bo każdy znał prawdziwych oprawców: Sowieckie NKWD.

Zebranie towarzyskie i dyskusja w naszym obozowisku

Zaczęliśmy o tej zbrodni dyskutować i wymieniać różne informacje. Był z nami jeden z „szefów” klubowych i obozowych, zresztą bardzo miły, wykształcony, inteligentny i fajny facet, będący dość wysokiej rangi harcerzem (instruktorem lub nawet harcmistrzem), a także pedagogiem. Milcząco przysłuchiwał się naszej dyskusji i w pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:

— Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?

Muszę przyznać, że takie pytanie było kompletnie nie na miejscu. Zapanowała niewygodna cisza i na tym nasza dyskusja się zakończyła.

Był to jedyny Polak, który w „prywatnej” rozmowie zakwestionował sprawców tej masakry. Przykre, bo nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Niestety, jak wielokrotnie zaobserwowałem, inteligencja i wykształcenie nie zawsze idą w parze z otwartym umysłem oraz umiejętnością samodzielnego, krytycznego myślenia i analizowania faktów, niezależnie od narzucanych odgórnie interpretacji i ideologii. 

Nawet nasi nauczyciele w szkole albo ten temat pomijali, albo wprost sugerowali wschodnich sprawców jako jedną z możliwych tez — ale NIGDY bez ogródek nie powiedzieli, że był to czyn Niemców. Ba, nawet esbecy, z którymi miałem "koleżeńskie" spotkanie wyrazili przypuszczenie, iż zbrodni tej nie dokonali Niemcy (chociaż rzecz jasna, mogli to zrobić w celach strategicznych).

Czytałem też, że powodem, dla którego w czterotomowej „Encyklopedii Powszechnej PWN” z lat 70. XX wieku nie pojawiło się hasło „Katyń”, była odmowa redaktorów napisania nieprawdy o tym wydarzeniu. Toteż postanowiono wybrać neutralną opcję i w ogóle takiego hasła nie zamieszczać, co samo przez się dawało czytelnikom bardzo dużo do myślenia o tym akcie ludobójstwa.

Przez cały okres istnienia Polski Ludowej oficjalna propaganda przypisywała zbrodnię katyńską Niemcom. Dopiero przed upadkiem komunizmu władze radzieckie oficjalnie przyznały odpowiedzialność NKWD za zamordowanie polskich oficerów w 1940 roku.

Natomiast w Kanadzie natknąłem się na emigrantów ze Związku Sowieckiego i niektórzy nadal twierdzili, iż była to zbrodnia popełniona przez Niemców, trzymając się twardo oficjalnej wersji rządu sowieckiego. Ale w ich przypadku powinno się im współczuć — chyba takie mają geny i DNA i przez to najbardziej właśnie oni wycierpieli (i nadal cierpią) z powodu tego systemu, który de facto popierają — lecz na narodowy masochizm i wrodzoną poddańczość nie ma rady.

Mój dziadek, Jerzy Kismanowski (1894-1940)

Tu zresztą pragnę dodać, że Katyń ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk: mój dziadek (ojciec mojej mamy), Jerzy Kismanowski, został zamordowany w Katyniu i przez wiele dekad ona oraz moja babcia musiały żyć otoczone tym kłamstwem, a na dodatek były prześladowane przez władze komunistyczne (a mnie również lekko to dotknęło w 1981 roku).

O ile pamiętam, to ten facet po prawej stronie był instruktorem nurkowania. A ten po lewej jedynie adeptem 😁

Wracając natomiast do samego klubu — od 1975 roku cały czas prężnie działa, organizuje liczne kursy szkoleniowe i wyjazdy, a jego założyciel, Piotr Kowalski, dopiero niedawno, w 2025 roku, po 50 (tak, pięćdziesięciu!) latach zrezygnował z funkcji prezesa, przekazując pałeczkę (a raczej 🤿 rurkę do nurkowania 😁) komuś młodszemu.

Podziwiam tego rodzaju pasję, poświęcenie i zaangażowanie — a samemu klubowi życzę powodzenia i sukcesów przez następne 50 lat!

A na koniec coś zabawnego. Jeden z moich kolegów, widząc odznakę klubu, sugerował, że do jego nazwy powinienem dopisać literę „L” i wówczas powstałby Klub Podwodny WANDAL!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

sobota, 6 czerwca 2026

CZANTORIA

Czantorię (49°40'59.3"N 18°49'09.4"E / 49.683139, 18.819278) pamiętam bardzo dobrze, głównie za sprawą wyciągu krzesełkowego. Wjechałem na nią dwukrotnie — prawdopodobnie około 1972–1973 oraz ponownie w latach 1975–1977 — i z obu tych przejazdów zachowały się pamiątkowe fotografie.

Rok 1972 lub 1973, na wyciągu krzesełkowym na górę Czantorię wraz z moją mamą. Na następnym krzesełku siedzi moja ciocia, która była wraz z nami.

Co ciekawe, na obu zdjęciach siedzę na tym samym krzesełku! Z tyłu widoczne jest krzesełko jadące w przeciwnym kierunku z numerem „95”, co pozwoliło mi po latach zauważyć tę zabawną zbieżność.

Rok 1975, 76 lub 77. Wjeżdżam na Czantorię na tym samym krzesełku, co parę lat temu-co za zbieg okoliczności! Moja mama tym razem siedzi na krzesełku za mną.

Podczas pierwszego pobytu mieszkaliśmy w Wiśle (miejscowości) i często kąpałem się w Wiśle — najdłuższej rzece Polski — a nawet przepływałem ją z jednego brzegu na drugi. Dziś przypomina mi to mój późniejszy (w 2024 roku) „wyczyn” przepłynięcia wpław najdłuższej rzeki Stanów Zjednoczonych, Mississippi, w Minnesocie, którym „chwaliłem się” już w moim turystycznym BLOGU. Wygląda więc na to, że mam w ten sposób „zaliczone” dwie słynne rzeki na dwóch kontynentach! Muszę sprawdzić, ile jeszcze potrzeba przepłynąć rzek, aby znaleźć się w Księdze Guinness'a...

Podczas drugiego pobytu wakacje spędzaliśmy w Ustroniu-Zawodziu. O ile dobrze pamiętam, mieszkaliśmy w tzw. „Piramidach” — bardzo charakterystycznym i nowoczesnym jak na owe czasy kompleksie budynków sanatoryjno-wypoczynkowych, który do dziś pozostaje jednym z symboli Ustronia.

W czasie tego pobytu doszło również do nieprzyjemnego i dramatycznego wydarzenia. Moja babcia na naszych oczach uległa wypadkowi — na rogu ulic Daszyńskiego i Grażyńskiego została potrącona przez motorower prowadzony przez młodego chłopaka, obok którego na motorze jechał jego ojciec. Z tego, co pamiętam, była to jej wina i mam nadzieję, że chłopak nie nosił później z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Babcia spędziła kilka długich tygodni w szpitalu, ale mimo wieku wróciła do zdrowia i wyszła z tego bardzo ciężkiego doświadczenia.

Niedawno odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę. Około 200 metrów od miejsca tego zdarzenia, przy ulicy Zielonej 2 (49°43'15.1"N 18°48'54.6"E / 49.720861, 18.815167), znajdowała się willa Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR, a po przeciwnej stronie ulicy — willa Jerzego Ziętka, legendarnego śląskiego działacza i polityka. To interesujące, jak często po latach okazuje się, że miejsca z naszych wspomnień kryją nieoczekiwane historyczne powiązania.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

środa, 27 maja 2026

Górska Odznaka Turystyczna

Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.

W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.

Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.

Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.

Wędrówka po Beskidach w 1977 roku

Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.

Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.





Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.

Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.

Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.

Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.

Tadeusz Gurbiel
Tadeusz Gurbiel „Góra” (1908–1993) był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego oraz zasłużonym działaczem turystycznym PTTK. Od 1940 roku działał w Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim i przeszedł długi  bojowy — od walk na Woli, przez Stare Miasto, aż po ewakuację kanałami do Śródmieścia. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania trafił do niewoli niemieckiej, z której wrócił do Polski dopiero w 1947 roku.

Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.

Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.

Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK”

[Napisałem maila do PTTK z prośbą o pozwolenia na przedruk zdjęć p. Gurbiela z tej publikacji—niestety, nie otrzymałem odpowiedzi i postanowiłem to pomimo wszystko zrobić. 
Wielokrotnie na podobne prośby kierowane do instytucji lub autorów nie otrzymywałem odpowiedzi.]

Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.

Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.

Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.

Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.

********************

Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.

W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.

Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 21 maja 2026

Moja kolekcja metalowych znaczków, przypinek, zdjęć i innych pamiątek

Pewnie każdy z nas w dzieciństwie coś kolekcjonował. W czasach PRL nawet tak proste rzeczy jak kapsle, pudełka po zapałkach, historyjki obrazkowe z gum do żucia, zagraniczne puszki i butelki po piwie i innych napojach, paczki po papierosach czy znaczki pocztowe bardzo często trafiały do kolekcji moich rówieśników. Sam również gromadziłem takie przedmioty — do dziś pamiętam np. plastikową paczkę po papierosach firmy „Philip Morris”, która była wówczas szczególnie poszukiwanym „artefaktem” wśród młodych zbieraczy, czy puszkę po piwie.

Warszawa, al. gen. Karola Świerczewskiego 159.
Na zdjęciu widać matę z przypinkami i znaczkami wiszącą w moim pokoju.
Fotografię wykonano w moim mieszkaniu 13 maja 1981 roku, gdy celebrowaliśmy zdany tego samego ranka pisemny egzamin maturalny z matematyki. Godzinę lub dwie później dowiedzieliśmy się o zamachu na Papieża Jana Pawła II, do którego doszło na Placu Świętego Piotra w Watykanie.

Zbierałem także znaczki pocztowe — miałem nawet abonament i co kwartał otrzymywałem nowe wydania (co prawda ostemplowane, ale za to tańsze). Do dziś posiadam jeden klaser, zawierający również wiele znaczków przedwojennych.

Ten znaczek zapewne otrzymałem od ojca mojego kolegi na Targach Poznańskich

Z czasem zacząłem kolekcjonować metalowe znaczki i przypinki. Ich głównym źródłem były Międzynarodowe Targi Poznańskie, na które co roku jeździł mój ojciec i przywoził mi nowe okazy. Raz pojechaliśmy tam całą rodziną — byłem wtedy w siódmym niebie! Co ciekawe, spotkałem na nich ojca mojego kolegi, mieszkającego w tym samym bloku, co ja--a do tego na tym samym piętrze--który zajmował wysokie stanowisko w centrali zakładów produkujących w PRL sprzęt elektroniczny "Unitra" i obdarował mnie garścią metalowych znaczków!
Oryginalny bilet wstępu na Międzynarodowe Targi Poznańskie z czerwca 1974 roku

Później, podczas wycieczek górskich, kupowałem kolejne znaczki w schroniskach. Gdy w 1980 roku pojawiła się „Solidarność”, starałem się zdobyć jak najwięcej przypinek związanych z tym ruchem. Znajomi i koledzy, wiedząc o moim hobby, również czasem przynosili mi różne egzemplarze. Z biegiem czasu wszystkie te znaczki trafiły na matę, która przez wiele lat wisiała w moim pokoju.

Fotografia z kwietnia 2026 roku

Kilkanaście lat po moim wyjeździe do Kanady tylko część kolekcji do mnie wróciła — i ponownie przypiąłem ją do maty, wzbogacając o kilkanaście znaczków zdobytych już w Kanadzie. Do dziś wisi ona w moim biurze i przez lata była świetnym „conversation starter” — często przyciągała uwagę klientów i prowadziła do ciekawych rozmów. Niejednokrotnie zamiast skupiać się wyłącznie na sprawach zawodowych, spędzałem sporo czasu na rozmowach, które zaczynały się od jednej małej przypinki! Bardzo miło wspominam te chwile — czasem przerywane przez sekretarkę przypominającą, że czekają już kolejni klienci. Zawsze jednak uważałem, że nie żyje się tylko po to, aby pracować, i chętnie dzieliłem się swoimi zainteresowaniami — zarówno tymi z Polski, jak i tymi rozwijanymi już w Kanadzie (o których piszę na moim blogu turystycznym: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/).

W moim pokoju, w mieszkaniu w Warszawie na ul. Świerczewskiego 159 (obecnie al. "Solidarności"). Moja mama z papużką na ramieniu. Po lewej stronie mata ze znaczkami-plakat Ewy Śnieżanki z jej autografem. A na drzwiach niesamowicie oryginalny plakat z "duchem". Zdjęcie najprawdopodobniej zrobione w drugiej połowie lat 70. XX wieku.

W kolejnych wpisach będę zamieszczał zdjęcia znaczków wraz z opisami i refleksjami — pojawią się też inne ciekawe przedmioty, a czasem po prostu same wspomnienia.

Blog dostępny jest również w języku angielskim, choć mam świadomość, że poruszane tu tematy mogą być bardziej interesujące dla czytelników znających realia Polski z tamtych lat.
Jeżeli jednak ten tekst zainteresuje zagranicznych czytelników, w miarę możliwości z przyjemnością odpowiem na ich pytania. Czasami moje odpowiedzi do pozostawionych komentarzy mogą być opóźnione: gdy podróżuję, zazwyczaj rzadko kiedy używam telefonu komórkowego (traktuję go jako zło konieczne), nie mam dostępu do mojego konta, albo w ogóle nie mam dostępu do Internetu, bo na wielu terenach nie ma zasięgu telefonii komórkowej. 

Na koniec zaznaczam, że część informacji będzie pochodziła z Wikipedii oraz innych źródeł internetowych.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/