środa, 27 maja 2026

Górska Odznaka Turystyczna

Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.

W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.

Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.

Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.

Wędrówka po Beskidach w 1977 roku

Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.

Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.





Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.

Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.

Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.

Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.

Tadeusz Gurbiel
Tadeusz Gurbiel „Góra” (1908–1993) był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego oraz zasłużonym działaczem turystycznym PTTK. Od 1940 roku działał w Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim i przeszedł długi  bojowy — od walk na Woli, przez Stare Miasto, aż po ewakuację kanałami do Śródmieścia. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania trafił do niewoli niemieckiej, z której wrócił do Polski dopiero w 1947 roku.

Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.

Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.

Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK”

[Napisałem maila do PTTK z prośbą o pozwolenia na przedruk zdjęć p. Gurbiela z tej publikacji—niestety, nie otrzymałem odpowiedzi i postanowiłem to pomimo wszystko zrobić. 
Wielokrotnie na podobne prośby kierowane do instytucji lub autorów nie otrzymywałem odpowiedzi.]

Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.

Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.

Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.

Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.

********************

Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.

W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.

Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 21 maja 2026

Moja kolekcja metalowych znaczków, przypinek, zdjęć i innych pamiątek

Pewnie każdy z nas w dzieciństwie coś kolekcjonował. W czasach PRL nawet tak proste rzeczy jak kapsle, pudełka po zapałkach, historyjki obrazkowe z gum do żucia, zagraniczne puszki i butelki po piwie i innych napojach, paczki po papierosach czy znaczki pocztowe bardzo często trafiały do kolekcji moich rówieśników. Sam również gromadziłem takie przedmioty — do dziś pamiętam np. plastikową paczkę po papierosach firmy „Philip Morris”, która była wówczas szczególnie poszukiwanym „artefaktem” wśród młodych zbieraczy, czy puszkę po piwie.

Warszawa, al. gen. Karola Świerczewskiego 159.
Na zdjęciu widać matę z przypinkami i znaczkami wiszącą w moim pokoju.
Fotografię wykonano w moim mieszkaniu 13 maja 1981 roku, gdy celebrowaliśmy zdany tego samego ranka pisemny egzamin maturalny z matematyki. Godzinę lub dwie później dowiedzieliśmy się o zamachu na Papieża Jana Pawła II, do którego doszło na Placu Świętego Piotra w Watykanie.

Zbierałem także znaczki pocztowe — miałem nawet abonament i co kwartał otrzymywałem nowe wydania (co prawda ostemplowane, ale za to tańsze). Do dziś posiadam jeden klaser, zawierający również wiele znaczków przedwojennych.

Ten znaczek zapewne otrzymałem od ojca mojego kolegi na Targach Poznańskich

Z czasem zacząłem kolekcjonować metalowe znaczki i przypinki. Ich głównym źródłem były Międzynarodowe Targi Poznańskie, na które co roku jeździł mój ojciec i przywoził mi nowe okazy. Raz pojechaliśmy tam całą rodziną — byłem wtedy w siódmym niebie! Co ciekawe, spotkałem na nich ojca mojego kolegi, mieszkającego w tym samym bloku, co ja--a do tego na tym samym piętrze--który zajmował wysokie stanowisko w centrali zakładów produkujących w PRL sprzęt elektroniczny "Unitra" i obdarował mnie garścią metalowych znaczków!
Oryginalny bilet wstępu na Międzynarodowe Targi Poznańskie z czerwca 1974 roku

Później, podczas wycieczek górskich, kupowałem kolejne znaczki w schroniskach. Gdy w 1980 roku pojawiła się „Solidarność”, starałem się zdobyć jak najwięcej przypinek związanych z tym ruchem. Znajomi i koledzy, wiedząc o moim hobby, również czasem przynosili mi różne egzemplarze. Z biegiem czasu wszystkie te znaczki trafiły na matę, która przez wiele lat wisiała w moim pokoju.

Fotografia z kwietnia 2026 roku

Kilkanaście lat po moim wyjeździe do Kanady tylko część kolekcji do mnie wróciła — i ponownie przypiąłem ją do maty, wzbogacając o kilkanaście znaczków zdobytych już w Kanadzie. Do dziś wisi ona w moim biurze i przez lata była świetnym „conversation starter” — często przyciągała uwagę klientów i prowadziła do ciekawych rozmów. Niejednokrotnie zamiast skupiać się wyłącznie na sprawach zawodowych, spędzałem sporo czasu na rozmowach, które zaczynały się od jednej małej przypinki! Bardzo miło wspominam te chwile — czasem przerywane przez sekretarkę przypominającą, że czekają już kolejni klienci. Zawsze jednak uważałem, że nie żyje się tylko po to, aby pracować, i chętnie dzieliłem się swoimi zainteresowaniami — zarówno tymi z Polski, jak i tymi rozwijanymi już w Kanadzie (o których piszę na moim blogu turystycznym: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/).

W kolejnych wpisach będę zamieszczał zdjęcia znaczków wraz z opisami i refleksjami — pojawią się też inne ciekawe przedmioty, a czasem po prostu same wspomnienia.

Blog dostępny jest również w języku angielskim, choć mam świadomość, że poruszane tu tematy mogą być bardziej interesujące dla czytelników znających realia Polski z tamtych lat.
Jeżeli jednak ten tekst zainteresuje zagranicznych czytelników, w miarę możliwości z przyjemnością odpowiem na ich pytania. Czasami moje odpowiedzi do pozostawionych komentarzy mogą być opóźnione: gdy podróżuję, zazwyczaj rzadko kiedy używam telefonu komórkowego (traktuję go jako zło konieczne), nie mam dostępu do mojego konta, albo w ogóle nie mam dostępu do Internetu, bo na wielu terenach nie ma zasięgu telefonii komórkowej. 

Na koniec zaznaczam, że część informacji będzie pochodziła z Wikipedii oraz innych źródeł internetowych.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/



sobota, 16 maja 2026

Bronisław Malinowski — zdobywca złotego medalu olimpijskiego

Część V: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie


Najcenniejszym autografem zdobytym tego dnia okazał się — rzecz jasna — podpis Bronisława Malinowskiego (1951–1981), wybitnego polskiego biegacza średnio- i długodystansowego, specjalizującego się w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Zdobył on srebrny medal olimpijski w Montrealu w 1976 roku oraz złoty medal w Moskwie w 1980 roku w tej właśnie konkurencji.

Bronisław Malinowski
Doskonale pamiętam okoliczności zdobycia jego autografu. Po zakończeniu zawodów, już poza stadionem, zauważyłem Malinowskiego stojącego w kolejce do… saturatora z wodą sodową. Ku mojemu zdziwieniu wypił kilka szklanek wody jedna po drugiej. Zastanowiło mnie to — czyżby zawodnikom nie zapewniano napojów po starcie? Tak czy inaczej, była to doskonała okazja, aby podejść i bez problemu zdobyć jego podpis.

Przy tej okazji warto wspomnieć o niezwykle charakterystycznym elemencie krajobrazu PRL — ulicznych saturatorach. Były to wózki na dwóch kołach, wyposażone w butlę ze sprężonym dwutlenkiem węgla, zbiorniki z wodą oraz słoje z dozownikami syropów o sztucznych aromatach owocowych — najczęściej malinowym i cytrynowym. Całość uzupełniały węże doprowadzające wodę oraz kilka szklanek wielokrotnego użytku. Sprzedawcy często chronili się przed słońcem pod dużymi parasolami.

Saturator. Źródło: Wikimedia Commons
Saturatory były niezwykle popularne w Warszawie i innych miastach. Oferowały wodę sodową czystą lub z dodatkiem syropu. W „moich czasach” szklanka czystej wody kosztowała 30 groszy, a z sokiem — złotówkę. Po wypiciu szklanka była jedynie symbolicznie „płukana”, co — mówiąc delikatnie — pozostawiało wiele do życzenia pod względem higieny. Nic dziwnego, że potocznie nazywano tę wodę „gruźliczanką”.

Samoobsługowy saturator z wodą sodową
Źródło: Wikipedia Commons
Pamiętam również samoobsługowe saturatory. Wystarczyło wrzucić monetę i nacisnąć odpowiedni przycisk, aby otrzymać napój. Dwa takie urządzenia przez pewien czas stały na północno-wschodnim rogu ulic Świerczewskiego i Żelaznej w Warszawie, tuż przy budynku Urzędu Dzielnicy Wola. Niestety rzadko udawało się z nich skorzystać — często brakowało szklanek albo urządzenia były uszkodzone, m.in. dlatego, że użytkownicy zamiast wrzucać monetę, uderzali w maszynę pięścią — i, o dziwo, ta metoda rzeczywiście działała!

Samoobsługowy saturator w Związku Sowieckim w 1987 roku
Źródło:“A Day in the Life of the Soviet Union”, autor Paul Chesley
Warto dodać, że tego typu urządzenia były produkowane m.in. w Związku Sowieckim, gdzie również cieszyły się dużą popularnością. W znakomitym albumie „A Day in the Life of the Soviet Union” („Dzień z życia Związku Sowieckiego”), zawierającym zdjęcia stu czołowych fotoreporterów świata wykonane jednego dnia — 15 maja 1987 roku — znajduje się fotografia kilku dziewczynek stojących przy samoobsługowych saturatorach. Jej autorem jest Paul Chesley z USA. W dołączonym podpisie wyjaśniono, że radzieckie automaty wydawały napoje gazowane lub soki, ale nie oferowały jednorazowych kubków; zamiast tego użytkownicy mieli opłukać i ponownie użyć wspólnej szklanki. Przynoszenie własnej szklanki było podobno uważane za „niekulturalne”, co oznaczało naruszenie niepisanej etykiety społecznej. 

Nie przypuszczam, aby przyniesienie swojej własnej szklanki było uważana za „niekulturalne” w Polsce, jednakże nie przypominam sobie, aby ktokolwiek przynosił je ze sobą 

😥😥😥

Wracając jednak do Bronisława Malinowskiego — jego życie zakończyło się tragicznie. Zginął w wypadku samochodowym 27 września 1981 roku na moście w Grudziądzu. Dobrze pamiętam tamten dzień. W telewizji emitowano jakiś program — być może sportowy — prowadzony przez Tomasza Hopfera. W pewnym momencie odebrał on telefon i po chwili przekazał widzom tę wstrząsającą wiadomość.

**********

Z tymi zawodami wiąże się jeszcze jedna, niezwykle osobista historia. Po pewnym czasie w kiosku „Ruchu” natrafiłem na kartkę pocztową ze zdjęciem Malinowskiego — przedstawiała ona zarówno jego portret, jak i ujęcie z biegu przez przeszkody oraz reprodukcję autografu. Coś skłoniło mnie, aby przyjrzeć się jej dokładniej — i nagle nastąpił moment olśnienia.

Pocztówka z Bronisławem Malinowskim oraz... ze mną i moim ojcem!
Okazało się, że fotografia została wykonana przez Janusza Szewińskiego, męża legendarnej lekkoatletki i wielokrotnej medalistki olimpijskiej Ireny Szewińskiej — właśnie na stadionie „Skry”, podczas tych samych zawodów, na których byłem obecny.

Ja i mój ojciec siedzimy na trybunach
Ale to nie wszystko. Po lewej stronie zdjęcia bez trudu rozpoznałem… siebie i mojego ojca. Gdy pokazałem kartkę mamie, również niemal natychmiast nas zidentyfikowała. Choć nasze sylwetki są nieco rozmazane, doskonale pamiętam, gdzie siedzieliśmy — dokładnie naprzeciw rowu z wodą. Co więcej, po lewej stronie widoczny jest także sprzedawca z drobnymi przekąskami czy pamiątkami — pamiętam go bardzo dobrze, wraz z całym jego „majdanem”.

Tak więc ten jeden dzień — pozornie zwyczajny — okazał się pełen niezwykłych zbiegów okoliczności i wspomnień, które po latach nabrały jeszcze większej wartości.


Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

piątek, 15 maja 2026

Henryk Lesiuk — polski długodystansowiec

Część IV: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie


Następny autograf należy do Henryka Lesiuka. Według mojej ówczesnej notatki był to po prostu „biegacz”, który „dnia 30 czerwca 1974 roku zdobył pierwsze miejsce w biegu z przeszkodami”. Sam zawodnik dopisał pod swoim podpisem: „3000 (z przeszkodami) — 8.29.0”.

Henryk Lesiuk
Dopiero po latach, korzystając z dostępnych dziś źródeł, mogłem dowiedzieć się o nim znacznie więcej. Henryk Lesiuk (ur. 1948) był polskim lekkoatletą, długodystansowcem specjalizującym się w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Reprezentował m.in. Wisłę Puławy oraz Legię Warszawa. Był trzykrotnym medalistą mistrzostw Polski na tym dystansie: zdobył złoty medal w 1975 roku, srebrny w 1971 oraz brązowy w 1974.

Jego rekord życiowy w biegu na 3000 metrów z przeszkodami wynosił 8:26,6 i został ustanowiony 29 czerwca 1975 roku — a więc zaledwie rok po naszym spotkaniu. Oznacza to, że wynik zapisany na moim autografie był tylko nieco słabszy od jego życiowego osiągnięcia, co nadaje tej pamiątce dodatkową wartość.


Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

środa, 6 maja 2026

Yvonne Saunders-Mondesire — kanadyjska lekkoatletka

Część III: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie


Całkiem wyraźnie pamiętam moment, gdy podszedłem po autograf do czarnoskórej zawodniczki — jednej z niewielu kobiet obecnych na tych zawodach. Była nią Yvonne Saunders-Mondesire (ur. 1951), wszechstronna lekkoatletka, która w swojej karierze startowała w pięcioboju, skoku w dal, skoku wzwyż oraz biegach na 400 i 800 metrów.

Yvonne Saunders-Mondesire
Według mojej notatki, poprzedniego dnia ona wygrała bieg na 400 metrów z czasem 51,19 sekund. Co ciekawe, parę dni przedtem, 22 czerwca 1974 r. na tym samym stadionie, Irena Szewińska ustanowiła nowy rekord świata na 400 metrów z wynikiem 49,9 sekund i po raz pierwszy w historii zeszła poniżej bariery 50 sekund! Zresztą o tym wydarzeniu napisał w e-mailu do mnie Dean Bauck (zobacz dwa wpisy blogu do tyłu), który był jego świadkiem.
Nota bene, 6 października 1985 roku w Canberra, Australia, Marita Koch z Niemiec Wschodnich (NRD) ustanowiła rekord świata na 400 metrów z wynikiem 47,60 sekund. O dziwo, pozostaje on nadal jednym z najstarszych rekordów w lekkoatletyce i nie został dotąd pobity (przez ponad 40 lat). Niektórzy jednak kwestionują, czy rzeczywiście był on zdobyty w uczciwy sposób...

Jej sportowa droga była wyjątkowo interesująca, ponieważ na arenie międzynarodowej reprezentowała aż trzy kraje: Jamajkę, Kanadę oraz Anglię. W 1971 roku zdobyła dwa medale dla Jamajki na Igrzyskach Panamerykańskich, a w 1974 roku została mistrzynią Kanady na 400 metrów podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów.

Dwukrotnie wystąpiła na Letnich Igrzyskach Olimpijskich: w 1972 roku reprezentując Jamajkę oraz w 1976 roku — Kanadę. Była więc zawodniczką o dużym doświadczeniu międzynarodowym. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych.

Co ciekawe, jej nazwisko — Saunders — wydało mi się znajome. I słusznie. Jej młodszy brat, Mark Saunders, był szefem policji w Toronto w latach 2015–2020. To interesujący, nieco zaskakujący łącznik między światem sportu a współczesną historią Kanady.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


niedziela, 3 maja 2026

Kenneth „Ken” Wenman — skoczek o tyczce oraz Lyle Sanderson, kanadyjski trener

Część II: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie


Kenneth „Ken” Wenman (ur. 1955) to kanadyjski lekkoatleta specjalizujący się w skoku o tyczce. Jego rekord życiowy wynosił 5,33 m — wynik bardzo solidny jak na połowę lat 70. Reprezentował Kanadę podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku, startując w konkursie skoku o tyczce.

Kenneth „Ken” Wenman
W eliminacjach pokonał wysokości 4,80 m oraz 5,00 m, jednak trzykrotnie nie zdołał zaliczyć 5,10 m. Ostatecznie z wynikiem 5,00 m zajął dziewiąte miejsce w swojej grupie oraz 22. w klasyfikacji generalnej, co nie pozwoliło mu awansować do finału. Warto dodać, że poziom zawodów był bardzo wysoki — złoty medal zdobył Polak Tadeusz Ślusarski, uzyskując 5,50 m.

Lyle Sanderson
Drugi z autografów z tego dnia pozostaje dla mnie zagadką. Należy on do niezidentyfikowanego lekkoatlety, najprawdopodobniej zagranicznego. Imię i nazwisko można odczytać mniej więcej jako „Lyle Sanderoy”, choć nie mam pewności co do poprawności tej interpretacji. Pod podpisem widnieje słowo „Kanada” — zapisane jednak przez „K”, a nie „C”. Pomimo wielokrotnych prób i przeszukiwania dostępnych dziś źródeł internetowych, nie udało mi się ustalić tożsamości tego sportowca. Być może był to zawodnik mniej znany, uczestnik jednych konkretnych zawodów, który nie zapisał się szerzej w statystykach lekkoatletycznych.

AKTUALIZACJA

Dosłownie kilkadziesiąt minut po opublikowaniu powyższego wpisu Notaria zamieściła komentarz, w którym zasugerowała, że ów niezidentyfikowany autograf należy do Lyle’a Sandersona — i rzeczywiście trafiła w dziesiątkę!

Serdecznie dziękuję Notarii za jej detektywistyczną dociekliwość i kreatywne podejście. Ja sam przez cały czas szukałem wśród sportowców, podczas gdy — jak się okazało — był to podpis wybitnego trenera.

Lyle Sanderson

*****
Lyle Sanderson (1938–2018) był legendarnym kanadyjskim trenerem lekkoatletyki i biegów przełajowych, pedagogiem oraz mentorem, przez całe życie związanym z University of Saskatchewan i programem Huskie Athletics. Pochodził z Piapot. Na uczelnię trafił jako student-sportowiec w 1960 roku, a w 1965 roku został głównym trenerem, pełniąc tę funkcję przez 39 lat.
Był jednym z najbardziej utytułowanych trenerów w historii kanadyjskiego sportu akademickiego. Poprowadził drużynę Huskies do 33 tytułów konferencyjnych oraz 10 mistrzostw krajowych, w tym pierwszego w historii tytułu narodowego w 1968 roku. Otrzymał liczne nagrody za wybitne osiągnięcia trenerskie i całokształt pracy.

54 razy reprezentował Kanada na arenie międzynarodowej, m.in. podczas igrzysk olimpijskich, Igrzysk Wspólnoty Narodów, igrzysk panamerykańskich, Uniwersjad oraz mistrzostw świata. Był pionierem szkolenia trenerów i rozwoju młodych sportowców, prowadząc kursy i seminaria na całym świecie oraz współtworząc międzynarodowe programy lekkoatletyczne dla młodzieży.

Został wprowadzony do kilku „halls of fame” (galerii sław), w tym Kanadyjskiej Galerii Sławy Lekkoatletyki. Za pośrednictwem Sanderson Foundation wspierał studentów-sportowców stypendiami i pomocą treningową. Zmarł w Meksyku w 2018 roku w wieku 79 lat, pozostawiając trwałe dziedzictwo w kanadyjskim sporcie.

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/