Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.
W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.
Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.
Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.
![]() |
| Wędrówka po Beskidach w 1977 roku |
Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.
Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.
Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.
Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.
Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.
Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.
![]() |
| Tadeusz Gurbiel |
Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.
Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.
![]() |
| Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK” |
Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.
Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.
Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.
Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.
********************
Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.
W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.
Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim






