Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska lat 70. XX w.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska lat 70. XX w.. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2026

AHMED HEGAZI — EGIPSKI AKTOR Z "PUSTYNI I W PUSZCZY"

W roku szkolnym 1974/75 w naszej szkole podstawowej zapowiedziano wizytę aktora. Okazało się, że był nim egipski aktor Ahmed Hegazi (1935–2002).

Najbardziej znanym na arenie międzynarodowej filmem z jego udziałem jest Al-Mummia (pol. Mumia, ang. Night of Counting the Years), uznawany dziś za jedno z najważniejszych dzieł kina egipskiego. Wystąpił on również w polskich produkcjach — filmowej i telewizyjnej wersji W pustyni i w puszczy (w roli Gebhra) oraz w filmie poświęconym królowi Kazimierzowi Wielkiemu.


W latach 70. zagraniczni aktorzy — ba, a nawet polscy aktorzy — odwiedzający szkoły nie byli codziennym widokiem, dlatego jego przyjazd wzbudził spore zainteresowanie uczniów.

Był bardzo otwartym i sympatycznym człowiekiem, a co najciekawsze — mówił po polsku. Podobno nauczył się naszego języka podczas pracy na planie filmowym. Nie wiem, czy była to prawda, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, aby ktokolwiek był w stanie nauczyć się zupełnie odmiennego języka, na przykład arabskiego, jedynie podczas kręcenia filmu. W każdym razie jego polszczyzna zrobiła na mnie duże wrażenie.

Podczas spotkania opowiadał różne anegdoty związane z filmem W pustyni i w puszczy oraz swoją rolą. Następnie ogłosił, że będzie rozdawał autografy.

Spryciarz nie był jednak zbyt chętny do podpisywania przypadkowych kartek papieru. Zamiast tego przyniósł ze sobą własne fotografie, które od razu sprzedawał po 10 złotych za sztukę. Ot, arabska przedsiębiorczość w najlepszym wydaniu! 😄

Autograf Ahmed Hegazi, egipski aktor

Nie pamiętam już, jakim sposobem udało mi się to osiągnąć, ale ostatecznie podpisał również moją książeczkę, dzięki czemu wzbogaciłem swoją kolekcję o kolejny autograf.

───────────────────────

JUŻ WKRÓTCE!

────────────────────────

Jakiś czas temu zacząłem pisać wspomnienia poświęcone mojej szkole podstawowej. Początkowo sądziłem, że będzie to stosunkowo krótki tekst, skupiający się przede wszystkim na samej szkole, nauczycielach, kolegach i szkolnych wydarzeniach.

Szybko jednak okazało się, że pamięć ma swoje własne prawa… Jedno wspomnienie zaczęło prowadzić do następnego, a opowieść stopniowo zaczęła wykraczać daleko poza mury szkoły i czasy szkolne. W rezultacie tekst rozrósł się do takich rozmiarów, że musiałem podzielić go na cztery części. Dwie pierwsze części będą poświęcone tematom szkolnym, a pozostałe m.in. przedwojennej Komunistycznej Partii Polskiej oraz czasom okupacji niemieckiej.

Pierwsza część cyklu „SZKOŁA PODSTAWOWA NR 221 I OTOCZENIE — HISTORIA MAŁEGO FRAGMENTU WARSZAWY” zostanie opublikowana 1 września 2026 roku — dokładnie w 57. rocznicę rozpoczęcia przeze mnie nauki w szkole podstawowej. Co ciekawe, nadal całkiem dobrze pamiętam ten dzień.

Jeżeli pamiętacie szkołę z tamtych czasów, Warszawę sprzed lat i codzienne życie w PRL-u, być może znajdziecie tu również coś, co Wam przypomni własne dzieciństwo i czasy szkolne.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 13 sierpnia 2026

Czterotomowa Encyklopedia PWN w PRL

Subskrypcja Encyklopedii PWN — Encyklopedie w Kanadzie i USA — Domokrążcy sprzedający Encyclopaedię Britannica — Moja codzienna lektura Encyklopedii PWN — Wpływ encyklopedii na poziom mojej wiedzy — Polskojęzyczna gazeta litewska „Czerwony Sztandar” — Zachodnie i komunistyczne stacje radiowe — Czterotomowa Encyklopedia Kanady — Wyjazd do Buffalo z Irenką P. — Budynek Guaranty Trust Building projektu Louisa Sullivana — Polacy w Buffalo — Bazylika Św. Wojciecha —  Zabójstwo prezydenta Williama McKinleya przez Leona Czolgosza — Restauracja rybna — Zbieranie makulatury w PRL oraz dzieła Marksa, Engelsa, Lenina i innych wieszczów komunizmu.


Już od najmłodszych lat uwielbiałem czytać. Jeszcze przed pójściem do szkoły opanowałem tę sztukę, choć początkowo robiłem to bardzo wolno. Do dziś pamiętam pierwsze „prawdziwe” książki, które przeczytałem samodzielnie w wieku 6-7 lat — „Witię Maliejewa w szkole i w domu” Mikołaja Nosowa, „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna, „Jacka, Wacka i Pankracka" Miry Jaworczakowej oraz „O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej.

Na początku lat siedemdziesiątych moi rodzice zasubskrybowali czterotomową „Wielką Powszechną Encyklopedię PWN” i stopniowo otrzymaliśmy wszystkie tomy. Jestem im za to ogromnie wdzięczny, bo trudno było w tamtych czasach o bardziej trafiony zakup. Encyklopedia nie tylko znacząco poszerzyła moją wiedzę, ale również otworzyła przede mną nowe horyzonty myślowe. Zawsze twierdzę, że nie ma lepszej inwestycji niż edukacja — i w tym przypadku był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku
Czterotomowa Encyklopedia PWN

W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych antykwariaty, sklepy z używanymi rzeczami, a nawet domowe biblioteczki pełne są rozmaitych wydań encyklopedii. Niektóre z nich liczą po kilkadziesiąt tomów. Dzisiaj widuje się je już coraz rzadziej, między innymi dlatego, że wiele placówek przestało przyjmować takie „cegły”, a same encyklopedie praktycznie zniknęły z rynku wydawniczego w formie drukowanej.

Zestaw roczników "Book of the Year" wydanych przez Britannica 1962-1981 w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Najciekawsze jest jednak to, że ogromna większość tych wielotomowych dzieł wygląda jak nowa nawet po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu latach. Najwyraźniej były bardzo rzadko otwierane, jeśli w ogóle.

Zestaw wolumenów wydanych przez Britannica "Gateway to the Great Books" w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Pamiętam pewien dom w okolicach Toronto, należący do starszego małżeństwa z dwójką dorosłych dzieci. Garaż został tam zamieniony w coś w rodzaju magazynu. Na półkach stały dziesiątki solidnie oprawionych tomów. Sięgnąłem po jeden z nich — był pokryty grubą warstwą kurzu. Po otwarciu okazało się, że była to encyklopedia z lat pięćdziesiątych XX wieku, zachowana w idealnym stanie. Byłem niemal pewien, że nikt nigdy wcześniej jej nie otworzył.

Przypomniały mi się wtedy dzieła Marksa, Engelsa i Lenina, które przez dziesięciolecia zdobiły półki niejednego towarzysza. Czytałem kiedyś, że do ich kupowania często zachęcano, a czasem wręcz zmuszano członków PZPR. Trzeba jednak przyznać, że publikacje te były zwykle mocno subsydiowane, więc ich zakup nie stanowił większego obciążenia dla domowego budżetu. Poza tym całkiem efektownie prezentowały się na półkach, które u niektórych partyjnych działaczy mogłyby w przeciwnym razie świecić pustkami, bo intelektem nie grzeszyli. *)

Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych po Toronto chodzili domokrążcy oferujący pełne komplety słynnej „Encyclopaedii Britannica”. Jeden z moich klientów, który rzadko czytał cokolwiek poza gazetą polonijną, a jego znajomość języka angielskiego pozostawiała wiele do życzenia, dał się namówić (a raczej "naciągnąć") na taki zakup.

Zapłacił przynajmniej dwa tysiące dolarów kanadyjskich za ponad trzydzieści tomów. Często podkreślał, że jest to „świetna inwestycja na przyszłość” — przy czym miał na myśli inwestycję finansową, swoistą lokatę kapitału. O ludzka naiwności! Z dumą dodawał również, że otrzymał „za darmo” elegancką półkę do przechowywania całego kompletu. Nie miałem serca wyprowadzać go z błędu. Obawiam się też, iż niezmiernie rzadko były te wolumeny otwierane.

W realiach PRL encyklopedia była jednak czymś znacznie bardziej wyjątkowym. W naszym mieszkaniu znalazła niezwykle gorliwego czytelnika — mnie. Stała się wręcz moją codzienną lekturą, podobnie jak dziś Wikipedia należy do najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron internetowych.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku hasło Realizm
Jedna ze stron Encyklopedii, prezentująca sześć malowideł Realizmu. Wielokrotnie napotykałem niektóre z nich —  szczególnie to pierwsze, "Kobiety zbierające kłosy" (lub "Zbierające kłosy"). W języku angielskim tytuł jest o wiele krótszy —  "The Gleaners", jako że istnieje czasownik "to glean", sam w sobie oznaczający "zbierać zboże lub inne produkty pozostawione przez żniwiarzy". Zresztą w języku francuskim tytuł też jest podobny, "Des glaneuses". A patrząc na "Burłacy" I. Riepina, przypomina mi się moje burłaczenie małej żaglówki wzdłuż kanału do Węgorzewa. Nota bene, o wiele bardziej znany jest podobny obraz Riepina, "Burłacy na Wołdze", absolutnie genialny. Uwielbiam też jego inny obraz, "Procesja w guberni kurskiej", istne dzieło sztuki.

Godzinami wertowałem jej strony, oglądając kolorowe i czarno-białe wkładki przedstawiające obrazy, rzeźby, fotografie, mapy i zabytki. Co ciekawe, nawet obecnie zdarza mi się rozpoznać jakieś dzieło sztuki tylko dlatego, że widziałem je kiedyś właśnie w tej encyklopedii.

Przez pewien czas nosiłem się nawet z zamiarem przeczytania jej od A do Z. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że wiele haseł nie mieści się w kręgu moich zainteresowań. Znacznie bardziej odpowiadało mi przeglądanie jej strona po stronie i wybieranie tego, co akurat przyciągało moją uwagę.

Po kilku latach takiej lektury DOSŁOWNIE nie było w niej strony, której nie rozpoznawałbym wizualnie. A przecież całość liczyła około 3300 stron.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku strona numer 424
Jedna ze stron Encyklopedii, z hasłami od "Chabówka" do "Chakani Afzaluddin". Również na tej stronie znajduje się reprodukcja słynnego obrazu Marca Chagalla "Ja i wieś". Uwielbiam go! Będąc w Nowym Jorku, w Museum of Modern Art, kupiłem cały zestaw kartek pocztowych z malowidłami Chagalla.

Oczywiście hasła dotyczące polityki i historii często zawierały przekłamania, półprawdy lub zwyczajną propagandę. Mimo to nawet zachodnie środowiska polonijne, a bodajże także Radio Wolna Europa, były pozytywnie zaskoczone wysokim poziomem merytorycznym całego wydawnictwa.

Znalazłem również kilka drobnych błędów, choć dziś nie pamiętam już ich treści. Nie było natomiast hasła „Katyń”. Jak wspominałem w innym wpisie, redaktorzy nie chcieli firmować kłamliwych informacji o tej zbrodni, a jednocześnie nie mogli napisać prawdy. Ostatecznie zdecydowano więc, że hasła w ogóle nie będzie. Sam ten fakt wiele mówił uważnemu czytelnikowi.

Według Encyklopedii, Stanisław Haller zmarł w 1940 roku —  to znaczy, był zamordowany przez Sowietów, a NIE przez Niemców

Udało mi się także odnaleźć maleńkie „ziarno prawdy”. W haśle poświęconym generałowi Stanisławowi Hallerowi, jednej z ofiar zbrodni katyńskiej, podano jedynie, że „zmarł w 1940 roku”. Była to niewielka informacja, ale pośrednio wskazywała rzeczywistych sprawców tej masakry. Na ten temat napisałem nawet krótką notatkę do jednej z polonijnych gazet w Toronto pod tytułem „Ziarno prawdy w PRL-owskiej encyklopedii”.

Być może dzięki mojej codziennej lekturze Encyklopedii zacząłem dość wcześnie czytać czasopisma i gazety, szczególnie „Życie Warszawy”. Wycinałem też z nich ciekawsze artykuły i wklejałem do specjalnego zeszytu dużego formatu. Niestety, przepadł on po moim wyjeździe z Polski.

Często kupowałem również gazetę „Czerwony Sztandar” — polskojęzyczny dziennik ukazujący się na Litwie i dostępny w polskich kioskach. Pomijając fakt, że gazeta dosłownie śmierdziała farbą drukarską i już po kilku minutach czytania brudziła ręce, sprawiała wręcz tragiczne wrażenie w porównaniu z gazetami i czasopismami wydawanymi w PRL.

Nierzadko cała pierwsza strona (a może i następne) była poświęcona danym statystycznym dotyczącym wykonania lub przekroczenia kwartalnych i rocznych planów gospodarczych albo ogromnym komunikatom i obwieszczeniom władz partyjnych, pewnie żywcem przedrukowywanym z moskiewskiej "Prawdy". Wiadomości ze świata zajmowały niewiele miejsca, a jeśli już się pojawiały, przedstawiały Zachód w wyjątkowo negatywnym świetle.
Pamiętam, że gdy zmarł Kardynał Stefan Wyszyński w 1981 roku, w gazecie pojawiła się może jednozdaniowa wzmianka - i niewykluczone, że niektórzy cenzorzy mogli się nawet temu sprzeciwiać.

Gdy kilka razy przyniosłem tę gazetę do szkoły i pokazałem ją kolegom, byli autentycznie zaszokowani jej poziomem i publikowanymi treściami. Nic więc dziwnego, że dla mieszkających na Litwie Polaków gazety i czasopisma wydawane w Polsce były niezwykle interesującą lekturą i wręcz otwierały im okno na inny świat.

Już w Kanadzie spotkałem Litwinkę, która mieszkając na Litwie w czasach sowieckich samodzielnie nauczyła się języka polskiego po to, aby słuchać polskiego radia i oglądać polską telewizję. Opanowała również czytanie po polsku, dzięki czemu uzyskała dostęp do wielu polskich książek niedostępnych po rosyjsku, a czasami wręcz zakazanych w ZSRS. Po emigracji do Kanady wyszła za mąż za Polaka. Jej znajomość języka polskiego była naprawdę imponująca i budziła mój szczery podziw.

W liceum bardzo poważnie rozważałem studiowanie nauk politycznych. W okresie „Solidarności” (1980–1981) czytałem ogromne ilości gazet, a także — rzecz jasna — słuchałem wielu zachodnich rozgłośni nadających po polsku. Oprócz słynnego Radia Wolna Europa były to również BBC, Głos Ameryki, Deutsche Welle i kilka innych stacji.

Słuchałem także Interradia Praga, nadawanego po polsku z Czechosłowacji. Była to wyjątkowo perfidna i skrajnie antysolidarnościowa rozgłośnia prowadzona przez zatwardziałych komunistów, którzy pod niebiosa wychwalali system komunistyczny.

Od czasu do czasu warto było również posłuchać Radia Pekin, choć na ogół było ono raczej nudne. Rzadko natomiast słuchałem Radia Moskwa, ponieważ kilka wysłuchanych przeze mnie audycji okazało się tak bezbarwnych, zakłamanych i jednostronnych, że szybko zrezygnowałem z regularnego odbioru tej stacji.

Najlepszą rozrywką było jednak słuchanie Radia Tirana, którego nawet władze PRL nie zagłuszały. Był to swoisty kabaret polityczny, z którego można było się szczerze pośmiać. Pamiętam dłuższą audycję krytykującą Związek Sowiecki za to, że prywatne osoby mogły posiadać niewielkie „działki przydomowe”, co — zdaniem albańskich propagandystów — było sprzeczne z duchem "prawdziwego" komunizmu.

Co ciekawe, obywatele ZSRS rzeczywiście otrzymywali takie działki, zazwyczaj o powierzchni od 0,15 do 0,5 hektara. Mimo że stanowiły one zaledwie około 3% całkowitej powierzchni gruntów rolnych kraju, dostarczały od 25 do 30% całej produkcji rolnej Związku Sowieckiego.

Radio Tirana nadawało również prześmieszne — i zarazem potwornie nudne — utwory poetyckie wychwalające pod niebiosa przywódcę Albanii Envera Hodżę oraz jego nieomylną mądrość.

W każdym razie w 1981 roku byłem niezwykle zainteresowany sytuacją polityczną w Polsce i na świecie. Posunąłem się nawet do tego, że wymyśliłem temat przyszłej pracy magisterskiej — a może nawet doktorskiej — poświęconej wydarzeniom tamtego okresu. Chociaż na studiach ukończyłem dwa kursy z zakresu nauk politycznych, z których jeden częściowo dotyczył Związku Sowieckiego, moje dalsze wykształcenie i kariera zawodowa potoczyły się w zupełnie innym kierunku. I dobrze, bo znalezienie pracy po takim kierunku byłoby niezmiernie trudne. 

Tak czy inaczej, Encyklopedia PWN umożliwiła mi poznanie ogromnej liczby faktów i zagadnień, które pamiętam do dziś. Po przyjeździe do Kanady kupiłem jednotomową encyklopedię anglojęzyczną, a także zdobyłem kilka starszych wydań amerykańskich publikacji tego typu. A poza tym często zaglądałem do różnych encyklopedii w czytelni uniwersyteckiej, jak też książek typu "Who is who", które nawet pomogły mi w znalezieniu pracy i raz zrobiły całkiem duże wrażenie na prezydencie kanadyjskiej filii bardzo znanej firmy amerykańskiej, będącej jednym z największych na świecie producentów i sprzedawców napojów bezalkoholowych oraz produktów spożywczych. Od tego momentu świetnie mnie pamiętał, co nawet wzbudzało zdziwienie co poniektórych pracowników.

W latach osiemdziesiątych ukazała się znakomita, bogato ilustrowana, czterotomowa Encyklopedia Kanady. Kupiłem ją za 150 dolarów i przez wiele lat bardzo często z niej korzystałem. Dopiero w ubiegłym roku (2025) oddałem ją do antykwariatu. Przegrała nierówną walkę z Internetem.

Trudno mi jednak rozstać się z moją czterotomową Encyklopedią PWN, która kilkanaście lat temu przywędrowała za mną do Kanady. Nadal stoi na półce i przywołuje niezliczone wspomnienia z dzieciństwa oraz młodości spędzonej w Polsce. I już przydała mi się w tworzeniu kilku wpisów tego bloga!

Dziś komplet wszystkich czterech tomów można kupić za około 20 złotych. Paradoksalnie jest więc tańszy niż niejeden współczesny magazyn. A przecież dla mnie jego wartość pozostaje praktycznie bezcenna.

*****

I jeszcze jedna historyjka, częściowo związana z Encyklopedią PWN.

W 1992 roku poznałem w Kanadzie Irenkę P., z wykształcenia architektkę, która przez kilka dni pracowała nawet w moim biurze. Podczas jednej z rozmów wspomniałem, że w pobliskim Buffalo, w stanie Nowy Jork, znajduje się słynny Guaranty Trust Building (dawniej Prudential Building), ukończony w 1896 roku i uważany za jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. Budynek został zaprojektowany przez znanych architektów Dankmara Adlera i Louisa Sullivana. Przy okazji dodałem, że Sullivan był jednym z czołowych przedstawicieli tzw. Szkoły Chicagowskiej oraz współtwórcą nowoczesnego biurowca.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku Buffaly, NY Guaranty Trust Building, Sullivan
Hasło w Encyklopedii o L. H. Sullivanie i zdjęcie budynku Guaranty Trust Building w Buffalo, New York

Muszę przyznać, że zrobiłem na Irence niemałe wrażenie tą dość specjalistyczną wiedzą, którą mało kto posiadał. Nie zdradziłem jednak od razu, że niemal wszystkie te informacje pochodziły z mojej ukochanej Encyklopedii PWN, w której znajdowało się nawet zdjęcie tego budynku.

Buffalo, New York Guaranty Building, Sullivan

Irenka znała twórczość Sullivana ze studiów architektonicznych i wyraziła zainteresowanie obejrzeniem budynku na własne oczy. Wkrótce więc (w 1993 r.) wybraliśmy się do Buffalo moim pierwszym samochodem, Hondą Accord Hatchback z 1983 roku, kupioną cztery lata wcześniej za 7.000 dolarów (o 2.000 dolarów mniej, niż początkowo zażyczył sobie dealer). I chyba była to już ostatnia taka dłuższa przejażdżka tym samochodem, bo za niecały miesiąc kupiłem nową Toyotę Corollę 1993. Sprzedałem ją dopiero po ponad 30 latach, w 2023 roku!

Buffalo, New York, Guaranty Building, Sullivan

Po zaparkowaniu samochodu w centrum miasta bez trudu odnaleźliśmy charakterystyczny gmach. Już z daleka wyróżniał się spośród okolicznej zabudowy.

Samo Buffalo zrobiło jednak na nas przygnębiające wrażenie. Wiele sklepów miało zabite deskami okna i drzwi, ulice były niemal puste, a miasto sprawiało wrażenie pogrążonego w długotrwałym kryzysie. Pamiętam nawet policyjny pościg zakończony aresztowaniem jednego z czarnoskórych mieszkańców. Trudno nam było znaleźć przyzwoitą kawiarnię, gdzie moglibyśmy usiąść przy kawie i ciastku. Czasy świetności i prosperity Buffalo najwyraźniej dawno minęły, a o dawnej zamożności przypominały już głównie imponujące budynki z przełomu XIX i XX wieku.

Buffalo, New York, City Hall, 1993
Ratusz w Buffalo to 32-piętrowy wieżowiec w stylu art déco. Ukończony w 1931 roku i wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych w 1999 roku, ma 398 stóp (121 m) wysokości i pełni funkcję oficjalnej siedziby lokalnego samorządu. Gdy po raz pierwszy oglądałem film "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku, od razu pomyślałem o tym budynku-przypominał bardzo filmową Nową Wieżę Babel

Nowa Wieża Babel z filmu "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku
Źródło: Domena publiczna

Natknąłem się również na tablicę poświęconą Stanleyowi Makowskiemu, byłemu burmistrzowi Buffalo polskiego pochodzenia. Później kupiłem lokalną gazetę i zajrzałem do działu ogłoszeń towarzyskich. Zaskoczyła mnie liczba polskich nazwisk pojawiających się w informacjach o ślubach, jubileuszach czy nekrologach.

Okazało się, że Buffalo rzeczywiście przez wiele dziesięcioleci było jednym z ważniejszych skupisk Polonii w Stanach Zjednoczonych. Nadal funkcjonowały tam polskie parafie i organizacje, choć większość osób polskiego pochodzenia przeniosła się już do okolicznych przedmieść i mniejszych miejscowości otaczających miasto.

Chociaż nigdy nie miałem okazji jej odwiedzić, w Buffalo znajduje się niezmiernie ciekawa Bazylika św. Wojciecha (St. Adalbert's Basilica). Była wybudowana w 1890 roku  przez polskich emigrantów i w 1907 roku otrzymała z Watykanu desygnację "Bazylika"-pierwsza w USA!

Saint Adalbert's Basilica, Buffalo, New York
Bazylika Św. Wojciecha (Saint Adalbert's Basilica), 212 Stanislaus Street, Buffalo, New York
Źródło: Wikimedia Commons, Domena Publiczna

O tym kościele dowiedziałem się dopiero na początku XXI wieku od jednego z moich wieloletnich klientów, którego brat był w niej proboszczem. Niestety, bazylika została permanentnie zamknięta. Mimo licznych protestów i odwołań parafian decyzja o jej zamknięciu została utrzymana. Ostatnia regularna niedzielna msza święta została odprawiona 18 września 2011 roku, kończąc całoroczne obchody 125-lecia istnienia parafii.

Na szczęście bazylika nie została całkowicie opuszczona. Do dziś odbywają się w niej cztery doroczne msze okolicznościowe, a ponadto organizowane są śluby, pogrzeby, chrzty, wycieczki oraz inne wydarzenia.

Jest to niezwykle smutne, ponieważ okolica tej świątyni przez dziesięciolecia stanowiła serce jednej z największych społeczności polsko-amerykańskich w Buffalo. Do dziś znajdują się tam ulice o nazwach Sobieski Street, Paderewski Drive i Kosciuszko Street, przypominające o polskich korzeniach tej dzielnicy.

Obecnie okolica bardzo się zmieniła. Dawną społeczność polsko-amerykańską zastąpiła zróżnicowana etnicznie ludność, składająca się głównie z Afroamerykanów (tzn. murzynów) oraz rosnących społeczności wietnamskiej i bangladeskiej. Niestety, mieszkańcy Buffalo często odradzają spacery po tej okolicy po zmroku.

Kto wie, może kiedyś się na taką mszę udam, albo przynajmniej na zwiedzenie tej świątyni-znajduje się ona 150 km ode mnie, ok. 2 godziny jazdy i dojazd jest raczej prosty.

Warto również wspomnieć, że to właśnie w Buffalo w 1901 roku został postrzelony prezydent Stanów Zjednoczonych William McKinley. Zamachu dokonał Leon Czolgosz, amerykański anarchista polskiego pochodzenia. McKinley zmarł osiem dni później wskutek odniesionych obrażeń, natomiast Czolgosz został skazany na karę śmierci i jeszcze w tym samym roku stracony.

Buffalo, New York, Millard Fillmore, Historical Plaque

Również na jednym z budynków widniała pamiątkowa tablica dotycząca innego prezydenta Stanów Zjednoczonych:

W tym miejscu w swoim domu
Millard Fillmore
Trzynasty prezydent Stanów Zjednoczonych
Mieszkał tu od 1858 roku aż do śmierci 8 marca 1874 roku
Ta tablica została wzniesiona w 1924 roku przez
Towarzystwo Historyczne Miasta Buffalo
Którego był założycielem
I pierwszym prezydentem w latach 1862-67

Jeszcze przed wyjazdem obiecałem Irence, że zaproszę ją do dobrej restauracji rybnej. Przygotowałem nawet listę takich lokali w Buffalo, ale ku mojemu zdziwieniu większość z nich już nie istniała.

W końcu niezwykle sympatyczny starszy czarnoskóry mężczyzna poradził nam, abyśmy pojechali do pobliskiej Cheektowagi. Polecił konkretną restaurację specjalizującą się w owocach morza, podał dokładny adres i szczegółowo wyjaśnił, jak tam trafić.

Ja prowadziłem samochód, a Irenka została moim pilotem. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej ani później nikt nie prowadził mnie po nieznanym mieście tak sprawnie jak ona. Jej umiejętność czytania map była wręcz imponująca. Być może miało to związek z architektonicznym wykształceniem i wyjątkową orientacją przestrzenną.

Do restauracji dotarliśmy rekordowo szybko i rzeczywiście okazała się znakomita. W nagrodę za nasze poszukiwania mogliśmy delektować się wyśmienitymi daniami rybnymi i owocami morza.

Przez następny rok lub dwa utrzymywaliśmy jeszcze kontakt telefoniczny. Potem jednak stopniowo się urwał i, o ile wiem, Irenka wróciła do Polski.

Kilka lat temu próbowałem odnaleźć ją w Internecie. Z informacji, na które natrafiłem, wynikało niestety, że najprawdopodobniej od 2004 roku nie ma jej już wśród nas... 😢😢😢

___________________________________

Przypisy

⬆ *) W czasach PRL uczniowie byli zobowiązani do uczestnictwa w corocznych zbiórkach makulatury. Każdy musiał dostarczyć kilka kilogramów starych gazet, czasopism lub książek, a za większe ilości można było otrzymać symboliczne nagrody.

W związku z tym chodziliśmy po naszym bloku od drzwi do drzwi, pytając mieszkańców, czy nie mają starych gazet albo magazynów przeznaczonych na wyrzucenie. Często w ten sposób jednego wieczora udawało się zdobyć po kilka, a nawet kilkanaście kilogramów papieru.

Problem pojawiał się wtedy, gdy lokatorzy pytali przez drzwi:

        — Kto tam?

Trudno było za każdym razem wygłaszać dłuższe wyjaśnienia, więc wymyśliłem tajemniczo brzmiący skrót:

        — ZZM!

Nikt nigdy nie zapytał, co on właściwie oznacza. Być może dlatego, że brzmiał dostatecznie urzędowo i oficjalnie — trochę jak ZMP, ZHP, ZMS czy inne socjalistyczno-komunistyczne organizacje tamtej epoki. Drzwi się otwierały, a my mogliśmy wyjaśnić cel wizyty i często wracaliśmy z pokaźnym plonem gazet. Czy któryś z czytelników domyśli się, co oznacza ten tajemniczy skrót?

Nasze zaangażowanie przyniosło efekty. Pod koniec roku zostaliśmy wyróżnieni za zebranie rekordowej ilości makulatury. O ile pamiętam, było to bodaj jedyne szkolne wyróżnienie, jakie otrzymałem zarówno w podstawówce, jak i później w szkole średniej. I na studiach również 😁.

Nagrody jednak jakoś nie było... 

Kiedyś czytałem wspomnienia pewnego autora, który również opisywał szkolne zbiórki makulatury. Twierdził, że w jego szkole niewywiązanie się z normy mogło prowadzić do całkiem poważnych konsekwencji, a nawet problemów z otrzymaniem świadectwa. Każdy więc starał się zdobyć wymaganą ilość papieru, co nie zawsze było łatwe.

W końcu ktoś wpadł na pomysł wręcz genialny w swojej prostocie.

W księgarniach można było kupić za symboliczne kwoty dzieła Marksa, Engelsa, Lenina oraz innych klasyków marksizmu-leninizmu. Niektórzy uczniowie uznali więc, że zamiast mozolnie zbierać stare gazety, taniej i szybciej będzie kupić kilka tomów ideologicznych publikacji i natychmiast oddać je do punktu zbiórki makulatury (gdzie było ich właściwe miejsce!)

Nie wiem, czy dyrekcja szkoły kiedykolwiek zorientowała się w tym procederze. Jeśli tak, to trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiła ją, czy zirytowała pomysłowość uczniów.

Jedno jest pewne — ich inwencja zasługuje na uznanie.

*****

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 6 sierpnia 2026

Gustaw Holoubek — jedna z największych postaci polskiej kultury XX wieku

W 1975 roku byłem w Teatrze Dramatycznym w Warszawie na „Zemście” Aleksandra Fredry w reżyserii Gustawa Holoubka (1923–2008), który jednocześnie wcielał się w rolę Rejenta Milczka. Po spektaklu udało mi się zdobyć jego autograf — jeden z cenniejszych w mojej kolekcji.

Gustaw Holoubek

W przedstawieniu występowała również jego żona, Magdalena Zawadzka, w roli Klary. Jeśli dobrze pamiętam, widziałem ich wychodzących razem po spektaklu — i do dziś żałuję, że nie poprosiłem wtedy także o jej podpis.

Holoubka miałem okazję zobaczyć ponownie wiele lat później, już w Toronto, w latach 80., dokąd przyjechał wraz z Magdaleną Zawadzką. Podczas jednego ze spotkań deklamował m.in. „Wielką Improwizację” z „Dziadów” Adama Mickiewicza — jeden z najbardziej wymagających i symbolicznych monologów w polskiej literaturze romantycznej. Jego interpretacja zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Następnego dnia odbyło się kameralne spotkanie z nim i towarzyszącymi mu osobami w rezydencji mojego ówczesnego pracodawcy. Niestety, nie brałem w nim udziału — czego do dziś trochę żałuję.

Choć Holoubek był przede wszystkim aktorem teatralnym i to na scenie osiągnął swoje największe sukcesy, zapamiętałem go również z ról filmowych. Szczególnie utkwił mi w pamięci w dwóch komediach: „Gangsterzy i filantropi”, gdzie zagrał szefa gangu, oraz „Jutro premiera”, w którym wystąpił w roli głównej. Już wtedy zwróciłem uwagę na jego niezwykły talent — potrafił nadać swoim postaciom głębię, inteligencję i charakterystyczny, niepowtarzalny styl.

Dziś, z perspektywy czasu, jeszcze wyraźniej widać, jak wybitną był postacią — aktorem, reżyserem i intelektualistą, który na trwałe zapisał się w historii polskiego teatru i filmu.

A przy okazji przytoczę pewną anegdotę o sztuce „Zemsta”. W scenie, gdy Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list, aktor grający Cześnika spostrzegł, że pióro upadło na podłogę, czego aktor w roli Dyndalskiego nie zauważył—i gdy Cześnik każe mu pisać, ten, nie mogąc znaleźć pióra, po prostu mu mówi, „ale pióra nie ma”.

        — Tu jest pióro, stara ciuro — mówi Cześnik, wskazując na leżące na podłodze pióro.

Źródło: Wikimedia Commons

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

niedziela, 2 sierpnia 2026

BACÓWKA PTTK NA LUBANIU W GORCACH

Schronisko na Lubaniu (49°29'17.0"N 20°20'28.1"E / 49.488056, 20.341139) — a właściwie bacówkę PTTK — zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że była wówczas nowo wybudowana, bardzo przytulna, a jej obsługa niezwykle życzliwa i gościnna. Otrzymaliśmy też bardzo kameralny, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze, co w schroniskach górskich nie zdarzało się aż tak często.

Bacówka na Lubaniu

Bacówka nie była duża i dysponowała stosunkowo niewielką liczbą miejsc noclegowych. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy szczególnych luksusów. Niejednokrotnie nocowaliśmy w wieloosobowych pokojach wyposażonych w łóżka piętrowe, dzieląc je z innymi turystami. Był to zresztą nieodłączny element atmosfery dawnych schronisk górskich — wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i wymiana górskich doświadczeń często pozostawały w pamięci na całe życie.

Chociaż osobiście nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, aby w schronisku zabrakło wszystkich miejsc noclegowych, z licznych opowieści wiem, że schroniska PTTK praktycznie nigdy nie odmawiały turystom noclegu. Nawet jeśli wszystkie łóżka były zajęte, zawsze starano się znaleźć jakieś rozwiązanie — czasem oznaczało to nocleg na podłodze, na materacu lub nawet na ławie w jadalni.

Bacówka na Lubaniu, 1974 rok
Źródło: Wikimedia Commons. Autor: https://en.wikipedia.org/wiki/pl:user:Wp

Do dziś wspominam, że w tej niewielkiej i skromnej bacówce mogliśmy cieszyć się wyjątkowym komfortem i prywatnością.

Niedługo później dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że na początku 1978 roku cały obiekt został doszczętnie zniszczony przez pożar. Bacówka funkcjonowała zaledwie dwa lata.

Obecna bacówka PTTK na Lubaniu została odbudowana i nadal służy turystom odwiedzającym malownicze pasmo Gorców.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


piątek, 24 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 2/2)

Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów — Olsztyn: krótki pobyt i trochę wspomnień o tym mieście — Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów — Spadająca flaga 22 lipca 1979 r., czyli zwiastun początku końca PRL-u — Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce” — Zaniedbany cmentarz mazurski — Nieoczekiwany mocny sen — Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej — Ponad 50 lat „Wandy”



To jest cześć druga. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.


Rzecz jasna, bardzo miło wspominam moje „płetwonurkowe” czasy i niezmiernie się cieszę, że doświadczyłem tego raczej rzadkiego hobby. W lipcu 1979 roku spędziłem parę tygodni na obozie szkoleniowym na wyspie Szeroki Ostrów na jeziorze Śniardwy. Chociaż był to teoretycznie klub harcerski, nie istniał żaden wymóg należenia do ZHP, a samo członkostwo w klubie nie czyniło ze mnie automatycznie harcerza. Na wyspie faktycznie znajdował się żeglarski obóz harcerski, bodajże z Pałacu Młodzieży w Warszawie, składający się z „autentycznych” skautów w mundurkach harcerskich — my jedynie musieliśmy nosić niebieskie koszule ze sznurem. Był on oddalony od nas o kilkaset metrów. Do tego obozu codziennie chodziliśmy na posiłki i czasami uczestniczyliśmy wraz z jego mieszkańcami w imprezach przy ognisku.

Srebrny Krzyż Harcerski ZHP tradycyjna odznaka skautowa na jasnym tle
Krzyż Harcerski

Z obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów posiadam kilkanaście zdjęć — w tym kolorowe. Po raz pierwszy w życiu kupiłem wówczas barwny film fotograficzny. Kolory niestety wyszły kiepskiej jakości — nie wiem, czy była to moja wina, czy zakładu fotograficznego. W każdym razie zdjęcia czarno-białe podobają mi się o wiele bardziej — nawet w dobie fotografii cyfrowej!

Z Warszawy dojechaliśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie, czekając na dalsze połączenie, przeszliśmy się po mieście, a nawet wpadliśmy do EMPiK-u (Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki) na dość ciekawą pogadankę na temat znaczenia Polski w świecie. EMPiK w czasach PRL-u był nie tylko księgarnią, ale także ważnym miejscem spotkań, odczytów i kontaktu z zagraniczną prasą oraz kulturą.

Oficjalny herb Olsztyna przedstawiający świętego Jakuba Apostoła w białych szatach trzymającego laskę i muszlę na niebieskim tle
Herbem Olsztyna jest postać świętego Jakuba Większego Apostoła w białych szatach na niebieskim polu. Święty trzyma laskę i muszlę pielgrzymią, tradycyjne atrybuty szlaku Camino de Santiago.

~ ~ ~ ~ ~

W Olsztynie byłem przynajmniej raz, w sierpniu 1977 roku, i kilkakrotnie chodziłem na ryby na pobliskie jeziora. Kiedyś podczas wędkowania spotkaliśmy starszego, sympatycznego mężczyznę, który również przyszedł nad jezioro i wdaliśmy się z nim w rozmowę. Powiedział nam, że po niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku znalazł się na terenach zajętych przez Związek Sowiecki i trafił do Armii Czerwonej, uzyskując stopień kapitana. Po „wyzwoleniu” pojawił się właśnie w Olsztynie, o którym opowiedział kilka historii, które doskonale zapamiętałem:

• Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Olsztyna samo miasto było stosunkowo mało zniszczone. Żołnierze sowieccy, wiedząc, że miasto przypadnie Polsce, zazdrościli Polakom, że dostanie się im tak piękne miasto. Chodzili więc po ulicach i rzucali granatami do ocalałych budynków, powodując liczne pożary. (Polecam krótki artykuł Straszy w mieście! Mieszkańcom Warmii i Mazur Sowieci zgotowali w 1945 r. piekło. Nie zasługują na naszą wdzięczność, a tym bardziej na pomnik w centrum Olsztyna autorstwa dra Karola Nawrockiego, ówczesnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a od 2025 roku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).

• Sowieci również lubili łowić ryby — nie potrzebowali jednak wędek. Łowili je, wrzucając do jezior granaty, a następnie zbierając ogłuszone ryby.

• Wielu nowo przybyłych do Olsztyna Polaków mogło zajmować najlepsze domy i często poszczególne rodziny zajmowały po kilka nieruchomości. Twierdził, że do dziś pozostają one własnością ich potomków. On sam, jako kapitan Armii Czerwonej, mógł otrzymać najlepszy dom, z najnowocześniejszym wyposażeniem dostępnym w mieście.

• Nie pamiętam już dokładnie, z jakich powodów, ale ów człowiek przyłączył się do zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Po pewnym czasie zaprzestał działalności i skorzystał z amnestii, dobrowolnie zgłaszając się do władz. Przez pewien czas był więziony, ale później odzyskał wolność. Ze względu na swoją przeszłość polityczną przez resztę życia pozostawał na „celowniku” Urzędu Bezpieczeństwa i nie miał łatwego życia.

~ ~ ~ ~ ~

Z wyjazdu na Szeroki Ostrów utrwaliło mi się w pamięci kilka epizodów, o których chciałbym wspomnieć.

*

             Z Olsztyna dojechaliśmy pociągiem do Piszu. Z powodu opóźnienia dotarliśmy tam dopiero po północy, a samochód, który miał nas odebrać z dworca i zawieźć na obozowisko, po kilkugodzinnym oczekiwaniu odjechał niespełna godzinę przed naszym przyjazdem. Chcąc nie chcąc, pomaszerowaliśmy więc w środku nocy około 14 km, z ciężkimi plecakami, i dotarliśmy na wyspę nad ranem, gdzie czekały już na nas rozbite namioty. Zmęczeni szybko udaliśmy się na spoczynek.

Nasze obozowisko znajdowało się mniej więcej vis-à-vis obecnego (2026 r.) pola namiotowego, po drugiej stronie drogi, na polance w lesie, bardzo blisko wody (53°43'57.9"N 21°44'38.0"E / 53.732750, 21.743889). Centralny plac był osłonięty kanopą spadochronu. Zbudowano również prymitywny „pomost” do cumowania łodzi.

Nasze obozowisko "pod spadochronem"

Chciałbym też dodać, że wyspa była połączona z lądem przejezdną groblą, usypaną około 1943 roku przez robotników przymusowych z obozu w Zdorach. Wcześniej łączność z lądem zapewniał niewielki prom. Tak więc od tamtego czasu technicznie stała się ona półwyspem.
*

            Był to rok 1979, ostatni pełny rok rządów Edwarda Gierka (zwanego Edwardem Dłużnikiem — ponieważ ogromne kredyty zagraniczne zaczynały coraz bardziej obciążać polską gospodarkę) i jego kolegi, premiera Piotra Jaroszewicza. Braki w sklepach stawały się coraz bardziej widoczne, a sytuacja gospodarcza Polski stale się pogarszała.

Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych i codziennie odbywał się apel, podczas którego jeden z nas wciągał flagę na maszt — było to wyróżnienie (mnie również spotkał ten zaszczyt, i to już pierwszego dnia, w uznaniu za dzielny nocny marsz).

W tym pamiętnym dniu, noszącym znamienną datę — 22 lipca 1979 roku (tego dnia w Polsce Ludowej obchodzono Narodowe Święto Odrodzenia Polski, najważniejsze święto państwowe w latach 1944–1989, upamiętniające ogłoszenie Manifestu PKWN w 1944 roku) — a dodatkowo było to 35-lecie PRL-u — jeden z uczestników zaczął wciągać flagę na maszt.

Gdy biało-czerwona bandera powoli dotarła na sam szczyt, nagle oderwała się i poszybowała z powrotem na ziemię!

Wielokrotnie komentowaliśmy później to zdarzenie jako złowieszczy zwiastun — i rzeczywiście się nie pomyliliśmy. Już rok później rozpoczęły się strajki, niebawem powstała „Solidarność”, Gierek odszedł na polityczną banicję, został potępiony przez własną partię, a nawet z niej usunięty.

Ale i tak dostał jedynie przysłowiowego „prztyczka”, podczas gdy powinien otrzymać solidnego kopa — i to nie jednego — podobnie jak cała jego komunistyczna gangsterska zgraja. Dziesięć lat później nastąpił koniec komunizmu.

*

            W numerze „Polityki” (tygodnika społeczno-politycznego wydawanego w Warszawie jako organ prasowy KC PZPR) przypadającym na Święto Odrodzenia Polski, jak zwykle na pierwszej stronie ukazała się kreskówka znanego grafika, karykaturzysty i satyryka Szymona Kobylińskiego.

Pomimo ilustrowania komunistycznego tygodnika, samych komunistów Kobyliński nigdy nie darzył sympatią. Na łamach „Trybuny” z 2–3 września 1991, powiedział:

„W 1947 roku grzmiały armaty po wyborach Bierutowskich i wtedy przysięgłem, że tym komuchom będę dowalał przez całe życie. I rzeczywiście — nigdy nie byłem po ich stronie w sensie aprobaty…”

Ilustracja przedstawiała dziadka, ojca i syna. Ojciec zwraca się do syna:

„Dziadek ma tyle lat, co niepodległa Polska, ja tyle, co Polska Ludowa, a ty masz 9 lat.”

Oczywiście wszyscy zrozumieli aluzję — Edward Gierek pozostawał u władzy od 1970 roku, a więc właśnie od niemal dziewięciu lat.

*            

               Na wyspie Szeroki Ostrów znajdował się przy drodze, blisko naszego obozowiska, stary, zaniedbany i zarośnięty cmentarz, z wypisanymi gotykiem, prawie nieczytelnymi inskrypcjami na nagrobkach. Jeden z uczestników obozu postanowił to miejsce trochę oczyścić, a nawet ogrodzić je barierką zrobioną z konarów drzew, bo jak powiedział: „Nie chciałbym, aby ktoś śmiecił i chodził po moich szczątkach”. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że był to cmentarz ewangelicki, a pochowane tam osoby to zamieszkujący wyspę autochtoni. Według strony internetowej www.mazury24.eu:

 „Na przełomie lat 1944/1945 Szeroki Ostrów składał się z 6 siedlisk, których właścicielami byli: Michael Adamy, Auguste Dudda, Kayka, Max Prystawik, August Sbresny”.

Mazurzy byli mieszkańcami Mazur, w większości wyznania ewangelickiego, wywodzącymi się głównie od osadników z Mazowsza. Przez stulecia znajdowali się pod silnym wpływem kultury i państwowości pruskiej, co sprawiło, że ich tożsamość była złożona i łączyła elementy polskie oraz niemieckie.

Posługiwali się lokalną gwarą i byli poddani silnej germanizacji. Określali siebie często jako Masuren (Mazurzy); ich kultura była mieszanką polskich korzeni z pruską organizacją państwową. Byli zazwyczaj rolnikami i rybakami, silnie związanymi z mazurską przyrodą, a po 1945 roku większość z nich opuściła te tereny lub została wysiedlona.

*

            Jeden z namiotów przeznaczono na skład sprzętu nurkowego i co noc ktoś musiał w nim samotnie spać, „pilnując” tych rzeczy. Pewnej nocy i mnie przypadł ten obowiązek. Nawet byłem zadowolony, bo w moim namiocie przyległe łóżko polowe zajmował muzyk, którego co rano budził wartownik — a on, półprzytomny, chwytał za trąbkę i grał na niej pobudkę — prosto w moje ucho! Byłem więc z pewnością pierwszą osobą, która zrywała się z łóżka.

Ale wracając do samotnie spędzonej nocy — mogę tylko powiedzieć, że NIGDY w życiu tak mocno nie spałem. Zasnąłem momentalnie i rano z trudnością mnie dobudzono — przez dłuższy czas byłem niczym odurzony środkami farmakologicznymi. Gdyby tamtej nocy ktokolwiek chciał ukraść znajdujący się tam sprzęt, mógłby tego dokonać bez najmniejszych problemów, a nawet zabrać namiot i wynieść moje łóżko — razem ze mną! Do tej pory zastanawiam się, co było tego przyczyną. Czy przebiegała pode mną jakaś żyła wodna lub występował inny geologiczny fenomen? A może po prostu był to przypadek...

*
            Pewnego wieczora rozmawialiśmy na różne tematy. Ktoś wspomniał książkę Stanisława Grzesiuka Pięć lat kacetu”, zaczęliśmy mówić o wojnie, obozach koncentracyjnych i zeszliśmy na temat Katynia. Tu chciałbym dodać, że w Polsce nie spotkałem w rozmowach osobistych kogokolwiek, kto kwestionowałby sprawców tego morderstwa — pytanie, kto to zrobił, właściwie nie istniało, bo każdy znał prawdziwych oprawców: Sowieckie NKWD.

Zebranie towarzyskie i dyskusja w naszym obozowisku

Zaczęliśmy o tej zbrodni dyskutować i wymieniać różne informacje. Był z nami jeden z „szefów” klubowych i obozowych, zresztą bardzo miły, wykształcony, inteligentny i fajny facet, będący dość wysokiej rangi harcerzem (instruktorem lub nawet harcmistrzem), a także pedagogiem. Milcząco przysłuchiwał się naszej dyskusji i w pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:

— Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?

Muszę przyznać, że takie pytanie było kompletnie nie na miejscu. Zapanowała niewygodna cisza i na tym nasza dyskusja się zakończyła.

Był to jedyny Polak, który w „prywatnej” rozmowie zakwestionował sprawców tej masakry. Przykre, bo nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Niestety, jak wielokrotnie zaobserwowałem, inteligencja i wykształcenie nie zawsze idą w parze z otwartym umysłem oraz umiejętnością samodzielnego, krytycznego myślenia i analizowania faktów, niezależnie od narzucanych odgórnie interpretacji i ideologii. 

Nawet nasi nauczyciele w szkole albo ten temat pomijali, albo wprost sugerowali wschodnich sprawców jako jedną z możliwych tez — ale NIGDY bez ogródek nie powiedzieli, że był to czyn Niemców. Ba, nawet esbecy, z którymi miałem "koleżeńskie" spotkanie wyrazili przypuszczenie, iż zbrodni tej nie dokonali Niemcy (chociaż rzecz jasna, mogli to zrobić w celach strategicznych).

Czytałem też, że powodem, dla którego w czterotomowej „Encyklopedii Powszechnej PWN” z lat 70. XX wieku nie pojawiło się hasło „Katyń”, była odmowa redaktorów napisania nieprawdy o tym wydarzeniu. Toteż postanowiono wybrać neutralną opcję i w ogóle takiego hasła nie zamieszczać, co samo przez się dawało czytelnikom bardzo dużo do myślenia o tym akcie ludobójstwa.

Przez cały okres istnienia Polski Ludowej oficjalna propaganda przypisywała zbrodnię katyńską Niemcom. Dopiero przed upadkiem komunizmu władze radzieckie oficjalnie przyznały odpowiedzialność NKWD za zamordowanie polskich oficerów w 1940 roku.

Natomiast w Kanadzie natknąłem się na emigrantów ze Związku Sowieckiego i niektórzy nadal twierdzili, iż była to zbrodnia popełniona przez Niemców, trzymając się twardo oficjalnej wersji rządu sowieckiego. Ale w ich przypadku powinno się im współczuć — chyba takie mają geny i DNA i przez to najbardziej właśnie oni wycierpieli (i nadal cierpią) z powodu tego systemu, który de facto popierają — lecz na narodowy masochizm i wrodzoną poddańczość nie ma rady.

Mój dziadek, Jerzy Kismanowski (1894-1940)

Tu zresztą pragnę dodać, że Katyń ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk: mój dziadek (ojciec mojej mamy), Jerzy Kismanowski, został zamordowany w Katyniu i przez wiele dekad ona oraz moja babcia musiały żyć otoczone tym kłamstwem, a na dodatek były prześladowane przez władze komunistyczne (a mnie również lekko to dotknęło w 1981 roku).

O ile pamiętam, to ten facet po prawej stronie był instruktorem nurkowania. A ten po lewej jedynie adeptem 😁

Wracając natomiast do samego klubu — od 1975 roku cały czas prężnie działa, organizuje liczne kursy szkoleniowe i wyjazdy, a jego założyciel, Piotr Kowalski, dopiero niedawno, w 2025 roku, po 50 (tak, pięćdziesięciu!) latach zrezygnował z funkcji prezesa, przekazując pałeczkę (a raczej 🤿 rurkę do nurkowania 😁) komuś młodszemu.

Podziwiam tego rodzaju pasję, poświęcenie i zaangażowanie — a samemu klubowi życzę powodzenia i sukcesów przez następne 50 lat!

A na koniec coś zabawnego. Jeden z moich kolegów, widząc odznakę klubu, sugerował, że do jego nazwy powinienem dopisać literę „L” i wówczas powstałby Klub Podwodny WANDAL!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

piątek, 17 lipca 2026

HARCERSTWO I NURKOWANIE — KLUB PODWODNY WANDA (CZĘŚĆ 1/2)

Harcerstwo — HKP Wanda — Kurs nurkowania — Nurkowanie w Polsce i w Kanadzie — Żeglarstwo — Lotnictwo — Pływanie na kanu w Kanadzie


Harcerzem nigdy nie byłem, jedynie zuchem — w 1969 roku, w pierwszej klasie szkoły podstawowej, i to nie dłużej niż przez jeden miesiąc. Nie mam pojęcia dlaczego, ponieważ harcerstwo w naszej szkole działało bardzo prężnie. Nie przypominam sobie jednak, aby należeli do niego moi najbliżsi koledzy, co zapewne było głównym powodem, dla którego nie kontynuowałem członkostwa w tej organizacji. Na szczęście nie było żadnego przymusu ani szczególnej presji, aby do niej wstąpić. (Harcerstwo, czyli polski ruch skautowy, odgrywało w PRL-u ważną rolę wychowawczą. Chociaż organizacja pozostawała pod wpływem władz komunistycznych, członkostwo w niej nie było formalnie obowiązkowe.)

W 1978 roku zapisałem się na kurs nurkowania organizowany przez Harcerski Klub Podwodny Wanda (HKP Wanda), którego zajęcia odbywały się na krytej pływalni Legii w Warszawie. Jeździliśmy również nurkować w podwarszawskich stawach i jeziorkach.

Wraz z instruktorem, prezesem i założycielem klubu Piotrem K. (z lewej strony) - nurkowanie na podwarszawskim Jeziorze Dziekanowskim, czerwiec 1979 roku

Nurkowanie lubiłem, ale nigdy specjalnie mnie nie wciągnęło — być może dlatego, że polskie jeziora były dość zamulone i zimne, a żeby zobaczyć coś ciekawszego, trzeba było schodzić głębiej, często z latarkami. Bardziej zaawansowani płetwonurkowie wspominali o leżących na dnie pojazdach (gdy Niemcy wycofywali się zimą po zamarzniętych jeziorach, zdarzało się, że lód załamywał się pod ciężarem sprzętu i pojazdy znikały pod wodą), a nawet o wrakach samolotów wojskowych.
Nurkowanie na Jeziorze Dziekanowskim z Jarkiem Ł. (po prawej), czerwiec 1979 r. Zastanawiam się, gdzie się podziały te moje gęste włosy?

O wiele bardziej odpowiadało mi nurkowanie z rurką na Karaibach. Już na głębokości jednego czy dwóch metrów można było podziwiać przepiękne rafy koralowe — zrobiłem nawet trochę zdjęć — a na głębokości 10 czy 20 metrów widoki musiały być jeszcze bardziej imponujące. Mimo to również wtedy nie zainteresowałem się nurkowaniem z butlą, chociaż uzyskanie certyfikatu było tam nieporównywalnie łatwiejsze niż w Polsce. Ba, niektórzy wręcz twierdzili, że de facto certyfikat po prostu się kupowało...

Nurkowanie z rurką na Kubie, styczeń 2010 roku

Z drugiej strony poznałem człowieka, który posiadał własny sprzęt i nurkował zarówno w Ontario, jak i na Karaibach bez jakiegokolwiek certyfikatu, ponieważ — jak twierdził — nigdy nikt go nie wymagał, a teorię i praktykę znał doskonale. Można i tak...

Natomiast w Kanadzie — a dokładnie w Ontario — miejscowość Tobermory  (45°15'28.3"N 81°39'49.5"W / 45.257861, -81.663750), położona na krańcu Półwyspu Bruce (Bruce Peninsula), około 300 km na północny zachód od Toronto, przyciąga entuzjastów nurkowania z całego świata.

Tobermory, Ontario - mekka dla płetwonurków!

Położony na krańcu Półwyspu Bruce akwen słynie z wyjątkowych możliwości nurkowania w wodach słodkich, charakteryzujących się niezwykłą przejrzystością. Widoczność pod wodą często sięga od 12 do 24 metrów, dorównując najlepszym tropikalnym miejscom nurkowym. Obszar ten może się poszczycić ponad 20 doskonale zachowanymi wrakami statków znajdującymi się na terenie Narodowego Parku Morskiego Fathom Five, na głębokościach od 3 do ponad 45 metrów, odpowiednich dla nurków o każdym poziomie zaawansowania 1)⬇. Fathom Five National Marine Park był pierwszym narodowym parkiem morskim w Kanadzie i jest uważany za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania w Ameryce Północnej.

😁

CIEKAWOSTKA: W miasteczku Tobermory kończy się droga, a na wyspę Manitoulin Island (największą na świecie wyspę śródlądową) kilka razy dziennie kursuje prom.
W 2016 roku młoda kobieta, jadąc późną nocą w ulewnym deszczu i mgle, kierowała się wskazaniami GPS-u. Pomyliła rampę dla łodzi z przedłużeniem drogi i wjechała prosto do lodowatej wody zatoki Georgian Bay. Udało jej się wydostać z samochodu i przepłynąć 30 metrów do brzegu w wodzie o temperaturze zaledwie 4°C. Przemoczona i wyziębiona dotarła do pobliskiego hotelu, aby wezwać pomoc.

Jezioro Dziekanowskie, czerwiec 1979 r.

Po przyjeździe do Kanady rozważałem zapisanie się do klubu płetwonurkowego i ukończenie kursu, jednak zniechęciła mnie duża ilość sprzętu, jaki trzeba posiadać i ze sobą wozić. Poza tym o wiele bardziej interesowały mnie prostsze aktywności, niewymagające dużych nakładów finansowych ani zakupu specjalistycznego wyposażenia. I jednak wolałem pływać NA wodzie, a nie POD wodą...

Bardzo poważnie zastanawiałem się również nad zapisaniem się do klubu żeglarskiego i nawet w połowie lat 80. odwiedziłem dwa takie kluby położone nad Jeziorem Ontario. Tutejsze żeglarstwo bardzo różni się jednak od tego w Polsce. Na otwartych wodach Jeziora Ontario żeglowanie wydaje mi się raczej monotonne, natomiast na wodach przepięknej zatoki Georgian Bay (45°21'32.2"N 80°54'57.8"W / 45.358944, -80.916056),  będącej częścią jeziora Huron, bywa ono niebezpieczne z powodu tysięcy wysp i skał. Dlatego żaglówki spotyka się tam stosunkowo rzadko, a dominują łodzie motorowe.

Typowy krajobraz na zatoce Beaverstone Bay, części zatoki Georgian Bay w pobliżu wyspy Philip Edward Island (2010 r.) Przepiękne widoki, ale pływanie motorówkami lub żaglówkami jest niebezpieczne z powodu licznych skał.

Przepiękne, malownicze brzegi, uformowane ze skał typowych dla Tarczy Kanadyjskiej, są w praktyce trudno dostępne dla większych jachtów. Nawet najbardziej doświadczeni wodniacy miewają tam wypadki, uderzając w podwodne skały lub brzeg — czego dwukrotnie byłem świadkiem, podobnie jak widoku motorówek po takich kolizjach.

Trzeba również uwzględnić koszty zakupu i utrzymania żaglówki. Rozmawiając z żeglarzami, byłem nieco zszokowany całkowitymi wydatkami związanymi z transportem, zimowaniem jednostki w marinach oraz jej ubezpieczeniem. Jeden z moich klientów kupił jacht, którego wyposażenie w elektronikę, akumulatory, GPS, panele słoneczne i inne gadżety kosztowało go mnóstwo pieniędzy, czasu i wysiłku — a mimo to spędzał na wodzie latem niecały miesiąc.

Natomiast żeglarstwo morsko-oceaniczne kompletnie do mnie nie przemawiało, pomimo iż miałem okazję popłynąć zarówno na Karaiby, jak i wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Na południu od wyspy Philip Edward Island na północnej części zatoki Georgian Bay w Ontario (2010 r.) Krajobraz jest niesamowity... lecz nie wyobrażam sobie pływania na tym akwenie żaglówkami. Natomiast kanu jest idealne!

Mogę jeszcze dodać, że przez pewien czas poważnie rozważałem zrobienie... licencji pilota ! Skorzystałem nawet z dwóch lotów zapoznawczych, podczas których instruktor oczywiście pozwolił mi przejąć stery i gorąco zachęcał do zapisania się na kurs.

Na szczęście szybko porzuciłem ten pomysł. Po przejrzeniu podręczników doszedłem do wniosku, że nie bardzo mam ochotę przyswajać ogromne ilości różnorodnych informacji, zwłaszcza że zdawałem sobie sprawę, iż samodzielnie latałbym bardzo rzadko. I chociaż kilka razy leciałem jako pasażer małymi samolotami przystosowanymi do lądowania na wodzie, staram się unikać tego rodzaju środka transportu.

Park Bon Echo Provincial Park w Ontario, miejsce naszych nieudanych prób pływania na kanu w 1991 roku. Od tego czasu odwiedziłem ten park ponad 20 razy i wielokrotnie pływałem na kanu wzdłuż tej imponującej skały Mazinaw Rock, na której znajduje się 260 indiańskich naskalnych malunków, wykonanych od 300 do 1000 lat temu.

W 1991 roku, będąc z kolegą na biwaku w przepięknym Parku Bon Echo w Ontario, po raz pierwszy wypożyczyliśmy kanu. Niestety, okazało się ono tak straszliwie wywrotne, że pomimo licznych prób nie potrafiliśmy nawet do niego wsiąść — czym dostarczyliśmy sporo rozrywki obserwującym nas turystom. Zamiast kanu otrzymaliśmy starą łajbę wiosłową, która okazała się znacznie stabilniejsza.

Chyba tylko kanu (lub kajak) pozwala na tak bliskie obcowanie z tego rodzaju przepięknymi, skalnymi terenami. Zatoka Georgian Bay, na wyspie Solomon Island, widok na południowe brzegi wyspy Philip Edward Island.

W 1995 roku zapisałem się w Toronto do klubu nad Jeziorem Ontario na weekendowy kurs pływania na kanu, a kilka miesięcy później, w sierpniu 1995 roku, wziąłem udział w pierwszej tygodniowej wyprawie biwakowo-kanu po absolutnie przecudownej French River (Rzece Francuskiej) oraz zatoce Georgian Bay w Ontario. Była to jedna z najpiękniejszych wycieczek mojego życia. Jeszcze tego roku wybrałem się na 3 następne wyprawy biwakowo-kanu do Stanów Zjednoczonych: pływaliśmy po rzece Current River w stanie Missouri, w mokradłach/bagnach Okefenokee Swamp w południowej Georgii i północnej Florydzie i w cudownym parku Everglades w południowej części Florydy i na Zatoce Meksykańskiej. Pływanie na kanu naprawdę mnie wciągnęło!

Moja współtowarzyszka podróży i współwłaścicielka kanu podczas naszej dziewiczej wyprawy nowym kanu dookoła wyspy Philip Edward Island na północy zatoki Georgian Bay w 2010 roku. To była niepowtarzalna podróż! Właśnie jesteśmy koło skały, którą Catherine ochrzciła "The Kissing Rock", bo przypomina jej Hershey's Kisses (czekoladki firmy Hershey's). W następnych latach kilkakrotnie płynęliśmy tą trasą i zawsze się koło niej zatrzymywaliśmy.

Od tamtej pory kanu stało się integralną częścią moich wakacyjnych wojaży. W 2010 roku kupiłem własne kanu (a właściwie wspólnie z moją towarzyszką podróży), które pozwoliło nam odbyć ponad 100 wycieczek, dopłynąć do ogromnej liczby przepięknych miejsc, biwakować w niepowtarzalnych i trudno dostępnych zakątkach, a także kilkakrotnie zobaczyć podwodne wraki statków.

Rzeczywiście, wielokrotnie zastanawiam się, jakim cudem tą malutką łajbą można dopłynąć w tak wiele miejsc, a często na otwartych wodach rozległych jezior

Nieraz sam byłem zdziwiony, że tak mała, lekka, prosta i wręcz prymitywna łajba umożliwia eksplorację najpiękniejszych, ledwie dostępnych zakątków — zatoczek, przesmyków, skalnych wysepek, odnóg, wąskich kanałów i bardzo płytkich akwenów. A gdy brakuje wody, również da się przemieścić dalej, pchając kanu po piasku, płyciznach czy trzcinach lub, w najgorszym przypadku, przenosząc je na plecach. Poza tym bardzo szybko można dopłynąć do brzegu, rozbić namiot, wciągnąć kanu na skały i przy ognisku podziwiać niezapomniane widoki, nie martwiąc się praktycznie o nic więcej.

Fragment wyspy Philip Edward Island, widok z satelity

Zachodnia część wyspy Philip Edward Island.

Jak widać na mapie oraz na powyższym zdjęciu satelitarnym, otaczające wyspę wody zatoki Georgian Bay usiane są niezliczonymi wyspami, maleńkimi skalnymi wysepkami, zatoczkami i wąskimi przesmykami. W rzeczywistości jednak zarówno mapa, jak i zdjęcie satelitarne nie oddają złożoności tego obszaru i pokazują jedynie niewielką część tutejszego labiryntu skalnych raf oraz wysepek.

Niektóre z tych skał znajdują się tuż pod powierzchnią wody i są niemal niewidoczne. Nawet płynąc kanu, wielokrotnie uderzaliśmy o nie dnem. Mimo że przez cały czas korzystałem z odbiornika GPS, nieraz gubiłem się w tym prawdziwym labiryncie. Przed upowszechnieniem się nawigacji satelitarnej nawet najbardziej doświadczeni wodniacy potrafili stracić wiele czasu na odnalezienie właściwej trasy.

Dlatego żeglarze, jeśli decydują się na żeglugę po tych akwenach, muszą trzymać się z dala od skalistych brzegów i niebezpiecznych płycizn. A przecież właśnie tam kryją się najpiękniejsze zakątki tego niezwykłego krajobrazu! To właśnie kanu, kajak lub niewielka łódka pozwalają stosunkowo bezpiecznie manewrować pomiędzy skalnymi wysepkami i przesmykami oraz podziwiać ich niepowtarzalne piękno i spektakularny charakter.

Warto dodać, że podobnie wygląda znaczna część wschodnich wybrzeży zatoki Georgian Bay.

Wracając do naszego pierwszego niefortunnego doświadczenia z kanu w 1991 roku — zanim kupiłem własną łajbę, wielokrotnie odbywaliśmy dłuższe wycieczki wypożyczonymi kanu. Od czasu do czasu trafiały nam się jednostki bardzo wywrotne i niestabilne — do tego stopnia, że każdy bardziej gwałtowny ruch musieliśmy wykonywać niezwykle ostrożnie. Często byliśmy wręcz zmuszeni siadać na podłodze kanu, aby obniżyć środek ciężkości i uniknąć potencjalnej wywrotki.

Grundy Lake Supply Post, sierpień 2010 r. Z naszym nowym kanu, które kupiliśmy parę minut temu! I po 16 latach nadal świetnie nam służy. Samochód zresztą też, chociaż oczywiście ma o wiele więcej lat i obecnie (lipiec 2026 r.) prawie 250.000 km. Pewnie mój następny samochód będzie przypominał komputer na kołach i może sam jeździł. Ten posiada nawet okna otwierane na korbki i prócz skrzyni biegów, żadnej automatyki.

Sklep, który nam sprzedał kanu nadal istnieje, ale o kilometr na wschód, a to miejsce jest obecnie puste: niedługo będzie przechodziła tędy autostrada nr 400.

Nota bene, kanu stanowi naszą wspólną własność i zawsze zastanawialiśmy się, jak w razie sprzeczki go podzielimy: czy przetniemy go na pół horyzontalnie, czy też wertykalnie?

Obecnie mogę definitywnie stwierdzić, że nasze kanu jest absolutnie idealne: obszerne (5,2 metra / 17 stóp), bardzo stabilne, szybkie i lekkie (poniżej 27 kg / 60 funtów) — tak doskonałe, że dałbym mu ocenę 10 na 10 gwiazdek!

Zresztą przez ponad 15 lat pływania ani razu nie mieliśmy wywrotki, chociaż zdarzyło się kilka sytuacji, kiedy naprawdę mocno się przestraszyliśmy, gdy fale przelewały się przez burty.

Tak więc w 1991 roku w Parku Bon Echo po prostu trafiliśmy na wyjątkowo wywrotne kanu — najmniej odpowiednie dla początkujących.

Z punktu widzenia współczynnika korzyści do kosztów (benefit/cost ratio) uważam, że w przypadku posiadania i użytkowania kanu jest on niezwykle wysoki — nieporównywalnie wyższy niż w przypadku nurkowania czy żeglowania (przynajmniej dla mnie).

Najlepszym dowodem są chyba moje liczne bilingwalne blogi turystyczne, poświęcone między innymi wyprawom kanu: www.ontario-nature-polish.blogspot.ca.

P.S.
Ten blog miał być głównie o nurkowaniu, a wyszło o pływaniu na kanu... Od razu widać, co rzeczywiście jest moją prawdziwą pasją!

一一一一一一一一一一一一一一一一
Przypisy

1)⬆    Termin angielski "Marine", „Morski”, odnosi się ściśle do mórz i oceanów. Opisuje środowiska słonowodne oraz żyjące w nich rośliny i zwierzęta. Jeziora, rzeki i strumienie to ekosystemy „słodkowodne” lub „wodne”, a nie morskie. Istnieje jednak jeden wyjątek. Ogromne jeziora, takie jak Wielkie Jeziora w Kanadzie i w USA, są czasami nazywane „morzami słodkowodnymi” ze względu na swoje ogromne rozmiary. Chociaż mają one podobne do oceanu wzorce wiatru i falowania, naukowcy nadal nie nazywają ich ekosystemami „morskimi”, ponieważ nie charakteryzują się wysokim zasoleniem.

────────────────────────
────────────────────────

W następnym odcinku:

• Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów na Jeziorze Śniardwy w 1979 roku
• Olsztyn — krótki pobyt i garść wspomnień o tym mieście
• Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów 
• Spadająca flaga 22 lipca 1979 roku — zwiastun początku końca PRL-u
• Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce”
• Zaniedbany cmentarz mazurski
• Nieoczekiwanie mocny sen
• Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej
• Ponad 50 lat „Wandy”

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/