Harcerstwo — HKP Wanda — Kurs nurkowania — Nurkowanie w Polsce i w Kanadzie — Żeglarstwo — Lotnictwo — Pływanie na kanu w Kanadzie
Harcerzem nigdy nie byłem, jedynie zuchem — w 1969 roku, w pierwszej klasie szkoły podstawowej, i to nie dłużej niż przez jeden miesiąc. Nie mam pojęcia dlaczego, ponieważ harcerstwo w naszej szkole działało bardzo prężnie. Nie przypominam sobie jednak, aby należeli do niego moi najbliżsi koledzy, co zapewne było głównym powodem, dla którego nie kontynuowałem członkostwa w tej organizacji. Na szczęście nie było żadnego przymusu ani szczególnej presji, aby do niej wstąpić. (Harcerstwo, czyli polski ruch skautowy, odgrywało w PRL-u ważną rolę wychowawczą. Chociaż organizacja pozostawała pod wpływem władz komunistycznych, członkostwo w niej nie było formalnie obowiązkowe.)
W 1978 roku zapisałem się na kurs nurkowania organizowany przez Harcerski Klub Podwodny Wanda (HKP Wanda), którego zajęcia odbywały się na krytej pływalni Legii w Warszawie. Jeździliśmy również nurkować w podwarszawskich stawach i jeziorkach.
![]() |
| Wraz z instruktorem, prezesem i założycielem klubu Piotrem K. (z lewej strony) - nurkowanie na podwarszawskim Jeziorze Dziekanowskim, czerwiec 1979 roku |
![]() |
| Nurkowanie na Jeziorze Dziekanowskim z Jarkiem Ł. (po prawej), czerwiec 1979 r. Zastanawiam się, gdzie się podziały te moje gęste włosy? |
O wiele bardziej odpowiadało mi nurkowanie z rurką na Karaibach. Już na głębokości jednego czy dwóch metrów można było podziwiać przepiękne rafy koralowe — zrobiłem nawet trochę zdjęć — a na głębokości 10 czy 20 metrów widoki musiały być jeszcze bardziej imponujące. Mimo to również wtedy nie zainteresowałem się nurkowaniem z butlą, chociaż uzyskanie certyfikatu było tam nieporównywalnie łatwiejsze niż w Polsce. Ba, niektórzy wręcz twierdzili, że de facto certyfikat po prostu się kupowało...
![]() |
| Nurkowanie z rurką na Kubie, styczeń 2010 roku |
Z drugiej strony poznałem człowieka, który posiadał własny sprzęt i nurkował zarówno w Ontario, jak i na Karaibach bez jakiegokolwiek certyfikatu, ponieważ — jak twierdził — nigdy nikt go nie wymagał, a teorię i praktykę znał doskonale. Można i tak...
Natomiast w Kanadzie — a dokładnie w Ontario — miejscowość Tobermory (45°15'28.3"N 81°39'49.5"W / 45.257861, -81.663750), położona na krańcu Półwyspu Bruce (Bruce Peninsula), około 300 km na północny zachód od Toronto, przyciąga entuzjastów nurkowania z całego świata.
![]() |
| Tobermory, Ontario - mekka dla płetwonurków! |
Położony na krańcu Półwyspu Bruce akwen słynie z wyjątkowych możliwości nurkowania w wodach słodkich, charakteryzujących się niezwykłą przejrzystością. Widoczność pod wodą często sięga od 12 do 24 metrów, dorównując najlepszym tropikalnym miejscom nurkowym. Obszar ten może się poszczycić ponad 20 doskonale zachowanymi wrakami statków znajdującymi się na terenie Narodowego Parku Morskiego Fathom Five, na głębokościach od 3 do ponad 45 metrów, odpowiednich dla nurków o każdym poziomie zaawansowania 1)⬇. Fathom Five National Marine Park był pierwszym narodowym parkiem morskim w Kanadzie i jest uważany za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania w Ameryce Północnej.
😁
CIEKAWOSTKA: W miasteczku Tobermory kończy się droga, a na wyspę Manitoulin Island (największą na świecie wyspę śródlądową) kilka razy dziennie kursuje prom.W 2016 roku młoda kobieta, jadąc późną nocą w ulewnym deszczu i mgle, kierowała się wskazaniami GPS-u. Pomyliła rampę dla łodzi z przedłużeniem drogi i wjechała prosto do lodowatej wody zatoki Georgian Bay. Udało jej się wydostać z samochodu i przepłynąć 30 metrów do brzegu w wodzie o temperaturze zaledwie 4°C. Przemoczona i wyziębiona dotarła do pobliskiego hotelu, aby wezwać pomoc.
![]() |
| Jezioro Dziekanowskie, czerwiec 1979 r. |
Po przyjeździe do Kanady rozważałem zapisanie się do klubu płetwonurkowego i ukończenie kursu, jednak zniechęciła mnie duża ilość sprzętu, jaki trzeba posiadać i ze sobą wozić. Poza tym o wiele bardziej interesowały mnie prostsze aktywności, niewymagające dużych nakładów finansowych ani zakupu specjalistycznego wyposażenia. I jednak wolałem pływać NA wodzie, a nie POD wodą...
Bardzo poważnie zastanawiałem się również nad zapisaniem się do klubu żeglarskiego i nawet w połowie lat 80. odwiedziłem dwa takie kluby położone nad Jeziorem Ontario. Tutejsze żeglarstwo bardzo różni się jednak od tego w Polsce. Na otwartych wodach Jeziora Ontario żeglowanie wydaje mi się raczej monotonne, natomiast na wodach przepięknej zatoki Georgian Bay (45°21'32.2"N 80°54'57.8"W / 45.358944, -80.916056), będącej częścią jeziora Huron, bywa ono niebezpieczne z powodu tysięcy wysp i skał. Dlatego żaglówki spotyka się tam stosunkowo rzadko, a dominują łodzie motorowe.
![]() |
| Typowy krajobraz na zatoce Beaverstone Bay, części zatoki Georgian Bay w pobliżu wyspy Philip Edward Island (2010 r.) Przepiękne widoki, ale pływanie motorówkami lub żaglówkami jest niebezpieczne z powodu licznych skał. |
Przepiękne, malownicze brzegi, uformowane ze skał typowych dla Tarczy Kanadyjskiej, są w praktyce trudno dostępne dla większych jachtów. Nawet najbardziej doświadczeni wodniacy miewają tam wypadki, uderzając w podwodne skały lub brzeg — czego dwukrotnie byłem świadkiem, podobnie jak widoku motorówek po takich kolizjach.
Trzeba również uwzględnić koszty zakupu i utrzymania żaglówki. Rozmawiając z żeglarzami, byłem nieco zszokowany całkowitymi wydatkami związanymi z transportem, zimowaniem jednostki w marinach oraz jej ubezpieczeniem. Jeden z moich klientów kupił jacht, którego wyposażenie w elektronikę, akumulatory, GPS, panele słoneczne i inne gadżety kosztowało go mnóstwo pieniędzy, czasu i wysiłku — a mimo to spędzał na wodzie latem niecały miesiąc.
Natomiast żeglarstwo morsko-oceaniczne kompletnie do mnie nie przemawiało, pomimo iż miałem okazję popłynąć zarówno na Karaiby, jak i wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
![]() |
| Na południu od wyspy Philip Edward Island na północnej części zatoki Georgian Bay w Ontario (2010 r.) Krajobraz jest niesamowity... lecz nie wyobrażam sobie pływania na tym akwenie żaglówkami. Natomiast kanu jest idealne! |
Mogę jeszcze dodać, że przez pewien czas poważnie rozważałem zrobienie... licencji pilota ✈! Skorzystałem nawet z dwóch lotów zapoznawczych, podczas których instruktor oczywiście pozwolił mi przejąć stery i gorąco zachęcał do zapisania się na kurs.
Na szczęście szybko porzuciłem ten pomysł. Po przejrzeniu podręczników doszedłem do wniosku, że nie bardzo mam ochotę przyswajać ogromne ilości różnorodnych informacji, zwłaszcza że zdawałem sobie sprawę, iż samodzielnie latałbym bardzo rzadko. I chociaż kilka razy leciałem jako pasażer małymi samolotami przystosowanymi do lądowania na wodzie, staram się unikać tego rodzaju środka transportu.
W 1991 roku, będąc z kolegą na biwaku w przepięknym Parku Bon Echo w Ontario, po raz pierwszy wypożyczyliśmy kanu. Niestety, okazało się ono tak straszliwie wywrotne, że pomimo licznych prób nie potrafiliśmy nawet do niego wsiąść — czym dostarczyliśmy sporo rozrywki obserwującym nas turystom. Zamiast kanu otrzymaliśmy starą łajbę wiosłową, która okazała się znacznie stabilniejsza.
![]() |
| Chyba tylko kanu (lub kajak) pozwala na tak bliskie obcowanie z tego rodzaju przepięknymi, skalnymi terenami. Zatoka Georgian Bay, na wyspie Solomon Island, widok na południowe brzegi wyspy Philip Edward Island. |
W 1995 roku zapisałem się w Toronto do klubu nad Jeziorem Ontario na weekendowy kurs pływania na kanu, a kilka miesięcy później, w sierpniu 1995 roku, wziąłem udział w pierwszej tygodniowej wyprawie biwakowo-kanu po absolutnie przecudownej French River (Rzece Francuskiej) oraz zatoce Georgian Bay w Ontario. Była to jedna z najpiękniejszych wycieczek mojego życia. Jeszcze tego roku wybrałem się na 3 następne wyprawy biwakowo-kanu do Stanów Zjednoczonych: pływaliśmy po rzece Current River w stanie Missouri, w mokradłach/bagnach Okefenokee Swamp w południowej Georgii i północnej Florydzie i w cudownym parku Everglades w południowej części Florydy i na Zatoce Meksykańskiej. Pływanie na kanu naprawdę mnie wciągnęło!
![]() |
| Moja współtowarzyszka podróży i współwłaścicielka kanu podczas naszej dziewiczej wyprawy nowym kanu dookoła wyspy Philip Edward Island na północy zatoki Georgian Bay w 2010 roku. To była niepowtarzalna podróż! Właśnie jesteśmy koło skały, którą Catherine ochrzciła "The Kissing Rock", bo przypomina jej Hershey's Kisses (czekoladki firmy Hershey's). W następnych latach kilkakrotnie płynęliśmy tą trasą i zawsze się koło niej zatrzymywaliśmy. |
Od tamtej pory kanu stało się integralną częścią moich wakacyjnych wojaży. W 2010 roku kupiłem własne kanu (a właściwie wspólnie z moją towarzyszką podróży), które pozwoliło nam odbyć ponad 100 wycieczek, dopłynąć do ogromnej liczby przepięknych miejsc, biwakować w niepowtarzalnych i trudno dostępnych zakątkach, a także kilkakrotnie zobaczyć podwodne wraki statków.
![]() |
| Rzeczywiście, wielokrotnie zastanawiam się, jakim cudem tą malutką łajbą można dopłynąć w tak wiele miejsc, a często na otwartych wodach rozległych jezior |
Nieraz sam byłem zdziwiony, że tak mała, lekka, prosta i wręcz prymitywna łajba umożliwia eksplorację najpiękniejszych, ledwie dostępnych zakątków — zatoczek, przesmyków, skalnych wysepek, odnóg, wąskich kanałów i bardzo płytkich akwenów. A gdy brakuje wody, również da się przemieścić dalej, pchając kanu po piasku, płyciznach czy trzcinach lub, w najgorszym przypadku, przenosząc je na plecach. Poza tym bardzo szybko można dopłynąć do brzegu, rozbić namiot, wciągnąć kanu na skały i przy ognisku podziwiać niezapomniane widoki, nie martwiąc się praktycznie o nic więcej.
![]() |
| Fragment wyspy Philip Edward Island, widok z satelity |
![]() |
| Zachodnia część wyspy Philip Edward Island. Jak widać na mapie oraz na powyższym zdjęciu satelitarnym, otaczające wyspę wody zatoki Georgian Bay usiane są niezliczonymi wyspami, maleńkimi skalnymi wysepkami, zatoczkami i wąskimi przesmykami. W rzeczywistości jednak zarówno mapa, jak i zdjęcie satelitarne nie oddają złożoności tego obszaru i pokazują jedynie niewielką część tutejszego labiryntu skalnych raf oraz wysepek. Niektóre z tych skał znajdują się tuż pod powierzchnią wody i są niemal niewidoczne. Nawet płynąc kanu, wielokrotnie uderzaliśmy o nie dnem. Mimo że przez cały czas korzystałem z odbiornika GPS, nieraz gubiłem się w tym prawdziwym labiryncie. Przed upowszechnieniem się nawigacji satelitarnej nawet najbardziej doświadczeni wodniacy potrafili stracić wiele czasu na odnalezienie właściwej trasy. Dlatego żeglarze, jeśli decydują się na żeglugę po tych akwenach, muszą trzymać się z dala od skalistych brzegów i niebezpiecznych płycizn. A przecież właśnie tam kryją się najpiękniejsze zakątki tego niezwykłego krajobrazu! To właśnie kanu, kajak lub niewielka łódka pozwalają stosunkowo bezpiecznie manewrować pomiędzy skalnymi wysepkami i przesmykami oraz podziwiać ich niepowtarzalne piękno i spektakularny charakter. Warto dodać, że podobnie wygląda znaczna część wschodnich wybrzeży zatoki Georgian Bay. |
Wracając do naszego pierwszego niefortunnego doświadczenia z kanu w 1991 roku — zanim kupiłem własną łajbę, wielokrotnie odbywaliśmy dłuższe wycieczki wypożyczonymi kanu. Od czasu do czasu trafiały nam się jednostki bardzo wywrotne i niestabilne — do tego stopnia, że każdy bardziej gwałtowny ruch musieliśmy wykonywać niezwykle ostrożnie. Często byliśmy wręcz zmuszeni siadać na podłodze kanu, aby obniżyć środek ciężkości i uniknąć potencjalnej wywrotki.
Obecnie mogę definitywnie stwierdzić, że nasze kanu jest absolutnie idealne: obszerne (5,2 metra / 17 stóp), bardzo stabilne, szybkie i lekkie (poniżej 27 kg / 60 funtów) — tak doskonałe, że dałbym mu ocenę 10 na 10 gwiazdek!
Zresztą przez ponad 15 lat pływania ani razu nie mieliśmy wywrotki, chociaż zdarzyło się kilka sytuacji, kiedy naprawdę mocno się przestraszyliśmy, gdy fale przelewały się przez burty.
Tak więc w 1991 roku w Parku Bon Echo po prostu trafiliśmy na wyjątkowo wywrotne kanu — najmniej odpowiednie dla początkujących.
Z punktu widzenia współczynnika korzyści do kosztów (benefit/cost ratio) uważam, że w przypadku posiadania i użytkowania kanu jest on niezwykle wysoki — nieporównywalnie wyższy niż w przypadku nurkowania czy żeglowania (przynajmniej dla mnie).
Najlepszym dowodem są chyba moje liczne bilingwalne blogi turystyczne, poświęcone między innymi wyprawom kanu: www.ontario-nature-polish.blogspot.ca.
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.















Dla mnie każda forma aktywności wodnej jest godna podziwu, bo boję się wody i nie umiem pływać. Tym bardziej podziwiam nurkowanie. Lubiłam oglądać podwodne filmy Jaquesa Cousteau.
OdpowiedzUsuńOstatecznie znalazłeś ten rodzaj pływania, który Ci najbardziej odpowiada - kanu. To chyba taka forma pływania, która daje najbliższy kontakt z naturą, cała ta reszta, te wymyślne i drogie jachty, statki wycieczkowce itp. służą raczej do tego, żeby od wody i natury bardziej się odgrodzić.
Zastanawiając się zaś nad przecięciem kanu w razie konieczności podziału, myślę, ze praktyczniej byłoby przeciąć w poprzek, zawsze to mniejsza dziura do zalatania ;-)
Nie sądzę, aby nieumiejętność pływania była przeszkodą w sportach wodnych. Dobra kamizelka asekuracyjna zabezpiecza praktycznie w 100%. Sądzę, że ci, co umieją pływać i NIE noszą takich kamizelek, mają o wiele większe szanse utonięcia. My ogólnie zakładamy kamizelki, chyba że jest gorąco i idealna pogoda. Ale i wtedy powinniśmy.
OdpowiedzUsuńMoje nurkowanie i Jaquesa Cousteau to tak jak ziemia a niebo… ale przynajmniej trochę go doświadczyłem i nie miałbym nic przeciwko nurkowaniu z butlą na Karaibach, w przejrzystych i ciepłych wodach, otoczony przez przepiękne rafy koralowe i różnokolorowe ryby.
Absolutnie masz rację—pływanie na kanu pozwala na najbliższy kontakt z naturą, a co ważne, nie potrzeba silnika, paliwa i żadnych wymyślnych gadżetów, a sama łajba jest tak prosta, że trudno, aby nawet coś się popsuło. A jej przewożenie, jak widzisz na zdjęciu, jest niezmiernie proste. Naprawdę, same zalety!
Kiedyś stwierdziłem, że jeżeli pokłócimy się tylko trochę, to przetniemy ją w poprzek—z tych części będzie można zrobić np. półkę na książki (są nawet popularne, ale z drewnianych kanu). Ale w przypadku dużego konfliktu, to tniemy wzdłuż 😂!
Bardzo dobra umowa, musi być różnica podziału w zależności od stopnia konfliktu ;-)
UsuńZdjęcie ilustrujące przewożenie kanu wcale nie uspokaja mnie, że to proste! Jak to mocno trzeba przypiąć, żeby się w drodze nie ruszało.
Akurat na zdjęciu widzisz przykład bardzo ZŁEGO zamocowania kanu na dachu—ale mieliśmy do przejechania tylko kilkanaście kilometrów. Obecnie stosuję 8 pasów mocujących i nawet w dużym wietrze, przy szybkościach do 120 km/h, jest bardzo stabilne.
UsuńWidzę, ze całe życie byłeś bardzo aktywny i to na rózne sposoby.
OdpowiedzUsuńNurkowanie jakoś mnie nie pociągało, może dlatego, że jak piszesz wody w Polsce nie za bardzo do nurkowania!
Żaglówką, kajakiem , łodzią pływałam, ale to mój brat był bardziej zapalonym żeglarzem, ja tylko gościnnie, najbardziej kajak mi sie podobał.
Historia z panią, która wpadła z autem do wody straszna, aż dziw, że przeżyła!
Starałem się robić, co było możliwe i dostępne, a szczególnie lubiłem wodę. Cieszę się, że spróbowałem nurkowania, ale pasjonatem się nie stałem, nurkując w polskich jeziorach i stawach. Żeglowanie w kraju było trochę podobne do pływania tutaj na kanu—w każdym razie nie musieliśmy się obawiać, że nagle uderzymy w skałę, dopływało się do (piaszczystego) wybrzeża i rozkładało namioty.
UsuńTakie historie się zdarzają. Mnie też GPS parę razy wyprowadził na manowce—kazał jechać pod prąd, wpław przez jezioro oraz zdecydował, że na pustej drodze nie mogę bezpiecznie zawrócić i muszę dojechać 20 km do jej końca i dopiero wtedy zrobić ten manewr. Ale to jest nic—najgorsze są samochody, które same potrafią jeździć—a ich kierowcy w dodatku w to wierzą. W 99+% robią to dobrze, ale są sytuacje, kiedy ‘głupieją’ i zamiast hamować, prą naprzód, powodując śmiertelne wypadki, szczególnie w nocy i przy złej widoczności. Nie czułbym się komfortowo, całkowicie powierzając samochodowi jazdę. Ale co będzie, jaki niedługo przestaną produkować samochody BEZ kierownicy???
My jeździmy z GPSem, ale mapę wozimy, bo nawigacja wybiera dziwne drogi...
OdpowiedzUsuńOd dziecka uwielbiałem mapy i do dziś zawsze zabieram ze sobą kilka, między innymi bardzo szczegółową mapę prowincji Ontario w formie atlasu.
UsuńKiedyś na wspomnianej wyspie Manitoulin Island GPS zafundował nam prawdziwą „przygodę”. Zamiast najkrótszej trasy poprowadził nas pustymi, polnymi, wyboistymi i głęboko wyżłobionymi drogami. Mijaliśmy ogrodzone pastwiska i pola, prawie nie widząc żadnych zabudowań ani śladów cywilizacji. Dwukrotnie musieliśmy zawracać, ponieważ droga po prostu się kończyła albo była całkowicie nieprzejezdna – przynajmniej dla naszego samochodu.
W pewnym momencie droga zrobiła się tak stroma, że zjeżdżaliśmy w dół niemal na półhamulcu. Na szczęście kanu było solidnie przymocowane do dachu, bo w przeciwnym razie chyba zsunęłoby się prosto przed samochód!
W końcu dotarliśmy do celu. Jak się później okazało, można było dojechać tam zwykłą drogą, bez żadnych przygód, w mniej więcej jedną dziesiątą czasu, który zmarnowaliśmy dzięki „inteligencji” technologii satelitarnej. Od tamtej pory nadal korzystam z GPS-u, ale konsultuję się też z mapami papierowymi.
Nie wątpię, że płetwonurstwo może być fantastyczną aktywnością dostarczającą miłych wrażeń, tak samo jak nie wątpię w to, że dna przeróżnych akwenów usiane są prawdziwymi "skarbami" i perełkami, jednak to zdecydowanie nie dla mnie. Podobnie jak Ty, preferuję znajdować się na wodzie, a nie pod nią. A już koszmarem jest dla mnie wizja wjechania samochodem do wody, co tutaj nadal się ludziom zdarza – nawet starym wygom zamieszkującym wyspę od zarania dziejów ;)
OdpowiedzUsuńCo do jachtu, to kto bogatemu zabroni? ;) Z drugiej strony, może dla niego ten niecały miesiąc żeglugi był bezcenny? Absolutnie wart wszystkiego?
Z taką towarzyszką wszystkie wyprawy są znacznie przyjemniejsze ;)
Wszelkie kanu/kajaki mnie przerażają ;) Podobnie zresztą jak awionetki. Nie ufam tym łodziom. Wydają się być pozbawione jakiejkolwiek stateczności, a Twoje opowieści niemal potwierdzają moją śmiałą tezę ;)) Od razu widać, że są niestabilne emocjonalnie i zrobią wszystko, by wrzucić człowieka do wody, a nawet utopić! Źle im z oczu patrzy ;) Nie zaprzyjaźnimy się, o! Dobrze, że nasze ścieżki nie będą się przecinać, bo one jednak wybierają drogę morską, a ja lądową ;)
W porównaniu do Europy, na dnie tutejszych jezior, podobnie jak pod ziemią, nie ma zbyt dużo „skarbów”; w najlepszym wypadku będą to skorodowane metalowe przedmioty nie mające więcej niż 500 lat, głównie części z wraków statków, przerdzewiałe metalowe narzędzia, butelki, łańcuchy, części broni… Dlatego np. szukanie z wykrywaczami metali nie jest tutaj zbyt popularne.
UsuńNiektórzy ludzie NIE są specjalnie zamożni, jednak wkopują się w różne przedmioty, które stają się też nieraz skarbonką bez dna, a tak naprawdę stosunkowo rzadko są używane. Dlatego ja często wolałbym coś wypożyczyć niż posiadać, niezależnie od pozycji finansowej.
Dziękuję, towarzyszka się udała jak mało kto, jeżeli o podróże chodzi.
Niektóre kanu są bardzo wywrotne, inne nie są. Nasze NIE jest i ani razu nie mieliśmy wywrotki, nawet przy naprawdę dużych falach. W tym przypadku jesteśmy b. ostrożni, bo w takiej sytuacji prawdopodobnie stracilibyśmy 75% naszego ekwipunku.
Tu zobaczysz, ile my zabieramy ze sobą (czasem jeszcze więcej-to była krótka i prosta wycieczka, jedynie pół godziny wiosłowania od parkingu).
A tutaj rodzina z 4 dzieci na kanu.
Zapomniałam dodać, że w przypadku znacznego pożarcia się z współwłaścicielką kanu chyba najlepszym rozwiązaniem będzie sięgnięcie po sprawdzone sposoby, czyli odtworzenie biblijnej sytuacji, w której to dwie kobiety kłóciły się o niemowlę :) Król Salomon kazał przeciąć je na pół, aby każda miała swoją należną połówkę. Fałszywa matka na to przystała, a prawdziwa kategorycznie zaprotestowała. Była skłonna oddać całe dziecko tej drugiej, aby tylko przeżyło.
OdpowiedzUsuńTakie rozwiązanie szybko pokaże, kto z Was kocha kanu prawdziwą i szczerą miłością, a kim kieruje chęć zemsty i porachunków ;)
Świetna historia! Może coś takiego zaproponuję, jak zajdzie potrzeba!
UsuńPamiętam inną, autentyczną historię, która zdarzyła się ponad 100 lat temu. Dwóch facetów udało się na kanu na północne, bezludne tereny Kanady i doszło pomiędzy nimi do ogromnej kłótni, po której przestali się do siebie odzywać. Jednakże byli na tyle rozsądni, że wiedzieli, że są zmuszeni trzymać się razem, bo inaczej nie opuszczą tej dziczy. Tak więc codziennie rano budzili się, pakowali i bez słowa wsiadali do kanu i wiosłowali. Dlatego w razie analogicznej sytuacji, sądzę, że też wstrzymamy się z fizycznym podzieleniem kanu i zrobimy to dopiero wtedy, gdy bezpiecznie dotrzemy do stałego lądu albo do domu.
Muszę przyznać, że bardzo ładna z Was para. I dobrze jest mieć wspólne pasje i zainteresowania. Człowiekowi, który ma hobby łatwiej jest rozładować stres i lepiej radzi sobie z trudnościami. Spotkać człowieka, który zechce dzielić podróże i życie wcale nie jest tak prosto.
OdpowiedzUsuńSkaliste wybrzeże Georgian Bay oraz Bon Echo Provincial Park to przepiękne miejsca. Starałam się rozszyfrować te indiańskie malunki, ale dalej nie wiem co autor miał na myśli.😉😊
Dziękuję!
UsuńNa pewno łatwiej iść przez życie we dwoje, JEŻELI jest się dobranym. W przeciwnym wypadku samotność, pomimo wszystkich swoich wad, jest o niebo lepsza.
Kanada—jak też oczywiście i Stany Zjednoczone—posiada przepiękne miejsca. Zresztą na tamtejszych terenach bardzo dużo Amerykanów ma swoje domki letniskowe, często widać powiewające amerykańskie flagi i dlatego podczas COVID-19 w 2020 r. bardzo dużo takich domków było pustych w lato.
O naskalnych malunkach, piktografach, wspomniałem jedynie tak przy okazji. Znajdują się na tej ogromnej skale i stanowią jedną z największych atrakcji tego parku. Piszę o nich na samym początku mojego BLOGU z 2025 roku.
Nikt nie jest skazany na samotność. Słowa dobrany i niedobrany to takie wytrychy, żeby wytłumaczyć się ze swoich słabości. W każdym związku trzeba pracować.
UsuńOczywiście, że trzeba pracować—ale OBOJE muszą pracować nad tym. Często spotykam się z tym, że przynajmniej jedno absolutnie nie zamierza tego robić (a przecież „it takes two to tango”) i będzie chodziło swoimi ścieżkami. Poza tym ludzie powinni coś więcej o sobie wiedzieć, zanim zdecydują się na wspólną drogę. Często byłem zaszokowany, że po roku bycia ze sobą nie mieli nawet pojęcia o wyznaniu religijnym partnera. Nie staram się być pesymistą—po prostu widziałem bardzo dużo takich spraw u moich klientów, którzy często opowiadali o nich dość szczegółowo.
UsuńPopatrz, co znalazłam. Może Cię zainteresuje :-)
OdpowiedzUsuńhttps://www.polskieradio.pl/8/1874/Artykul/3712037,swiatowa-premiera-polskiego-filmu-w-toronto-dziki-dziki-wschod-jana-holoubka
Dziękuję!
UsuńMiędzynarodowy Festiwal Filmowy w Toronto (TIFF) stał się wydarzeniem nr 1 w tym mieście—kiedyś jechałem głównymi ulicami, przy których znajdowały się kina i właśnie kończyły się pokazy filmów—a przed kinami, na chodniku i na ulicy, gromadziły się tłumy fanów, chcących chociażby przez chwilę zobaczyć swojego bożyszcza, dotknąć go, a może nawet otrzymać autograf!
Mój kolega, który skończył kierunek związany z filmem (jednakże pracuje w kompletnie innym zawodzie) został kiedyś woluntariuszem na tym festiwalu, co umożliwiło jego nie tylko obejrzenie wielu filmów, ale też spotkanie się z aktorami, o czym nam opowiadał.
Ja z pewnością na ten festiwal nie pójdę, ale film może uda mi się obejrzeć w późniejszym terminie.
Mówiąc o Janie Holoubku, to już właściwie mam gotowy wpis poświęcony jego ojcu, Gustawowi Holoubkowi, którego autograf zdobyłem w Polsce, jak również byłem na jego prezentacji w Toronto, którą sponsorował mój ówczesny pracodawca. Niebawem go zamieszczę.