Zapowiedź podwyżek cen w 1976 roku — Schronisko na Przehybie i odwołanie podwyżek przez premiera Jaroszewicza — Toksyczne słowa Edwarda Gierka i brutalne represje protestujących robotników — Jacht „Orion” w Giżycku — Spotkanie z mistrzem szpady i olimpijczykiem — Melchior Wańkowicz i Na tropach Smętka — Prezent dla nieugiętego windsurfingowca — Wprowadzenie kartek na cukier — Żeglowanie po jeziorach Kisajno, Dargin, Mamry i Sztynorckim — Wizyta we wsi Sztynort — Pękające rowery składane firmy „Romet” — PRL-owskie kapoki — Burłaczenie jachtu kanałem do Węgorzewa — Szokujący artykuł w Wiadomościach Wędkarskich
W czerwcu 1976 roku wędrowaliśmy po Beskidzie Sądeckim. Był to dokładnie 25 czerwca 1976 roku. Szliśmy ze Szczawnicy na Przehybę (49°27'58.2"N 20°33'21.2"E / 49.466167, 20.555889). Tego dnia kupiliśmy gazetę, w której opublikowano treść przemówienia wygłoszonego dzień wcześniej przez premiera Piotra Jaroszewicza. Dotyczyło ono planowanych podwyżek cen żywności. Mięso miało zdrożeć średnio o około 69%, masło i produkty mleczne o około 50%, a cukier aż o 100%.
| Premier Piotr Jaroszewicz Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe |
Gdy dotarliśmy do schroniska na Przehybie, położonego na wysokości 1138 m n.p.m., gdzie mieliśmy spędzić noc, temat podwyżek dominował niemal wszystkie rozmowy. Turyści żywo dyskutowali o sytuacji i zastanawiali się, jakie będą jej konsekwencje.
Wieczorem zgromadziliśmy się wraz z wieloma innymi osobami w dużej sali schroniska, aby obejrzeć telewizję. Nagle na ekranie pojawił się premier Piotr Jaroszewicz i ogłosił wycofanie planowanych, drastycznych podwyżek cen żywności.
![]() |
| Znaczki i koperta upamiętniająca wydarzenia Czerwca '76 |
Niektórzy zaczęli klaskać spontanicznie, inni komentowali wydarzenie półgłosem. Chociaż w tamtym momencie nikt z obecnych nie miał jeszcze pojęcia o masowych protestach robotniczych, które tego samego dnia wybuchły w Radomiu, Ursusie, Płocku i kilku innych miastach Polski, wszyscy byli przekonani, że musiało wydarzyć się coś niezwykle poważnego, skoro władze tak błyskawicznie wycofały się z decyzji ogłoszonej zaledwie dzień wcześniej.
Dopiero później dowiedzieliśmy się, że robotnicze protesty zostały brutalnie spacyfikowane przez milicję i służby bezpieczeństwa, a wielu uczestników spotkały represje.
![]() |
| Pamiątkowa srebrna moneta wydana z okazji 50. rocznicy wydarzeń Czerwca '76 |
Nic dziwnego: w dniu 26 czerwca 1976 roku I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zareagował na wydarzenia w Radomiu z wściekłością. Podczas telekonferencji z pierwszymi sekretarzami komitetów wojewódzkich partii domagał się on potępienia i upokorzenia uczestników protestu. Polecił by pokazać
"jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładu elementów nieodpowiedzialnych – tym lepiej dla sprawy. […] to musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”.
![]() |
| I sekretarz KC PZPR Edward Gierek |
I sekretarz polecił też, by w szczególny sposób upokorzono mieszkańców Radomia, miasta w którym doszło go najgwałtowniejszych starć ulicznych i podpalono m.in. gmach komitetu wojewódzkiego partii. Na wiec do tego miasta należało zwieźć aktywistów z sąsiednich województw:
"trzeba będzie tam zebrać Radomiaków i powiedzieć im, jak my ich oceniamy, jak oni wychowali swoje dzieci, jak oni szkodzą Polsce. Po prostu, towarzysze, Radomiacy powinni odczuć, że cała Polska ich lekceważy, że cała Polska ma do nich pretensje, że cała Polska będzie im to długo pamiętała”.
Natomiast tego samego dnia w wieczornym „Dzienniku Telewizyjnym” oficjalne stanowisko władz przedstawił prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji Maciej Szczepański. Nie przebierając w słowach potępił tych, którzy zakłócili rzekome konsultacje (jak kłamliwie nazywano podwyżkę cen):
"chuligańskie i złodziejskie elementy, które demolowały mienie państwowe, rabowały majątek ogólnospołeczny i prywatny, zwłaszcza w Ursusie i Radomiu”.
Jednocześnie wydarzenia czerwca 1976 roku stały się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych w historii Polski Ludowej.
![]() |
| Pamiątkowa moneta wydana z okazji 30. rocznicy Czerwca '76 |
W rzeczywistości było to bowiem nie tylko poważne niepowodzenie, ale wręcz polityczna klęska ekipy Edwarda Gierka. To właśnie w następstwie represji wobec protestujących robotników powstał Komitet Obrony Robotników (KOR), pierwsza znacząca organizacja opozycyjna działająca jawnie w PRL. W pewnym sensie był to również początek końca epoki gierkowskiej — procesu, który doprowadził do narodzin „Solidarności” w sierpniu 1980 roku, a następnie do upadku systemu komunistycznego w Polsce.
Ale w czerwcu 1976 roku, siedząc wieczorem w schronisku na Przehybie, nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tych wydarzeniach. Wiedzieliśmy jedynie, że rząd wycofał się z podwyżek w sposób tak nagły i nieoczekiwany, iż musiało się za tym kryć coś znacznie poważniejszego, niż oficjalnie informowała telewizja.
**********
Ponad miesiąc później, 7 sierpnia 1976 roku, wraz z bliskim członkiem rodziny S.K., jego żoną K.K. oraz ich znajomym pojechaliśmy na Mazury, gdzie w Giżycku otrzymaliśmy na dwa tygodnie jacht typu „Orion” z kabiną dla pięcioosobowej załogi.
![]() |
| Źródło: Gazeta Olsztyńska, https://gazetaolsztynska.pl/artykul/oczy-od-pol-wieku-patrza-n1845753 |
Przez pierwsze kilka dni staliśmy w Giżycku, na jeziorze Kisajno, przy przystani „Almatur” (54°02'14.1"N 21°43'58.0"E / 54.037250, 21.732778), gdzie nieustannie spoglądały na nas wymalowane, ikoniczne ogromne oczy, istniejące zresztą do dziś i doskonale znane każdemu żeglarzowi („Oczy Mazur”).
![]() |
| Jacht typu "Orion" Źródło: Wikipedia Commons. Autor: Bosek1313 |
W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma wodniakami — odwiedzali oni nasz jacht, a my odwiedzaliśmy ich. Jednym z nich był niezwykle sympatyczny człowiek posiadający motorówkę. Wraz z żoną codziennie wracał z wędkowania z maksymalną dozwoloną przepisami ilością ryb. Kilkakrotnie obdarował nas częścią swoich połowów — o ile dobrze pamiętam, były nawet uwędzone. S.K. i K.K. kilka razy zaprosili go również na pokład naszego jachtu.
Posiadał znakomity sprzęt wędkarski, co nie powinno dziwić, ponieważ był dyrektorem firmy „Polsping”, produkującej w Polsce sprzęt wędkarski. Zresztą wielokrotnie odwiedzałem sklep tej firmy przy ulicy Krajowej Rady Narodowej 42 w Warszawie (przed wojną i obecnie jest to ulica Twarda).
W tym samym budynku mieściła się również siedziba Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie wydawano karty wędkarskie i gdzie co roku ustawiały się ogromne kolejki osób chcących je przedłużyć-do jednego czynnego okienka! Był to wręcz podręcznikowy przykład biurokracji doprowadzonej do perfekcji.
Znajdowało się tam także „klubowe” kino „Delfin”. Czasami, będąc w tym budynku, spotykałem starszych panów, zazwyczaj elegancko ubranych w garnitury i noszących różnego rodzaju odznaki w klapach marynarek. Jak mi wyjaśniono, byli to „działacze” lub „aktywiści” Polskiego Związku Wędkarskiego.
Od tamtego czasu słowo „działacz” zawsze kojarzyło mi się właśnie z takimi osobami — starszymi panami w garniturach, sprawiającymi wrażenie ludzi żyjących bez większych trosk, nieco oderwanych od codziennej rzeczywistości i zapewne czerpiących pewne korzyści z pełnionych funkcji.
Zastanawiałem się jednak, na czym właściwie polegała ich działalność i aktywność. Czy rzeczywiście robili coś pożytecznego dla wędkarzy, czy też ich głównym zajęciem było uczestniczenie w niezliczonych zebraniach, wybieranie kolejnych komisji, przyznawanie odznak, sporządzanie protokołów i wygłaszanie przemówień, których nikt nie słuchał — jak też również komplikowanie przepisów wędkarskich i stałe podnoszenie biurokracji na coraz wyższy poziom?
W czasach PRL-u słowa „działacz” czy „aktywista” miały często szczególne znaczenie. Niekoniecznie oznaczały osobę wykonującą konkretną pracę, lecz raczej kogoś, kto 'działał' w rozmaitych organizacjach, związkach czy komitetach, poświęcając znaczną część czasu na spotkania, narady i działalność organizacyjną. Dla wielu zwykłych ludzi pozostawało jednak zagadką, jakie wymierne efekty przynosiła ta aktywność.
A poza tym Jerzy Strzałka — bo o nim mowa — był mistrzem Polski w szpadzie z 1962 roku, zawodnikiem CWKS Legia Warszawa, drużynowym mistrzem świata z 1963 roku oraz olimpijczykiem z Rzymu z 1960 roku. Cieszę się, że mieliśmy okazję go poznać!
★★★
Najprawdopodobniej to właśnie Jerzy Strzałka opowiadał nam historię o spotkaniu Melchiora Wańkowicza gdzieś w okolicach Giżycka.
Być może legendarny pisarz, który wspominał Giżycko w swojej słynnej książce reportażowo-podróżniczej Na tropach Smętka, powrócił w te strony, aby zobaczyć, jak bardzo zmieniły się one od czasu, gdy ją napisał. Nota bene, Smętek (kaszub. Smãtk) to demoniczny diabeł złośliwie trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach i pieśniach kaszubskich i mazurskich. Najprawdopodobniej pozostałość po kulcie jakiegoś bóstwa lub demona z czasów przedchrześcijańskich.
Melchior Wańkowicz (1892–1974) był jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy i dziennikarzy, często nazywanym ojcem nowoczesnego polskiego reportażu literackiego. Jego książka Na tropach Smętka, wydana w 1936 roku, opisywała podróż po Mazurach, które wówczas znajdowały się w granicach niemieckich Prus Wschodnich. Dzieło to łączyło w sobie cechy literatury podróżniczej, reportażu, historii oraz komentarza społecznego i stało się ważnym świadectwem życia tego regionu w latach poprzedzających II wojnę światową.
Po wojnie granice Polski przesunęły się na zachód, Prusy Wschodnie przestały istnieć, a Giżycko znalazło się w granicach Polski. Jeśli Wańkowicz rzeczywiście odwiedził te okolice po wielu latach, musiał zobaczyć region odmieniony nie tylko przez wojnę, ale także przez ogromne zmiany polityczne, społeczne i demograficzne.
Sukces Na tropach Smętka był ogromny. W ciągu niespełna czterech lat od pierwszego wydania książka doczekała się aż dziewięciu wydań, co było wynikiem wyjątkowym dla reportażu w przedwojennej Polsce.
Dziewiąte, a zarazem ostatnie przedwojenne wydanie spotkał szczególny los. We wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiej inwazji na Polskę, Niemcy przejęli cały nakład bezpośrednio z maszyn drukarskich w Bydgoszczy, zanim książka trafiła do sprzedaży.
Na tropach Smętka jest powszechnie uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł polskiego reportażu okresu międzywojennego. Popularność książki wynikała nie tylko z niezwykle barwnego stylu Wańkowicza, ale również z samej tematyki. Autor dokumentował życie polskojęzycznych mieszkańców Mazur i opisywał nasilającą się germanizację regionu.
Reakcja władz niemieckich była łatwa do przewidzenia. Gestapo uznało poglądy autora za jawnie antyniemieckie i zakazało publikowania oraz rozpowszechniania jego książek na terenie III Rzeszy.
Po wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 roku Wańkowicz znalazł się na liście osób szczególnie poszukiwanych przez Niemców. W dużej mierze było to związane właśnie z autorstwem Na tropach Smętka. W pierwszych tygodniach wojny prowadzono intensywne poszukiwania pisarza.
Na szczęście udało mu się przedostać do Rumunii, zanim został aresztowany. Dramatyczne okoliczności swojej wojennej ucieczki i emigracji opisał później w autobiograficznej książce Ziele na kraterze.
Dziś Na tropach Smętka cenione jest nie tylko jako znakomita książka podróżnicza i reportażowa, ale również jako niezwykle ważny dokument historyczny. Zachowało bowiem obraz Prus Wschodnich i Mazur z ostatnich lat przed II wojną światową — świata, który został głęboko przeobrażony przez wojnę i który po 1945 roku w dużej mierze przestał istnieć (na podstawie informacji z Wikipedii).
Pamiętam, że widziałem Wańkowicza na jednym z kiermaszów książki pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Niestety, wówczas byłem za mały, aby cokolwiek o nim wiedzieć. Dopiero w wieku 20+ lat zacząłem czytać jego książki, które są fascynujące! Toteż żałuję, że wówczas nie poprosiłem o jego autograf.
★★★
![]() |
| Aż wstyd się przyznać, ale ze zdjęcia widać, że wówczas łowiłem więcej ryb, niż obecnie w Kanadzie... |
Pewnego późnego popołudnia na przystani pojawiła się grupa osób. Jeden z mężczyzn po raz pierwszy próbował pływać na desce windsurfingowej. Nie było to łatwe zadanie. Co chwilę wpadał do wody, ale nie poddawał się, wspinał z powrotem na deskę i próbował dalej.
Po dłuższym czasie udało mu się wrócić do brzegu przy gromkich brawach swoich znajomych. Usłyszeliśmy, że nazywał się Klemens. Wówczas S.K. wpadł na pomysł, aby go uhonorować za wytrwałość.
Wysłał mnie do niego niczym kelnera. Niosłem płetwę do nurkowania pełniącą rolę tacy, na której stał kieliszek wypełniony wódką.
— Panie Klemensie, podziwiam pana determinację! W nagrodę proszę przyjąć ode mnie ten skromny prezent! — zawołał S.K., gdy dotarłem do wyczerpanego windsurfera.
Kilkanaście minut później pan Klemens wraz ze swoimi znajomymi pojawił się na naszym jachcie. Przez kilka godzin prowadziliśmy bardzo miłe rozmowy przy przekąskach i zapewne również nieco mocniejszych napojach. S.K., dzięki swojej otwartej osobowości, nigdy nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości.
W tym samym czasie w radiu coraz częściej pojawiały się audycje, w których reporterzy rozmawiali z ludźmi skarżącymi się na brak cukru. Co ciekawe, wielu rozmówców obwiniało za ten stan rzeczy innych obywateli, którzy rzekomo „wykupili cały cukier”.
Pięć lat później, w 1981 roku, kiedy w sklepach bardzo często nie było dosłownie niczego, spotkałem kobietę, która również winą za puste półki obarczała społeczeństwo. Twierdziła, że „nic nie ma, bo ludzie wszystko wykupili”.
Faktycznie, co za okropni ludzie! Zamiast grzecznie przychodzić do sklepów, oglądać towary, podziwiać ich piękne opakowania i cieszyć się, że sklepy są pełne, oni bezczelnie je kupowali, a potem jeszcze konsumowali! Nic więc dziwnego, że półki świeciły pustkami.
Przypominało mi to historię skąpego woźnicy, który postanowił oduczyć swojego konia jedzenia. Gdy po trzynastu dniach „eksperymentu” koń wreszcie padł z wycieńczenia, właściciel narzekał wszystkim dookoła, że jego plan był już o krok od sukcesu:
„No i pomyśleć, że wszystko szło tak dobrze! Jeszcze dzień, może dwa, i koń całkowicie odzwyczaiłby się od jedzenia. Ale to głupie zwierzę zdechło i wszystko zmarnowało!”
![]() |
| Ryby, które (chyba?) ja złowiłem, na jachcie "Orion". Jerzy Strzałka natomiast dostarczał nam ryby typu "szczupak", a nie nędzne płotki...😁 |
Wieczorem 12 sierpnia 1976 roku zostałem sam na jachcie. Słuchając radia usłyszałem zdumiewającą wiadomość: rząd postanowił wprowadzić kartki na cukier, choć oficjalnie unikano używania słowa „kartki”.
Gdy S.K. i K.K. wrócili na pokład, oznajmiłem im, że wkrótce cukier będzie w Polsce reglamentowany.
Nie mogli mi uwierzyć.
S.K. stwierdził wręcz, że „naoglądałem się za dużo filmów i naczytałem zbyt wiele książek z czasów okupacji niemieckiej”.
Wkrótce jednak musiał przyznać mi rację.
Były to pierwsze kartki żywnościowe od dekad w Polsce. W latach osiemdziesiątych system reglamentacji objął wiele innych towarów, a ostatecznie zniknął dopiero w 1989 roku.
![]() |
| Źródło: OpenStreet Map |
![]() |
| W Sztynorcie. Od lewej: NN (członek załogi), K.K. i autor tego bloga. Nie mogę uwierzyć, jaki wówczas byłem szczupły! Może dlatego, że nie było McDonaldów, fast food.. i że wprowadzono kartki? |
W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się także z załogą nieco większego jachtu. Jego 'kapitan' opowiadał nam o bardzo niebezpiecznej sytuacji, którą przeżył na Mamrach podczas gwałtownego sztormu. Załoga składała się z jego żony i córki (lub córek), które nie były przygotowane na tak trudne warunki.
Okazało się również, że był dyrektorem lub jednym z wysokich rangą przedstawicieli słynnej bydgoskiej fabryki rowerów „Romet”, produkującej między innymi popularne rowery składane.
Sam posiadałem taki rower i generalnie byłem z niego zadowolony. Nigdy jednak nie zapomnę sytuacji, gdy podczas jazdy nagle poczułem, że coś jest nie tak. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie popychał. Chwilę później leżałem już na ziemi.
Na szczęście nic mi się nie stało.
Okazało się, że pękła główka ramy (rura czołowa). Kompletnie pękła — w ręku trzymałem kierownicę i część ramy, a reszta roweru znajdowała się o metr dalej ode mnie.
Gdy opowiedziałem mu tę historię, przyznał bez większego zdziwienia, że rzeczywiście zdarzało się, iż ramy tych rowerów pękały. Co więcej, z tonu jego głosu wynikało, że traktował to niemal jako drobną, nieistotną usterkę.
Dzięki Bogu firma Romet nie produkowała samolotów...
![]() |
| Zawsze lubiłem pływać na otwartych wodach jezior |
Na środku jednego z jezior K.K. postanowiła popływać. Dla bezpieczeństwa założyła PRL-owski kapok.
Nie wiem, ilu czytelników jeszcze pamięta takie kapoki. Składały się z dwóch dużych „poduszek” wypełnionych materiałem wypornościowym i obszytych szarobiałą tkaniną. Jedna znajdowała się na klatce piersiowej, druga na plecach.
Nigdy ich nie nosiłem, ponieważ były niezwykle niewygodne.
Dzisiaj, pływając w Kanadzie na kanu, niemal zawsze zakładam nowoczesną kamizelkę asekuracyjną, która jest wygodna, nie ogranicza ruchów, a dodatkowo chroni przed chłodem i wiatrem.
Pamiętam też artykuł prasowy z czasów PRL-u opisujący młodzieżowe zawody żeglarskie. Gdy jedna z łodzi wywróciła się, zawodnicy znaleźli się w wodzie i ku przerażeniu widzów zaczęli zdejmować swoje kapoki. Okazało się bowiem, że nasiąkały wodą niczym gąbki i powoli tonęły!
Wracając jednak do K.K. — gdy weszła do wody w swoim kapoku, jego wyporność spowodowała, że zaczął mocno uciskać jej szyję i gardło. Oddychanie stało się utrudnione, a normalne pływanie niemal niemożliwe.
Widząc to, jak zawsze dowcipny S.K. stwierdził, że zadaniem kapoka jest uduszenie tonącego, aby nie musiał zbyt długo cierpieć.
I rzeczywiście miał dużo racji...
Z jeziora Mamry udaliśmy się kanałem do Węgorzewa. Pogoda była fatalna — padał deszcz, unosiła się mgła, a ponieważ jacht nie posiadał silnika i nie było wiatru, sporą część trasy pokonałem, idąc brzegiem kanału i ciągnąc jacht na linie.
Po pewnym czasie tak się rozpędziłem, że gdy S.K. oddalił się na chwilę, po powrocie nie mógł odnaleźć jachtu. Przeciągnąłem go bowiem dobre kilkaset metrów dalej.
Ogólnie była to dla mnie wspaniała i niezapomniana wyprawa żeglarska. Do dziś jestem ogromnie wdzięczny S.K. i K.K., że umożliwili mi udział w tej przygodzie.
W następnych latach kilkakrotnie uczestniczyłem jeszcze w obozach żeglarskich organizowanych przez klub żeglarski Polskiej Akademii Nauk. Być może kiedyś opiszę te wydarzenia w osobnym wpisie.
Kilka miesięcy później, przeglądając miesięcznik „Wiadomości Wędkarskie”, natrafiłem na obszerny, kilku stronnicowy fotoreportaż poświęcony Jerzemu Strzałce.
Powód publikacji był jednak bardzo smutny.
Jerzy Strzałka zmarł zaledwie dwa miesiące po naszym spotkaniu — 13 października 1976 roku, w wieku zaledwie 43 lat.
Zarówno ja, jak i S.K. & K.K., byliśmy tą wiadomością głęboko zaskoczeni i zasmuceni.
~ ~ ~ ~ ~
Na zakończenie mogę dodać, że wkrótce potem mój kontakt z S.K., którego zawsze bardzo lubiłem, nagle się urwał — do dzisiaj z niewiadomych mi przyczyn 😯. Natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych K.K., już po zmianie stanu cywilnego (i nazwiska 😉), wyemigrowała do Kanady i wielokrotnie spotykaliśmy się w mojej adoptowanej ojczyźnie.
***********
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
***********
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz