poniedziałek, 31 sierpnia 2026

SZKOŁA PODSTAWOWA NR 221 I OTOCZENIE — HISTORIA MAŁEGO FRAGMENTU WARSZAWY (CZĘŚĆ 1/4)

Tarcze szkolne — Dwie nazwy szkoły — Węgierski komunista Ferenc Münnich — Sklepik szkolny i zapasowe schody — Schron — Woźny i kupowanie piwa — Alkohol i ja.

******

Gdy zabrałem się do pisania kilku wspomnień związanych nie tylko z moją szkołą podstawową, ale także z przylegającymi do niej terenami, sądziłem, że wyjdą z tego dwie, najwyżej trzy strony. Jak się jednak okazało, wspomnień pojawiło się znacznie więcej i musiałem podzielić je na cztery części. Będzie więc o szkole, moich „technicznych” zdolnościach, Komunistycznej Partii Polski oraz o pomordowanych Polakach i Żydach w czasie Powstania Warszawskiego.

*****

Tarcza szkolna szkoły podstawowej nr 221 w Warszawie

W szkole podstawowej — przynajmniej w kilku początkowych klasach — tarcze szkolne, podobnie jak mundurki, były obowiązkowe. Tarcze musiały być przyszywane do ubrania, a nie przypinane szpilką, jak robili to niektórzy uczniowie. Velcro, czyli rzep, był wówczas w Polsce praktycznie nieznany. Nie przypominam sobie jednak, aby w naszej szkole jakoś szczególnie ścigano lub karcono uczniów za brak tarczy. Czytałem natomiast, że w niektórych szkołach wymagano noszenia tarcz nawet po lekcjach, na ubraniu „cywilnym” — co już wtedy uważałem za przesadę. Nie pamiętam, aby u nas istniał taki wymóg. Chętnie dowiem się, jak wyglądało to w innych szkołach. Natomiast liceum ogólnokształcące, do którego później uczęszczałem, w ogóle nie posiadało tarcz — a przynajmniej ja ich nie pamiętam.

Zdjęcie klasowe z pierwszej klasy, rok 1969/70
Szkoła Podstawowa nr 221 w Warszawie. Klasa I-A, rok szkolny 1969/1970. Każdy z nas ma szkolny mundurek, z przyszytą do niego tarczą szkolną
*
Patrząc na to stare zdjęcie, zawsze przypomina mi się klasyczny, czarny humor szkolny:
Nauczycielka próbuje zachęcić dzieci do zakupu właśnie zrobionego zdjęcia grupowego.
– Pomyślcie tylko, jak miło będzie spojrzeć na tę fotografię za czterdzieści lat. Otworzycie album i powiecie: „O, to jest Kasia, teraz jest lekarką”, „A to jest Tomek, został inżynierem”...
W tym momencie z końca sali dobiega głos Jasia:
– „A to jest nasza wychowawczyni, już od dawna nie żyje...”.

Od 1969 do 1977 roku chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 221 w Warszawie przy ulicy Ogrodowej 42/44 (52°14'19.4"N 20°59'11.1"E / 52.238722, 20.986417). Szkoła znajdowała się dosłownie kilka metrów od mojego bloku. Gdy z okna pokoju wychodzącego na budynek szkolny słyszałem ostrzegawczy, krótki dzwonek o godzinie 7:55 rano, mogłem wtedy całkowicie beztrosko udać się do szkoły i bez najmniejszego problemu pojawić się w klasie przed godziną 8:00.

Szkoła podstawowa nr 221 w Warszawie
To zdjęcie zrobiłem z okna mojego mieszkania, przypuszczam że pomiędzy 1972 i 1975 rokiem. Przedstawia ono główne wejście do szkoły nr 221, jak też rozkopany trawnik. Co najciekawsze, budynek, w którym mieszkałem, oddano do użytku w 1969 roku i już po 3-6 latach okazało się, że trzeba wymieniać rury. 

Czternastego stycznia 1977 roku szkole nadano imię Piątego Kołobrzeskiego Pułku Piechoty. Z tej okazji odbyła się duża uroczystość, a nawet krótki reportaż pojawił się w telewizji. Chodziły słuchy, że na ceremonii zjawi się znany wojskowy, który służył w tym pułku — niejaki Wojciech Jaruzelski (ówczesny Minister Obrony Narodowej) — ale ostatecznie nigdy nie zaszczycił tej imprezy swoją obecnością.

Paradoksalnie, pułk miał w nazwie przymiotnik „kołobrzeski”, chociaż nie brał udziału w bitwie o Kołobrzeg. Nazwą tą został jednak wyróżniony w maju 1945 roku na podstawie rozkazu Naczelnego Dowódcy Armii Radzieckiej, Józefa Stalina, toteż owo historyczne nieporozumienie stało się z czasem nietykalne.

I jeszcze interesujący szczegół. W Piątym Kołobrzeskim Pułku Piechoty służył w 1956 roku Ryszard Kukliński, którego osobiście spotkałem na początku lat siedemdziesiątych podczas przyjęcia ślubnego. Według mojego ojca istniało nawet zdjęcie, na którym obaj stoimy obok siebie.

Znalazłem ten wycinek z gazety, prawdopodobnie z Życia Warszawy z lipca 1974 roku, który ukazuje zdjęcie Szkoły Podstawowej nr 221.

W 2010 roku, w pięćdziesiątą rocznicę istnienia szkoły, nastąpiła zmiana patrona. Podczas uroczystości jubileuszowych szkole nadano imię Barbary Bronisławy Czarnowskiej — bohaterki Powstania Listopadowego i pierwszej kobiety oficera Wojska Polskiego.

To logo szkoły zostało zastąpione tym poniżej:


Nowe logo szkoły (nie podoba mi się)

Co ciekawe, na początku lat siedemdziesiątych istniały plany nadania szkole imienia Ferenca Münnicha (1886–1967), zatwardziałego węgierskiego komunisty i stalinowca, który odegrał kluczową rolę w stłumieniu Rewolucji Węgierskiej w 1956 roku, a następnie pełnił funkcję premiera Węgier w latach 1958–1961. W węgierskiej pamięci historycznej jest on przez wielu uważany za zdrajcę.

W roku szkolnym 1969/70 przyjechała do naszej szkoły delegacja węgierska, składająca się między innymi ze starszej kobiety — być może wdowy po Münnichu (druga jego żona zmarła dopiero w 2001 roku, a pierwsza też go przeżyła). Brat mojego kolegi otrzymał od delegacji pamiątkowy znaczek podczas spotkania w sali gimnastycznej. Przez pewien czas w szkole wisiała również gablota poświęcona Münnichowi, a ostatecznie jego imieniem nazwano szkolny szczep harcerski. Być może jednak po dojściu Edwarda Gierka do władzy Münnich zaczął uchodzić za postać zbyt dogmatycznie stalinowską i nie bardzo pasował do nowego wizerunku władz PRL.

W 1970 roku na pierwszym piętrze otwarto sklepik szkolny (nazywał się „Żak” lub „Żaczek”), gdzie można było kupić różne drobne przybory szkolne, a także sprzedać lub nabyć używane podręczniki. Czasami pojawiały się tam ciastka i pączki, błyskawicznie wykupywane przez uczniów — po dwa złote za sztukę.

Oczywiście ceny w sklepiku były takie same jak w zwykłych sklepach, ponieważ w PRL większość produktów miała odgórnie ustalone i wydrukowane ceny. Raz pojechałem z nauczycielką do składu papierniczego po „towar” do sklepiku i okazało się, że szkoła otrzymywała niewielki rabat. Ta różnica stanowiła jedyny „zysk”, jaki sklepik generował.

Co znamienne, mimo życia w państwie komunistycznym i mojego młodego wieku, temat zysku zaczął mnie już wtedy interesować od strony czysto teoretycznej, chociaż było to zagadnienie dość abstrakcyjne, a wręcz antysocjalistyczne.

Nowa tarcza szkolna

W budynku szkolnym znajdowały się dwie klatki schodowe. Jedna z nich, zapasowa, z pewnością miała służyć na wypadek pożaru. Problem polegał na tym, że była ona okratowana — słowo „klatka” schodowa pasowało tu wyjątkowo trafnie — i niemal zawsze zamknięta na klucz. Być może dlatego, aby woźne nie musiały jej sprzątać? Już wtedy zastanawiałem się, jaki był sens istnienia tych dodatkowych schodów, skoro w razie pożaru czy innej sytuacji kryzysowej dostęp do nich mógł okazać się niemożliwy.

Zdjęcie szkolne z 1976 roku, szkoła podstawowa nr 221 w Warszawie
Szkoła Podstawowa nr 221, klasa VII A, rok szkolny 1976-1976. Dwadzieścia jeden (na trzydzieści cztery) z tych osób widnieje również na poprzednim zdjęciu grupowym z I klasy z  roku szkolnego 1969/70

Szkoła posiadała również własny schron. Wejście do niego znajdowało się w podpiwniczeniu, gdzie były szatnie, ale schron pozostawał stale zamknięty i nigdy nie udało mi się do niego wejść.

Na jednej części boiska znajdowały się dwa murowane „grzybki”. Jeden z nich prawdopodobnie pełnił funkcję wywietrznika oraz zapasowego wejścia lub wyjścia, drugi, mniejszy, służył jedynie jako wywietrznik.

A swoją drogą do dziś zastanawiam się, co znajdowało się w środku schronu. Łóżka? Krzesła? Toalety? Zapas wody? Żywność? W szkole podczas lekcji przebywało zazwyczaj kilkaset osób i trudno mi sobie wyobrazić, aby wszyscy mogli się tam pomieścić i przebywać przez dłuższy czas. Sądzę jednak, że w latach siedemdziesiątych władze uznały prawdopodobieństwo wojny za na tyle niewielkie, że regularne przeglądy schronów, uzupełnianie zapasów czy organizowanie próbnych alarmów dla dzieci nie były priorytetem.

Przez cały okres mojej nauki pracował w szkole ten sam woźny, Ryszard M., typowy Warszawiak. Prawdopodobnie to on każdego ranka jako pierwszy otwierał budynek i niemal zawsze można go było spotkać gdzieś na terenie szkoły.

Pewnego ranka obserwowałem z okna mojego mieszkania, jak uczniowie i nauczyciele nie mogli dostać się do szkoły, ponieważ wszystkie wejścia były zamknięte. W krótkim czasie przed budynkiem zgromadził się kilkusetosobowy tłum. W końcu udało się otworzyć jedno z okien na parterze i odryglować główne drzwi. Później okazało się, że z powodu ciężkiej choroby żony — która wkrótce zmarła — woźny nie był w stanie przyjść do pracy na czas.

Oczywiście, jak przystało na prawdziwego szkolnego woźnego, odpowiadał również za dzwonek szkolny. Dzwonek był elektryczny, ale istniał także ręczny, na wypadek braku prądu.

Plakat z czasów PRL. Pewnie nasz woźny wziął go sobie mocno do serca! A swoją drogą trzeba by wypić 12 litrów piwa, aby zaspokoić dzienne potrzeby kaloryczne człowieka pracy. Ciekawe, czy niektórzy potrafili osiągnąć takie rekordy?

Z tym wiąże się pewna zabawna historia. Niekiedy pan Ryszard wysyłał mnie podczas przerw do pobliskiego sklepu, abym kupił mu... kilka butelek piwa! Miałem wówczas zaledwie 9–11 lat i nigdy nie odmówiono mi sprzedaży alkoholu.

Piwo było wtedy zasadniczo albo „jasne”, albo „ciemne”, rozlewane do niemal identycznych charakterystycznych butelek. Gdy w sklepie była kolejka, woźny czekał z dzwonkiem, przedłużając przerwę, i dopiero po moim powrocie oznajmiał uczniom koniec przerwy.

Jednak nie przypominam sobie, aby którykolwiek z moich kolegów regularnie pił piwo czy inny alkohol. Ja sam piwa nie lubiłem.

Pamiętam, jak podczas jednej z podróży pociągiem po wagonach chodził mężczyzna sprzedający piwo — zapewne całkowicie nielegalnie. Był potwornie upalny dzień. O czymś takim jak klimatyzacja nikt wtedy nawet nie marzył, a samo słowo było mi zupełnie obce. Wiele osób korzystało więc z jego usług.

Moja mama również kupiła butelkę i podała mi ją, ponieważ obojgu bardzo chciało się pić. Miałem wtedy około dwunastu lub trzynastu lat. Niektórzy pasażerowie patrzyli na to z dezaprobatą, uznając, że „wciąga mnie w alkoholizm”. Tymczasem ja z ogromnym trudem wypiłem ten trunek. Nie znosiłem gorzkiego smaku piwa, a dodatkowo było ono ciepłe. Była to więc doskonała metoda skutecznego zniechęcenia mnie do alkoholu.

Zresztą w naszym domu praktycznie się nie piło. Nie przypominam sobie nawet, aby stały u nas jakieś butelki z alkoholem. Jeżeli były, to zapewne od lat pokrywały się kurzem gdzieś w szafce.

Kartki na żywność, włącznie z alkoholem, przysługiwało pół litra wódki na miesiąc. Dla alkoholików była to znikoma (dzienna?) ilość, dlatego też alkohol posiadał dużą wartość.

Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy alkohol zaczął być reglamentowany na kartki. Każdy członek naszej rodziny kupował wtedy maksymalny przydział wódki. Butelki, niczym żołnierze na defiladzie, stały rzędem pod ścianą.

    — Oho, szykuje się jakaś wielka impreza! — żartowali koledzy.

Oczywiście alkohol nie był przeznaczony do konsumpcji. Wraz z papierosami stanowił doskonałą walutę wymienną, za którą można było zdobyć towary znacznie cenniejsze niż ich oficjalna cena.

A swoją drogą alkoholu spróbowałem już w wieku dwóch lub trzech lat. Tę historię rodzice opowiadali później wielokrotnie.

Byliśmy wtedy w Rewalu nad Bałtykiem. Z okazji moich urodzin zabrali mnie do nadmorskiej kawiarni na ciastko i herbatę. Gdy na chwilę zostawili mnie samego i po minucie wrócili, ujrzeli niesamowity widok: z wielkim zapałem dopijałem pozostawione przez gości resztki alkoholu z kieliszków stojących na stolikach!

Moja przerażona mama krzyknęła, że tak nie wolno i żebym natychmiast przestał. 

         — Ale to jest bardzo dobre! — odpowiedziałem spokojnie i kontynuowałem swoją libację.

Na szczęście nigdy więcej podobnych eksperymentów nie prowadziłem i alkohol nie stał się moim stałym kompanem. W późniejszych latach lubiłem jednak latem wypić dobre, zimne piwo, a przy ognisku delektować się kieliszkiem czerwonego, wytrawnego wina.

Co ciekawe, w drugiej połowie 2024 roku całkowicie zrezygnowałem z alkoholu. Decyzja ta, podjęta głównie ze względów zdrowotnych, okazała się zaskakująco łatwa — ba, przy moim stole znajduje się stojak na wino z 30-40 butelkami win i wódek, które cierpliwie czekają na gości. A nawet od ponad roku nie piję piwa bezalkoholowego, jedynie codziennie polską wódkę bezalkoholową 😁.

[Ponieważ wódka 40% składa się głównie z dwóch składników: 40% czystego alkoholu etylowego (etanolu) oraz 60% wody, to znaczy, że pijąc zwykłą lub mineralną wodę, de facto spożywam wódkę bezalkoholową. A najbardziej lubię Muszyniankę!]

────────────────────────

CZĘŚĆ DRUGA

────────────────────────

W następnym odcinku:

• Zajęcia Praktyczno-Techniczne i moje wybitne „uzdolnienia” techniczno-manualne
• Magazyny techniczne, Adam Słodowy i banknot stuzłotowy
• Brzęczyk i nieoczekiwana interwencja dyrektora szkoły
• Mój wkład w grupowy projekt techniczny w szkole średniej

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

środa, 26 sierpnia 2026

AHMED HEGAZI — EGIPSKI AKTOR Z "PUSTYNI I W PUSZCZY"

W roku szkolnym 1974/75 w naszej szkole podstawowej zapowiedziano wizytę aktora. Okazało się, że był nim egipski aktor Ahmed Hegazi (1935–2002).

Najbardziej znanym na arenie międzynarodowej filmem z jego udziałem jest Al-Mummia (pol. Mumia, ang. Night of Counting the Years), uznawany dziś za jedno z najważniejszych dzieł kina egipskiego. Wystąpił on również w polskich produkcjach — filmowej i telewizyjnej wersji W pustyni i w puszczy (w roli Gebhra) oraz w filmie poświęconym królowi Kazimierzowi Wielkiemu.


W latach 70. zagraniczni aktorzy — ba, a nawet polscy aktorzy — odwiedzający szkoły nie byli codziennym widokiem, dlatego jego przyjazd wzbudził spore zainteresowanie uczniów.

Był bardzo otwartym i sympatycznym człowiekiem, a co najciekawsze — mówił po polsku. Podobno nauczył się naszego języka podczas pracy na planie filmowym. Nie wiem, czy była to prawda, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, aby ktokolwiek był w stanie nauczyć się zupełnie odmiennego języka, na przykład arabskiego, jedynie podczas kręcenia filmu. W każdym razie jego polszczyzna zrobiła na mnie duże wrażenie.

Podczas spotkania opowiadał różne anegdoty związane z filmem W pustyni i w puszczy oraz swoją rolą. Następnie ogłosił, że będzie rozdawał autografy.

Spryciarz nie był jednak zbyt chętny do podpisywania przypadkowych kartek papieru. Zamiast tego przyniósł ze sobą własne fotografie, które od razu sprzedawał po 10 złotych za sztukę. Ot, arabska przedsiębiorczość w najlepszym wydaniu! 😄

Autograf Ahmed Hegazi, egipski aktor

Nie pamiętam już, jakim sposobem udało mi się to osiągnąć, ale ostatecznie podpisał również moją książeczkę, dzięki czemu wzbogaciłem swoją kolekcję o kolejny autograf.

───────────────────────

NASTĘPNY WPIS

────────────────────────

Jakiś czas temu zacząłem pisać wspomnienia poświęcone mojej szkole podstawowej. Początkowo sądziłem, że będzie to stosunkowo krótki tekst, skupiający się przede wszystkim na samej szkole, nauczycielach, kolegach i szkolnych wydarzeniach.

Szybko jednak okazało się, że pamięć ma swoje własne prawa… Jedno wspomnienie zaczęło prowadzić do następnego, a opowieść stopniowo zaczęła wykraczać daleko poza mury szkoły i czasy szkolne. W rezultacie tekst rozrósł się do takich rozmiarów, że musiałem podzielić go na cztery części. Dwie pierwsze części będą poświęcone tematom szkolnym, a pozostałe m.in. przedwojennej Komunistycznej Partii Polskiej oraz czasom okupacji niemieckiej.

Pierwsza część cyklu „SZKOŁA PODSTAWOWA NR 221 I OTOCZENIE — HISTORIA MAŁEGO FRAGMENTU WARSZAWY” została opublikowana 1 września 2026 roku — dokładnie w 57. rocznicę rozpoczęcia przeze mnie nauki w szkole podstawowej. Co ciekawe, nadal całkiem dobrze pamiętam ten dzień.

Jeżeli pamiętacie szkołę z tamtych czasów, Warszawę sprzed lat i codzienne życie w PRL-u, być może znajdziecie tu również coś, co Wam przypomni własne dzieciństwo i czasy szkolne.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 13 sierpnia 2026

Czterotomowa Encyklopedia PWN w PRL

Subskrypcja Encyklopedii PWN — Encyklopedie w Kanadzie i USA — Domokrążcy sprzedający Encyclopaedię Britannica — Moja codzienna lektura Encyklopedii PWN — Wpływ encyklopedii na poziom mojej wiedzy — Polskojęzyczna gazeta litewska „Czerwony Sztandar” — Zachodnie i komunistyczne stacje radiowe — Czterotomowa Encyklopedia Kanady — Wyjazd do Buffalo z Irenką P. — Budynek Guaranty Trust Building projektu Louisa Sullivana — Polacy w Buffalo — Bazylika Św. Wojciecha —  Zabójstwo prezydenta Williama McKinleya przez Leona Czolgosza — Restauracja rybna — Zbieranie makulatury w PRL oraz dzieła Marksa, Engelsa, Lenina i innych wieszczów komunizmu.


Już od najmłodszych lat uwielbiałem czytać. Jeszcze przed pójściem do szkoły opanowałem tę sztukę, choć początkowo robiłem to bardzo wolno. Do dziś pamiętam pierwsze „prawdziwe” książki, które przeczytałem samodzielnie w wieku 6-7 lat — „Witię Maliejewa w szkole i w domu” Mikołaja Nosowa, „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna, „Jacka, Wacka i Pankracka" Miry Jaworczakowej oraz „O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej.

Na początku lat siedemdziesiątych moi rodzice zasubskrybowali czterotomową „Wielką Powszechną Encyklopedię PWN” i stopniowo otrzymaliśmy wszystkie tomy. Jestem im za to ogromnie wdzięczny, bo trudno było w tamtych czasach o bardziej trafiony zakup. Encyklopedia nie tylko znacząco poszerzyła moją wiedzę, ale również otworzyła przede mną nowe horyzonty myślowe. Zawsze twierdzę, że nie ma lepszej inwestycji niż edukacja — i w tym przypadku był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku
Czterotomowa Encyklopedia PWN

W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych antykwariaty, sklepy z używanymi rzeczami, a nawet domowe biblioteczki pełne są rozmaitych wydań encyklopedii. Niektóre z nich liczą po kilkadziesiąt tomów. Dzisiaj widuje się je już coraz rzadziej, między innymi dlatego, że wiele placówek przestało przyjmować takie „cegły”, a same encyklopedie praktycznie zniknęły z rynku wydawniczego w formie drukowanej.

Zestaw roczników "Book of the Year" wydanych przez Britannica 1962-1981 w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Najciekawsze jest jednak to, że ogromna większość tych wielotomowych dzieł wygląda jak nowa nawet po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu latach. Najwyraźniej były bardzo rzadko otwierane, jeśli w ogóle.

Zestaw wolumenów wydanych przez Britannica "Gateway to the Great Books" w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Pamiętam pewien dom w okolicach Toronto, należący do starszego małżeństwa z dwójką dorosłych dzieci. Garaż został tam zamieniony w coś w rodzaju magazynu. Na półkach stały dziesiątki solidnie oprawionych tomów. Sięgnąłem po jeden z nich — był pokryty grubą warstwą kurzu. Po otwarciu okazało się, że była to encyklopedia z lat pięćdziesiątych XX wieku, zachowana w idealnym stanie. Byłem niemal pewien, że nikt nigdy wcześniej jej nie otworzył.

Przypomniały mi się wtedy dzieła Marksa, Engelsa i Lenina, które przez dziesięciolecia zdobiły półki niejednego towarzysza. Czytałem kiedyś, że do ich kupowania często zachęcano, a czasem wręcz zmuszano członków PZPR. Trzeba jednak przyznać, że publikacje te były zwykle mocno subsydiowane, więc ich zakup nie stanowił większego obciążenia dla domowego budżetu. Poza tym całkiem efektownie prezentowały się na półkach, które u niektórych partyjnych działaczy mogłyby w przeciwnym razie świecić pustkami, bo intelektem nie grzeszyli. *) ⬇

Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych po Toronto chodzili domokrążcy oferujący pełne komplety słynnej „Encyclopaedii Britannica”. Jeden z moich klientów, który rzadko czytał cokolwiek poza gazetą polonijną, a jego znajomość języka angielskiego pozostawiała wiele do życzenia, dał się namówić (a raczej "naciągnąć") na taki zakup.

Zapłacił przynajmniej dwa tysiące dolarów kanadyjskich za ponad trzydzieści tomów. Często podkreślał, że jest to „świetna inwestycja na przyszłość” — przy czym miał na myśli inwestycję finansową, swoistą lokatę kapitału. O ludzka naiwności! Z dumą dodawał również, że otrzymał „za darmo” elegancką półkę do przechowywania całego kompletu. Nie miałem serca wyprowadzać go z błędu. Obawiam się też, iż niezmiernie rzadko były te wolumeny otwierane.

W realiach PRL encyklopedia była jednak czymś znacznie bardziej wyjątkowym. W naszym mieszkaniu znalazła niezwykle gorliwego czytelnika — mnie. Stała się wręcz moją codzienną lekturą, podobnie jak dziś Wikipedia należy do najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron internetowych.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku hasło Realizm
Jedna ze stron Encyklopedii, prezentująca sześć malowideł Realizmu. Wielokrotnie napotykałem niektóre z nich —  szczególnie to pierwsze, "Kobiety zbierające kłosy" (lub "Zbierające kłosy"). W języku angielskim tytuł jest o wiele krótszy —  "The Gleaners", jako że istnieje czasownik "to glean", sam w sobie oznaczający "zbierać zboże lub inne produkty pozostawione przez żniwiarzy". Zresztą w języku francuskim tytuł też jest podobny, "Des glaneuses". A patrząc na "Burłacy" I. Riepina, przypomina mi się moje burłaczenie małej żaglówki wzdłuż kanału do Węgorzewa. Nota bene, o wiele bardziej znany jest podobny obraz Riepina, "Burłacy na Wołdze", absolutnie genialny. Uwielbiam też jego inny obraz, "Procesja w guberni kurskiej", istne dzieło sztuki.

Godzinami wertowałem jej strony, oglądając kolorowe i czarno-białe wkładki przedstawiające obrazy, rzeźby, fotografie, mapy i zabytki. Co ciekawe, nawet obecnie zdarza mi się rozpoznać jakieś dzieło sztuki tylko dlatego, że widziałem je kiedyś właśnie w tej encyklopedii.

Przez pewien czas nosiłem się nawet z zamiarem przeczytania jej od A do Z. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że wiele haseł nie mieści się w kręgu moich zainteresowań. Znacznie bardziej odpowiadało mi przeglądanie jej strona po stronie i wybieranie tego, co akurat przyciągało moją uwagę.

Po kilku latach takiej lektury DOSŁOWNIE nie było w niej strony, której nie rozpoznawałbym wizualnie. A przecież całość liczyła około 3300 stron.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku strona numer 424
Jedna ze stron Encyklopedii, z hasłami od "Chabówka" do "Chakani Afzaluddin". Również na tej stronie znajduje się reprodukcja słynnego obrazu Marca Chagalla "Ja i wieś". Uwielbiam go! Będąc w Nowym Jorku, w Museum of Modern Art, kupiłem cały zestaw kartek pocztowych z malowidłami Chagalla.

Oczywiście hasła dotyczące polityki i historii często zawierały przekłamania, półprawdy lub zwyczajną propagandę. Mimo to nawet zachodnie środowiska polonijne, a bodajże także Radio Wolna Europa, były pozytywnie zaskoczone wysokim poziomem merytorycznym całego wydawnictwa.

Znalazłem również kilka drobnych błędów, choć dziś nie pamiętam już ich treści. Nie było natomiast hasła „Katyń”. Jak wspominałem w innym wpisie, redaktorzy nie chcieli firmować kłamliwych informacji o tej zbrodni, a jednocześnie nie mogli napisać prawdy. Ostatecznie zdecydowano więc, że hasła w ogóle nie będzie. Sam ten fakt wiele mówił uważnemu czytelnikowi.

Według Encyklopedii, Stanisław Haller zmarł w 1940 roku —  to znaczy, był zamordowany przez Sowietów, a NIE przez Niemców

Udało mi się także odnaleźć maleńkie „ziarno prawdy”. W haśle poświęconym generałowi Stanisławowi Hallerowi, jednej z ofiar zbrodni katyńskiej, podano jedynie, że „zmarł w 1940 roku”. Była to niewielka informacja, ale pośrednio wskazywała rzeczywistych sprawców tej masakry. Na ten temat napisałem nawet krótką notatkę do jednej z polonijnych gazet w Toronto pod tytułem „Ziarno prawdy w PRL-owskiej encyklopedii”.

Być może dzięki mojej codziennej lekturze Encyklopedii zacząłem dość wcześnie czytać czasopisma i gazety, szczególnie „Życie Warszawy”. Wycinałem też z nich ciekawsze artykuły i wklejałem do specjalnego zeszytu dużego formatu. Niestety, przepadł on po moim wyjeździe z Polski.

Często kupowałem również gazetę „Czerwony Sztandar” — polskojęzyczny dziennik ukazujący się na Litwie i dostępny w polskich kioskach. Pomijając fakt, że gazeta dosłownie śmierdziała farbą drukarską i już po kilku minutach czytania brudziła ręce, sprawiała wręcz tragiczne wrażenie w porównaniu z gazetami i czasopismami wydawanymi w PRL.

Nierzadko cała pierwsza strona (a może i następne) była poświęcona danym statystycznym dotyczącym wykonania lub przekroczenia kwartalnych i rocznych planów gospodarczych albo ogromnym komunikatom i obwieszczeniom władz partyjnych, pewnie żywcem przedrukowywanym z moskiewskiej "Prawdy". Wiadomości ze świata zajmowały niewiele miejsca, a jeśli już się pojawiały, przedstawiały Zachód w wyjątkowo negatywnym świetle.
Pamiętam, że gdy zmarł Kardynał Stefan Wyszyński w 1981 roku, w gazecie pojawiła się może jednozdaniowa wzmianka - i niewykluczone, że niektórzy cenzorzy mogli się nawet temu sprzeciwiać.

Gdy kilka razy przyniosłem tę gazetę do szkoły i pokazałem ją kolegom, byli autentycznie zaszokowani jej poziomem i publikowanymi treściami. Nic więc dziwnego, że dla mieszkających na Litwie Polaków gazety i czasopisma wydawane w Polsce były niezwykle interesującą lekturą i wręcz otwierały im okno na inny świat.

Już w Kanadzie spotkałem Litwinkę, która mieszkając na Litwie w czasach sowieckich samodzielnie nauczyła się języka polskiego po to, aby słuchać polskiego radia i oglądać polską telewizję. Opanowała również czytanie po polsku, dzięki czemu uzyskała dostęp do wielu polskich książek niedostępnych po rosyjsku, a czasami wręcz zakazanych w ZSRS. Po emigracji do Kanady wyszła za mąż za Polaka. Jej znajomość języka polskiego była naprawdę imponująca i budziła mój szczery podziw.

W liceum bardzo poważnie rozważałem studiowanie nauk politycznych. W okresie „Solidarności” (1980–1981) czytałem ogromne ilości gazet, a także — rzecz jasna — słuchałem wielu zachodnich rozgłośni nadających po polsku. Oprócz słynnego Radia Wolna Europa były to również BBC, Głos Ameryki, Deutsche Welle i kilka innych stacji.

Słuchałem także Interradia Praga, nadawanego po polsku z Czechosłowacji. Była to wyjątkowo perfidna i skrajnie antysolidarnościowa rozgłośnia prowadzona przez zatwardziałych komunistów, którzy pod niebiosa wychwalali system komunistyczny.

Od czasu do czasu warto było również posłuchać Radia Pekin, choć na ogół było ono raczej nudne. Rzadko natomiast słuchałem Radia Moskwa, ponieważ kilka wysłuchanych przeze mnie audycji okazało się tak bezbarwnych, zakłamanych i jednostronnych, że szybko zrezygnowałem z regularnego odbioru tej stacji.

Najlepszą rozrywką było jednak słuchanie Radia Tirana, którego nawet władze PRL nie zagłuszały. Był to swoisty kabaret polityczny, z którego można było się szczerze pośmiać. Pamiętam dłuższą audycję krytykującą Związek Sowiecki za to, że prywatne osoby mogły posiadać niewielkie „działki przydomowe”, co — zdaniem albańskich propagandystów — było sprzeczne z duchem "prawdziwego" komunizmu.

Co ciekawe, obywatele ZSRS rzeczywiście otrzymywali takie działki, zazwyczaj o powierzchni od 0,15 do 0,5 hektara. Mimo że stanowiły one zaledwie około 3% całkowitej powierzchni gruntów rolnych kraju, dostarczały od 25 do 30% całej produkcji rolnej Związku Sowieckiego.

Radio Tirana nadawało również prześmieszne — i zarazem potwornie nudne — utwory poetyckie wychwalające pod niebiosa przywódcę Albanii Envera Hodżę oraz jego nieomylną mądrość.

W każdym razie w 1981 roku byłem niezwykle zainteresowany sytuacją polityczną w Polsce i na świecie. Posunąłem się nawet do tego, że wymyśliłem temat przyszłej pracy magisterskiej — a może nawet doktorskiej — poświęconej wydarzeniom tamtego okresu. Chociaż na studiach ukończyłem dwa kursy z zakresu nauk politycznych, z których jeden częściowo dotyczył Związku Sowieckiego, moje dalsze wykształcenie i kariera zawodowa potoczyły się w zupełnie innym kierunku. I dobrze, bo znalezienie pracy po takim kierunku byłoby niezmiernie trudne. 

Tak czy inaczej, Encyklopedia PWN umożliwiła mi poznanie ogromnej liczby faktów i zagadnień, które pamiętam do dziś. Po przyjeździe do Kanady kupiłem jednotomową encyklopedię anglojęzyczną, a także zdobyłem kilka starszych wydań amerykańskich publikacji tego typu. A poza tym często zaglądałem do różnych encyklopedii w czytelni uniwersyteckiej, jak też książek typu "Who is who", które nawet pomogły mi w znalezieniu pracy i raz zrobiły całkiem duże wrażenie na prezydencie kanadyjskiej filii bardzo znanej firmy amerykańskiej, będącej jednym z największych na świecie producentów i sprzedawców napojów bezalkoholowych oraz produktów spożywczych. Od tego momentu świetnie mnie pamiętał, co nawet wzbudzało zdziwienie co poniektórych pracowników.

W latach osiemdziesiątych ukazała się znakomita, bogato ilustrowana, czterotomowa Encyklopedia Kanady. Kupiłem ją za 150 dolarów i przez wiele lat bardzo często z niej korzystałem. Dopiero w ubiegłym roku (2025) oddałem ją do antykwariatu. Przegrała nierówną walkę z Internetem.

Trudno mi jednak rozstać się z moją czterotomową Encyklopedią PWN, która kilkanaście lat temu przywędrowała za mną do Kanady. Nadal stoi na półce i przywołuje niezliczone wspomnienia z dzieciństwa oraz młodości spędzonej w Polsce. I już przydała mi się w tworzeniu kilku wpisów tego bloga!

Dziś komplet wszystkich czterech tomów można kupić za około 20 złotych. Paradoksalnie jest więc tańszy niż niejeden współczesny magazyn. A przecież dla mnie jego wartość pozostaje praktycznie bezcenna.

*****

I jeszcze jedna historyjka, częściowo związana z Encyklopedią PWN.

W 1992 roku poznałem w Kanadzie Irenkę P., z wykształcenia architektkę, która przez kilka dni pracowała nawet w moim biurze. Podczas jednej z rozmów wspomniałem, że w pobliskim Buffalo, w stanie Nowy Jork, znajduje się słynny Guaranty Trust Building (dawniej Prudential Building), ukończony w 1896 roku i uważany za jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. Budynek został zaprojektowany przez znanych architektów Dankmara Adlera i Louisa Sullivana. Przy okazji dodałem, że Sullivan był jednym z czołowych przedstawicieli tzw. Szkoły Chicagowskiej oraz współtwórcą nowoczesnego biurowca.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku Buffaly, NY Guaranty Trust Building, Sullivan
Hasło w Encyklopedii o L. H. Sullivanie i zdjęcie budynku Guaranty Trust Building w Buffalo, New York

Muszę przyznać, że zrobiłem na Irence niemałe wrażenie tą dość specjalistyczną wiedzą, którą mało kto posiadał. Nie zdradziłem jednak od razu, że niemal wszystkie te informacje pochodziły z mojej ukochanej Encyklopedii PWN, w której znajdowało się nawet zdjęcie tego budynku.

Buffalo, New York Guaranty Building, Sullivan

Irenka znała twórczość Sullivana ze studiów architektonicznych i wyraziła zainteresowanie obejrzeniem budynku na własne oczy. Wkrótce więc (w 1993 r.) wybraliśmy się do Buffalo moim pierwszym samochodem, Hondą Accord Hatchback z 1983 roku, kupioną cztery lata wcześniej za 7.000 dolarów (o 2.000 dolarów mniej, niż początkowo zażyczył sobie dealer). I chyba była to już ostatnia taka dłuższa przejażdżka tym samochodem, bo za niecały miesiąc kupiłem nową Toyotę Corollę 1993. Sprzedałem ją dopiero po ponad 30 latach, w 2023 roku!

Buffalo, New York, Guaranty Building, Sullivan

Po zaparkowaniu samochodu w centrum miasta bez trudu odnaleźliśmy charakterystyczny gmach. Już z daleka wyróżniał się spośród okolicznej zabudowy.

Samo Buffalo zrobiło jednak na nas przygnębiające wrażenie. Wiele sklepów miało zabite deskami okna i drzwi, ulice były niemal puste, a miasto sprawiało wrażenie pogrążonego w długotrwałym kryzysie. Pamiętam nawet policyjny pościg zakończony aresztowaniem jednego z czarnoskórych mieszkańców. Trudno nam było znaleźć przyzwoitą kawiarnię, gdzie moglibyśmy usiąść przy kawie i ciastku. Czasy świetności i prosperity Buffalo najwyraźniej dawno minęły, a o dawnej zamożności przypominały już głównie imponujące budynki z przełomu XIX i XX wieku.

Buffalo, New York, City Hall, 1993
Ratusz w Buffalo to 32-piętrowy wieżowiec w stylu art déco. Ukończony w 1931 roku i wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych w 1999 roku, ma 398 stóp (121 m) wysokości i pełni funkcję oficjalnej siedziby lokalnego samorządu. Gdy po raz pierwszy oglądałem film "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku, od razu pomyślałem o tym budynku-przypominał bardzo filmową Nową Wieżę Babel

Nowa Wieża Babel z filmu "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku
Źródło: Domena publiczna

Natknąłem się również na tablicę poświęconą Stanleyowi Makowskiemu, byłemu burmistrzowi Buffalo polskiego pochodzenia. Później kupiłem lokalną gazetę i zajrzałem do działu ogłoszeń towarzyskich. Zaskoczyła mnie liczba polskich nazwisk pojawiających się w informacjach o ślubach, jubileuszach czy nekrologach.

Okazało się, że Buffalo rzeczywiście przez wiele dziesięcioleci było jednym z ważniejszych skupisk Polonii w Stanach Zjednoczonych. Nadal funkcjonowały tam polskie parafie i organizacje, choć większość osób polskiego pochodzenia przeniosła się już do okolicznych przedmieść i mniejszych miejscowości otaczających miasto.

Chociaż nigdy nie miałem okazji jej odwiedzić, w Buffalo znajduje się niezmiernie ciekawa Bazylika św. Wojciecha (St. Adalbert's Basilica). Była wybudowana w 1890 roku  przez polskich emigrantów i w 1907 roku otrzymała z Watykanu desygnację "Bazylika"-pierwsza w USA!

Saint Adalbert's Basilica, Buffalo, New York
Bazylika Św. Wojciecha (Saint Adalbert's Basilica), 212 Stanislaus Street, Buffalo, New York
Źródło: Wikimedia Commons, Domena Publiczna

O tym kościele dowiedziałem się dopiero na początku XXI wieku od jednego z moich wieloletnich klientów, którego brat był w niej proboszczem. Niestety, bazylika została permanentnie zamknięta. Mimo licznych protestów i odwołań parafian decyzja o jej zamknięciu została utrzymana. Ostatnia regularna niedzielna msza święta została odprawiona 18 września 2011 roku, kończąc całoroczne obchody 125-lecia istnienia parafii.

Na szczęście bazylika nie została całkowicie opuszczona. Do dziś odbywają się w niej cztery doroczne msze okolicznościowe, a ponadto organizowane są śluby, pogrzeby, chrzty, wycieczki oraz inne wydarzenia.

Jest to niezwykle smutne, ponieważ okolica tej świątyni przez dziesięciolecia stanowiła serce jednej z największych społeczności polsko-amerykańskich w Buffalo. Do dziś znajdują się tam ulice o nazwach Sobieski Street, Paderewski Drive i Kosciuszko Street, przypominające o polskich korzeniach tej dzielnicy.

Obecnie okolica bardzo się zmieniła. Dawną społeczność polsko-amerykańską zastąpiła zróżnicowana etnicznie ludność, składająca się głównie z Afroamerykanów (tzn. murzynów) oraz rosnących społeczności wietnamskiej i bangladeskiej. Niestety, mieszkańcy Buffalo często odradzają spacery po tej okolicy po zmroku.

Kto wie, może kiedyś się na taką mszę udam, albo przynajmniej na zwiedzenie tej świątyni-znajduje się ona 150 km ode mnie, ok. 2 godziny jazdy i dojazd jest raczej prosty.

Warto również wspomnieć, że to właśnie w Buffalo w 1901 roku został postrzelony prezydent Stanów Zjednoczonych William McKinley. Zamachu dokonał Leon Czolgosz, amerykański anarchista polskiego pochodzenia. McKinley zmarł osiem dni później wskutek odniesionych obrażeń, natomiast Czolgosz został skazany na karę śmierci i jeszcze w tym samym roku stracony.

Buffalo, New York, Millard Fillmore, Historical Plaque

Również na jednym z budynków widniała pamiątkowa tablica dotycząca innego prezydenta Stanów Zjednoczonych:

W tym miejscu w swoim domu
Millard Fillmore
Trzynasty prezydent Stanów Zjednoczonych
Mieszkał tu od 1858 roku aż do śmierci 8 marca 1874 roku
Ta tablica została wzniesiona w 1924 roku przez
Towarzystwo Historyczne Miasta Buffalo
Którego był założycielem
I pierwszym prezydentem w latach 1862-67

Jeszcze przed wyjazdem obiecałem Irence, że zaproszę ją do dobrej restauracji rybnej. Przygotowałem nawet listę takich lokali w Buffalo, ale ku mojemu zdziwieniu większość z nich już nie istniała.

W końcu niezwykle sympatyczny starszy czarnoskóry mężczyzna poradził nam, abyśmy pojechali do pobliskiej Cheektowagi. Polecił konkretną restaurację specjalizującą się w owocach morza, podał dokładny adres i szczegółowo wyjaśnił, jak tam trafić.

Ja prowadziłem samochód, a Irenka została moim pilotem. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej ani później nikt nie prowadził mnie po nieznanym mieście tak sprawnie jak ona. Jej umiejętność czytania map była wręcz imponująca. Być może miało to związek z architektonicznym wykształceniem i wyjątkową orientacją przestrzenną.

Do restauracji dotarliśmy rekordowo szybko i rzeczywiście okazała się znakomita. W nagrodę za nasze poszukiwania mogliśmy delektować się wyśmienitymi daniami rybnymi i owocami morza.

Przez następny rok lub dwa utrzymywaliśmy jeszcze kontakt telefoniczny. Potem jednak stopniowo się urwał i, o ile wiem, Irenka wróciła do Polski.

Kilka lat temu próbowałem odnaleźć ją w Internecie. Z informacji, na które natrafiłem, wynikało niestety, że najprawdopodobniej od 2004 roku nie ma jej już wśród nas... 😢😢😢

___________________________________

Przypisy

⬆ *) W czasach PRL uczniowie byli zobowiązani do uczestnictwa w corocznych zbiórkach makulatury. Każdy musiał dostarczyć kilka kilogramów starych gazet, czasopism lub książek, a za większe ilości można było otrzymać symboliczne nagrody.

W związku z tym chodziliśmy po naszym bloku od drzwi do drzwi, pytając mieszkańców, czy nie mają starych gazet albo magazynów przeznaczonych na wyrzucenie. Często w ten sposób jednego wieczora udawało się zdobyć po kilka, a nawet kilkanaście kilogramów papieru.

Problem pojawiał się wtedy, gdy lokatorzy pytali przez drzwi:

        — Kto tam?

Trudno było za każdym razem wygłaszać dłuższe wyjaśnienia, więc wymyśliłem tajemniczo brzmiący skrót:

        — ZZM!

Nikt nigdy nie zapytał, co on właściwie oznacza. Być może dlatego, że brzmiał dostatecznie urzędowo i oficjalnie — trochę jak ZMP, ZHP, ZMS czy inne socjalistyczno-komunistyczne organizacje tamtej epoki. Drzwi się otwierały, a my mogliśmy wyjaśnić cel wizyty i często wracaliśmy z pokaźnym plonem gazet. Czy któryś z czytelników domyśli się, co oznacza ten tajemniczy skrót?

Nasze zaangażowanie przyniosło efekty. Pod koniec roku zostaliśmy wyróżnieni za zebranie rekordowej ilości makulatury. O ile pamiętam, było to bodaj jedyne szkolne wyróżnienie, jakie otrzymałem zarówno w podstawówce, jak i później w szkole średniej. I na studiach również 😁.

Nagrody jednak jakoś nie było... ☹

Kiedyś czytałem wspomnienia pewnego autora, który również opisywał szkolne zbiórki makulatury. Twierdził, że w jego szkole niewywiązanie się z normy mogło prowadzić do całkiem poważnych konsekwencji, a nawet problemów z otrzymaniem świadectwa. Każdy więc starał się zdobyć wymaganą ilość papieru, co nie zawsze było łatwe.

W końcu ktoś wpadł na pomysł wręcz genialny w swojej prostocie.

W księgarniach można było kupić za symboliczne kwoty dzieła Marksa, Engelsa, Lenina oraz innych klasyków marksizmu-leninizmu. Niektórzy uczniowie uznali więc, że zamiast mozolnie zbierać stare gazety, taniej i szybciej będzie kupić kilka tomów ideologicznych publikacji i natychmiast oddać je do punktu zbiórki makulatury (gdzie było ich właściwe miejsce!)

Nie wiem, czy dyrekcja szkoły kiedykolwiek zorientowała się w tym procederze. Jeśli tak, to trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiła ją, czy zirytowała pomysłowość uczniów.

Jedno jest pewne — ich inwencja zasługuje na uznanie.

*****

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 6 sierpnia 2026

Gustaw Holoubek — jedna z największych postaci polskiej kultury XX wieku

W 1975 roku byłem w Teatrze Dramatycznym w Warszawie na „Zemście” Aleksandra Fredry w reżyserii Gustawa Holoubka (1923–2008), który jednocześnie wcielał się w rolę Rejenta Milczka. Po spektaklu udało mi się zdobyć jego autograf — jeden z cenniejszych w mojej kolekcji.

Gustaw Holoubek

W przedstawieniu występowała również jego żona, Magdalena Zawadzka, w roli Klary. Jeśli dobrze pamiętam, widziałem ich wychodzących razem po spektaklu — i do dziś żałuję, że nie poprosiłem wtedy także o jej podpis.

Holoubka miałem okazję zobaczyć ponownie wiele lat później, już w Toronto, w latach 80., dokąd przyjechał wraz z Magdaleną Zawadzką. Podczas jednego ze spotkań deklamował m.in. „Wielką Improwizację” z „Dziadów” Adama Mickiewicza — jeden z najbardziej wymagających i symbolicznych monologów w polskiej literaturze romantycznej. Jego interpretacja zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Następnego dnia odbyło się kameralne spotkanie z nim i towarzyszącymi mu osobami w rezydencji mojego ówczesnego pracodawcy. Niestety, nie brałem w nim udziału — czego do dziś trochę żałuję.

Choć Holoubek był przede wszystkim aktorem teatralnym i to na scenie osiągnął swoje największe sukcesy, zapamiętałem go również z ról filmowych. Szczególnie utkwił mi w pamięci w dwóch komediach: „Gangsterzy i filantropi”, gdzie zagrał szefa gangu, oraz „Jutro premiera”, w którym wystąpił w roli głównej. Już wtedy zwróciłem uwagę na jego niezwykły talent — potrafił nadać swoim postaciom głębię, inteligencję i charakterystyczny, niepowtarzalny styl.

Dziś, z perspektywy czasu, jeszcze wyraźniej widać, jak wybitną był postacią — aktorem, reżyserem i intelektualistą, który na trwałe zapisał się w historii polskiego teatru i filmu.

A przy okazji przytoczę pewną anegdotę o sztuce „Zemsta”. W scenie, gdy Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list, aktor grający Cześnika spostrzegł, że pióro upadło na podłogę, czego aktor w roli Dyndalskiego nie zauważył—i gdy Cześnik każe mu pisać, ten, nie mogąc znaleźć pióra, po prostu mu mówi, „ale pióra nie ma”.

        — Tu jest pióro, stara ciuro — mówi Cześnik, wskazując na leżące na podłodze pióro.

Źródło: Wikimedia Commons

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

niedziela, 2 sierpnia 2026

BACÓWKA PTTK NA LUBANIU W GORCACH

Schronisko na Lubaniu (49°29'17.0"N 20°20'28.1"E / 49.488056, 20.341139) — a właściwie bacówkę PTTK — zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że była wówczas nowo wybudowana, bardzo przytulna, a jej obsługa niezwykle życzliwa i gościnna. Otrzymaliśmy też bardzo kameralny, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze, co w schroniskach górskich nie zdarzało się aż tak często.

Bacówka na Lubaniu

Bacówka nie była duża i dysponowała stosunkowo niewielką liczbą miejsc noclegowych. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy szczególnych luksusów. Niejednokrotnie nocowaliśmy w wieloosobowych pokojach wyposażonych w łóżka piętrowe, dzieląc je z innymi turystami. Był to zresztą nieodłączny element atmosfery dawnych schronisk górskich — wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i wymiana górskich doświadczeń często pozostawały w pamięci na całe życie.

Chociaż osobiście nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, aby w schronisku zabrakło wszystkich miejsc noclegowych, z licznych opowieści wiem, że schroniska PTTK praktycznie nigdy nie odmawiały turystom noclegu. Nawet jeśli wszystkie łóżka były zajęte, zawsze starano się znaleźć jakieś rozwiązanie — czasem oznaczało to nocleg na podłodze, na materacu lub nawet na ławie w jadalni.

Bacówka na Lubaniu, 1974 rok
Źródło: Wikimedia Commons. Autor: https://en.wikipedia.org/wiki/pl:user:Wp

Do dziś wspominam, że w tej niewielkiej i skromnej bacówce mogliśmy cieszyć się wyjątkowym komfortem i prywatnością.

Niedługo później dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że na początku 1978 roku cały obiekt został doszczętnie zniszczony przez pożar. Bacówka funkcjonowała zaledwie dwa lata.

Obecna bacówka PTTK na Lubaniu została odbudowana i nadal służy turystom odwiedzającym malownicze pasmo Gorców.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/