Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki górskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki górskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2026

BACÓWKA PTTK NA LUBANIU W GORCACH

Schronisko na Lubaniu (49°29'17.0"N 20°20'28.1"E / 49.488056, 20.341139) — a właściwie bacówkę PTTK — zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że była wówczas nowo wybudowana, bardzo przytulna, a jej obsługa niezwykle życzliwa i gościnna. Otrzymaliśmy też bardzo kameralny, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze, co w schroniskach górskich nie zdarzało się aż tak często.

Bacówka na Lubaniu

Bacówka nie była duża i dysponowała stosunkowo niewielką liczbą miejsc noclegowych. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy szczególnych luksusów. Niejednokrotnie nocowaliśmy w wieloosobowych pokojach wyposażonych w łóżka piętrowe, dzieląc je z innymi turystami. Był to zresztą nieodłączny element atmosfery dawnych schronisk górskich — wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i wymiana górskich doświadczeń często pozostawały w pamięci na całe życie.

Chociaż osobiście nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, aby w schronisku zabrakło wszystkich miejsc noclegowych, z licznych opowieści wiem, że schroniska PTTK praktycznie nigdy nie odmawiały turystom noclegu. Nawet jeśli wszystkie łóżka były zajęte, zawsze starano się znaleźć jakieś rozwiązanie — czasem oznaczało to nocleg na podłodze, na materacu lub nawet na ławie w jadalni.

Bacówka na Lubaniu, 1974 rok
Źródło: Wikimedia Commons. Autor: https://en.wikipedia.org/wiki/pl:user:Wp

Do dziś wspominam, że w tej niewielkiej i skromnej bacówce mogliśmy cieszyć się wyjątkowym komfortem i prywatnością.

Niedługo później dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że na początku 1978 roku cały obiekt został doszczętnie zniszczony przez pożar. Bacówka funkcjonowała zaledwie dwa lata.

Obecna bacówka PTTK na Lubaniu została odbudowana i nadal służy turystom odwiedzającym malownicze pasmo Gorców.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


czwartek, 2 lipca 2026

TURBACZ W GORCACH I KATASTROFA MAŁEGO SAMOLOTU W 1973 ROKU

Turbacz (49°32'34.4"N 20°06'40.9"E / 49.542874, 20.111352) odwiedziłem trzy razy i, o ile dobrze pamiętam, za każdym razem wchodziłem oraz schodziłem inną trasą. Na szczycie Turbacza (1310 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gorców, znajdowało się spore schronisko, które dla wielu turystów stanowiło naturalny punkt odpoczynku i schronienia przed kapryśną górską pogodą.

Podczas wędrówek często zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie piliśmy zimną żętycę i kupowaliśmy oscypki. Były to obowiązkowe elementy każdej górskiej wyprawy, podobnie jak rozmowy z miejscowymi góralami.

Pewnego razu mieszkający tam góral zaczął nas wypytywać, skąd jesteśmy.

    — Z Warszawy — odpowiedzieliśmy.
    — Parę dni temu była tutaj taka starsza pani, też z Warszawy — może ją znacie?

Nie pierwszy raz spotykaliśmy się z podobnym pytaniem. Niektórzy ludzie przez całe życie nie opuszczali swoich wsi czy małych miasteczek, gdzie niemal każdy znał każdego po imieniu, a jeśli nawet nie znał, wystarczyło zapytać sąsiada czy znajomego. Trudno im było wyobrazić sobie rzeczywistość wielkiego miasta, w którym setki tysięcy ludzi pozostają dla siebie anonimowe.

Z Turbaczem wiąże się także dramatyczna historia, którą opowiadała mi moja ciocia — zapalona piechurka górska, równie zawzięcie przemierzająca beskidzkie szlaki jak my. Była na Turbaczu 25 maja 1973 roku. Pogoda tego dnia była wyjątkowo nieprzyjemna — mgła ograniczała widoczność i wielu turystów postanowiło przeczekać ją w schronisku.

Ciocia akurat jadła posiłek w schroniskowej jadłodajni, gdy nagle otworzyły się drzwi i wbiegła góralka, krzycząc, że rozbił się samolot! Jak się okazało, przechodząc niedaleko miejsca katastrofy usłyszała wołanie o pomoc rannego pilota.

Rozbił się dwusilnikowy samolot sanitarny Let L-200 Morava, transportujący chore dziecko wraz z matką do szpitala.

Natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Na Turbaczu próbował wylądować helikopter, lecz z powodu gęstej mgły nie zdołał tego uczynić. Poszkodowanych przewożono z miejsca katastrofy — o ile pamiętam — wozami konnymi do pobliskiej miejscowości.

Niestety, kobieta nie przeżyła katastrofy. Pilot doznał bardzo ciężkich obrażeń (czytałem, że miał złamany kręgosłup), natomiast dziecko wyszło z tego tragicznego wypadku bez większych obrażeń.

Przy symbolicznym pomniku w miejscu katastrofy na Turbaczu

Kilka lat później, schodząc z Turbacza jedną z tras, zatrzymałem się przy symbolicznym pomniku ustawionym w miejscu katastrofy. Wykonano go ze szczątków rozbitego samolotu. Do dziś pamiętam ten moment — stojąc pośród spokojnego lasu trudno było uwierzyć, że właśnie tam rozegrał się kiedyś tak dramatyczny epizod.

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


czwartek, 25 czerwca 2026

ROK 1976: PRZEHYBA, GIŻYCKO, PODWYŻKI, PROTESTY I KARTKI NA CUKIER

Zapowiedź podwyżek cen w 1976 roku — Schronisko na Przehybie i odwołanie podwyżek przez premiera Jaroszewicza — Toksyczne słowa Edwarda Gierka i brutalne represje protestujących robotników  Jacht „Orion” w Giżycku — Spotkanie z mistrzem szpady i olimpijczykiem — Melchior Wańkowicz i Na tropach Smętka —  Prezent dla nieugiętego windsurfingowca — Wprowadzenie kartek na cukier — Żeglowanie po jeziorach Kisajno, Dargin, Mamry i Sztynorckim — Wizyta we wsi Sztynort — Pękające rowery składane firmy „Romet” — PRL-owskie kapoki — Burłaczenie jachtu kanałem do Węgorzewa — Szokujący artykuł w Wiadomościach Wędkarskich


W czerwcu 1976 roku wędrowaliśmy po Beskidzie Sądeckim. Był to dokładnie 25 czerwca 1976 roku. Szliśmy ze Szczawnicy na Przehybę (49°27'58.2"N 20°33'21.2"E / 49.466167, 20.555889). Tego dnia kupiliśmy gazetę, w której opublikowano treść przemówienia wygłoszonego dzień wcześniej przez premiera Piotra Jaroszewicza. Dotyczyło ono planowanych podwyżek cen żywności. Mięso miało zdrożeć średnio o około 69%, masło i produkty mleczne o około 50%, a cukier aż o 100%.

Premier Piotr Jaroszewicz
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Moja mama, która oczywiście zajmowała się wszystkimi zakupami, była tymi zapowiedziami oburzona. Przez całą drogę z ogromnym zainteresowaniem studiowała wszelkie informacje zawarte w gazecie. Trudno się temu dziwić — w realiach PRL nawet niewielkie podwyżki cen podstawowych artykułów spożywczych mogły bardzo mocno odbić się na budżetach rodzinnych.

Gdy dotarliśmy do schroniska na Przehybie, położonego na wysokości 1138 m n.p.m., gdzie mieliśmy spędzić noc, temat podwyżek dominował niemal wszystkie rozmowy. Turyści żywo dyskutowali o sytuacji i zastanawiali się, jakie będą jej konsekwencje.

Wieczorem zgromadziliśmy się wraz z wieloma innymi osobami w dużej sali schroniska, aby obejrzeć telewizję. Nagle na ekranie pojawił się premier Piotr Jaroszewicz i ogłosił wycofanie planowanych, drastycznych podwyżek cen żywności.

Znaczki i koperta upamiętniająca wydarzenia Czerwca '76

Niektórzy zaczęli klaskać spontanicznie, inni komentowali wydarzenie półgłosem. Chociaż w tamtym momencie nikt z obecnych nie miał jeszcze pojęcia o masowych protestach robotniczych, które tego samego dnia wybuchły w Radomiu, Ursusie, Płocku i kilku innych miastach Polski, wszyscy byli przekonani, że musiało wydarzyć się coś niezwykle poważnego, skoro władze tak błyskawicznie wycofały się z decyzji ogłoszonej zaledwie dzień wcześniej.

Dopiero później dowiedzieliśmy się, że robotnicze protesty zostały brutalnie spacyfikowane przez milicję i służby bezpieczeństwa, a wielu uczestników spotkały represje. 



Pamiątkowa srebrna moneta wydana z okazji 50. rocznicy wydarzeń Czerwca '76

Nic dziwnego: w dniu 26 czerwca 1976 roku I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zareagował na wydarzenia w Radomiu z wściekłością. Podczas telekonferencji z pierwszymi sekretarzami komitetów wojewódzkich partii domagał się on potępienia i upokorzenia uczestników protestu. Polecił by pokazać

"jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładu elementów nieodpowiedzialnych – tym lepiej dla sprawy. […] to musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”.

I sekretarz KC PZPR Edward Gierek

I sekretarz polecił też, by w szczególny sposób upokorzono mieszkańców Radomia, miasta w którym doszło go najgwałtowniejszych starć ulicznych i podpalono m.in. gmach komitetu wojewódzkiego partii. Na wiec do tego miasta należało zwieźć aktywistów z sąsiednich województw: 

"trzeba będzie tam zebrać Radomiaków i powiedzieć im, jak my ich oceniamy, jak oni wychowali swoje dzieci, jak oni szkodzą Polsce. Po prostu, towarzysze, Radomiacy powinni odczuć, że cała Polska ich lekceważy, że cała Polska ma do nich pretensje, że cała Polska będzie im to długo pamiętała”.

Szefowi radomskiego komitetu partii, który relacjonował sytuację, Gierek przerwał, mówiąc: 

 „Powiedzcie tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w d... i te wszystkie działania też mam w d... Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”.

Natomiast tego samego dnia w wieczornym „Dzienniku Telewizyjnym” oficjalne stanowisko władz przedstawił prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji Maciej Szczepański. Nie przebierając w słowach potępił tych, którzy zakłócili rzekome konsultacje (jak kłamliwie nazywano podwyżkę cen):        

"chuligańskie i złodziejskie elementy, które demolowały mienie państwowe, rabowały majątek ogólnospołeczny i prywatny, zwłaszcza w Ursusie i Radomiu”.

Jednocześnie wydarzenia czerwca 1976 roku stały się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych w historii Polski Ludowej.

Pamiątkowa moneta wydana z okazji 30. rocznicy Czerwca '76

W rzeczywistości było to bowiem nie tylko poważne niepowodzenie, ale wręcz polityczna klęska ekipy Edwarda Gierka. To właśnie w następstwie represji wobec protestujących robotników powstał Komitet Obrony Robotników (KOR), pierwsza znacząca organizacja opozycyjna działająca jawnie w PRL. W pewnym sensie był to również początek końca epoki gierkowskiej — procesu, który doprowadził do narodzin „Solidarności” w sierpniu 1980 roku, a następnie do upadku systemu komunistycznego w Polsce.

Ale w czerwcu 1976 roku, siedząc wieczorem w schronisku na Przehybie, nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tych wydarzeniach. Wiedzieliśmy jedynie, że rząd wycofał się z podwyżek w sposób tak nagły i nieoczekiwany, iż musiało się za tym kryć coś znacznie poważniejszego, niż oficjalnie informowała telewizja.

**********

Ponad miesiąc później, 7 sierpnia 1976 roku, wraz z bliskim członkiem rodziny S.K., jego żoną K.K. oraz ich znajomym pojechaliśmy na Mazury, gdzie w Giżycku otrzymaliśmy na dwa tygodnie jacht typu „Orion” z kabiną dla pięcioosobowej załogi.

Źródło: Gazeta Olsztyńskahttps://gazetaolsztynska.pl/artykul/oczy-od-pol-wieku-patrza-n1845753

Przez pierwsze kilka dni staliśmy w Giżycku, na jeziorze Kisajno, przy przystani „Almatur” (54°02'14.1"N 21°43'58.0"E / 54.037250, 21.732778), gdzie nieustannie spoglądały na nas wymalowane, ikoniczne ogromne oczy, istniejące zresztą do dziś i doskonale znane każdemu żeglarzowi („Oczy Mazur”). 

Jacht typu "Orion"
Źródło: Wikipedia Commons. Autor: Bosek1313

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma wodniakami — odwiedzali oni nasz jacht, a my odwiedzaliśmy ich. Jednym z nich był niezwykle sympatyczny człowiek posiadający motorówkę. Wraz z żoną codziennie wracał z wędkowania z maksymalną dozwoloną przepisami ilością ryb. Kilkakrotnie obdarował nas częścią swoich połowów — o ile dobrze pamiętam, były nawet uwędzone. S.K. i K.K. kilka razy zaprosili go również na pokład naszego jachtu.

Posiadał znakomity sprzęt wędkarski, co nie powinno dziwić, ponieważ był dyrektorem firmy „Polsping”, produkującej w Polsce sprzęt wędkarski. Zresztą wielokrotnie odwiedzałem sklep tej firmy przy ulicy Krajowej Rady Narodowej 42 w Warszawie (przed wojną i obecnie jest to ulica Twarda). 

*

W tym samym budynku mieściła się również siedziba Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie wydawano karty wędkarskie i gdzie co roku ustawiały się ogromne kolejki osób chcących je przedłużyć-do jednego czynnego okienka! Był to wręcz podręcznikowy przykład biurokracji doprowadzonej do perfekcji.

Znajdowało się tam także „klubowe” kino „Delfin”. Czasami, będąc w tym budynku, spotykałem starszych panów, zazwyczaj elegancko ubranych w garnitury i noszących różnego rodzaju odznaki w klapach marynarek. Jak mi wyjaśniono, byli to „działacze” lub „aktywiści” Polskiego Związku Wędkarskiego.

Od tamtego czasu słowo „działacz” zawsze kojarzyło mi się właśnie z takimi osobami — starszymi panami w garniturach, sprawiającymi wrażenie ludzi żyjących bez większych trosk, nieco oderwanych od codziennej rzeczywistości i zapewne czerpiących pewne korzyści z pełnionych funkcji.

Zastanawiałem się jednak, na czym właściwie polegała ich działalność i aktywność. Czy rzeczywiście robili coś pożytecznego dla wędkarzy, czy też ich głównym zajęciem było uczestniczenie w niezliczonych zebraniach, wybieranie kolejnych komisji, przyznawanie (sobie?) odznak, sporządzanie protokołów i wygłaszanie przemówień, których nikt nie słuchał — jak też również komplikowanie przepisów wędkarskich i stałe podnoszenie biurokracji na coraz wyższy poziom?

W czasach PRL-u słowa „działacz” czy „aktywista” miały często szczególne znaczenie. Niekoniecznie oznaczały osobę wykonującą konkretną pracę, lecz raczej kogoś, kto 'działał' w rozmaitych organizacjach, związkach czy komitetach, poświęcając znaczną część czasu na spotkania, narady i działalność organizacyjną. Dla wielu zwykłych ludzi pozostawało jednak zagadką, jakie wymierne efekty przynosiła ta aktywność.

*

Ale powróćmy do tego wspaniałego wędkarza. Poza tym Jerzy Strzałka — bo o nim mowa — był mistrzem Polski w szpadzie z 1962 roku, zawodnikiem CWKS Legia Warszawa, drużynowym mistrzem świata z 1963 roku oraz olimpijczykiem z Rzymu z 1960 roku. Cieszę się, że mieliśmy okazję go poznać!

Najprawdopodobniej to właśnie Jerzy Strzałka opowiadał nam historię o spotkaniu Melchiora Wańkowicza gdzieś w okolicach Giżycka.

Być może legendarny pisarz, który wspominał Giżycko w swojej słynnej książce reportażowo-podróżniczej Na tropach Smętka, powrócił w te strony, aby zobaczyć, jak bardzo zmieniły się one od czasu, gdy ją napisał. Nota bene, Smętek (kaszub. Smãtk) to demoniczny diabeł złośliwie trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach i pieśniach kaszubskich i mazurskich. Najprawdopodobniej pozostałość po kulcie jakiegoś bóstwa lub demona z czasów przedchrześcijańskich.

Melchior Wańkowicz (1892–1974) był jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy i dziennikarzy, często nazywanym ojcem nowoczesnego polskiego reportażu literackiego. Jego książka Na tropach Smętka, wydana w 1936 roku, opisywała podróż po Mazurach, które wówczas znajdowały się w granicach niemieckich Prus Wschodnich. Dzieło to łączyło w sobie cechy literatury podróżniczej, reportażu, historii oraz komentarza społecznego i stało się ważnym świadectwem życia tego regionu w latach poprzedzających II wojnę światową.

Po wojnie granice Polski przesunęły się na zachód, Prusy Wschodnie przestały istnieć, a Giżycko znalazło się w granicach Polski. Jeśli Wańkowicz rzeczywiście odwiedził te okolice po wielu latach, musiał zobaczyć region odmieniony nie tylko przez wojnę, ale także przez ogromne zmiany polityczne, społeczne i demograficzne.

Sukces Na tropach Smętka był ogromny. W ciągu niespełna czterech lat od pierwszego wydania książka doczekała się aż dziewięciu wydań, co było wynikiem wyjątkowym dla reportażu w przedwojennej Polsce.

Dziewiąte, a zarazem ostatnie przedwojenne wydanie spotkał szczególny los. We wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiej inwazji na Polskę, Niemcy przejęli cały nakład bezpośrednio z maszyn drukarskich w Bydgoszczy, zanim książka trafiła do sprzedaży.

Na tropach Smętka jest powszechnie uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł polskiego reportażu okresu międzywojennego. Popularność książki wynikała nie tylko z niezwykle barwnego stylu Wańkowicza, ale również z samej tematyki. Autor dokumentował życie polskojęzycznych mieszkańców Mazur i opisywał nasilającą się germanizację regionu.

Reakcja władz niemieckich była łatwa do przewidzenia. Gestapo uznało poglądy autora za jawnie antyniemieckie i zakazało publikowania oraz rozpowszechniania jego książek na terenie III Rzeszy.

Po wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 roku Wańkowicz znalazł się na liście osób szczególnie poszukiwanych przez Niemców. W dużej mierze było to związane właśnie z autorstwem Na tropach Smętka. W pierwszych tygodniach wojny prowadzono intensywne poszukiwania pisarza.

Na szczęście udało mu się przedostać do Rumunii, zanim został aresztowany. Dramatyczne okoliczności swojej wojennej ucieczki i emigracji opisał później w autobiograficznej książce Ziele na kraterze.

Dziś Na tropach Smętka cenione jest nie tylko jako znakomita książka podróżnicza i reportażowa, ale również jako niezwykle ważny dokument historyczny. Zachowało bowiem obraz Prus Wschodnich i Mazur z ostatnich lat przed II wojną światową — świata, który został głęboko przeobrażony przez wojnę i który po 1945 roku w dużej mierze przestał istnieć (na podstawie informacji z Wikipedii).

Pamiętam, że widziałem Wańkowicza na jednym z kiermaszów książki pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Niestety, wówczas byłem za mały, aby cokolwiek o nim wiedzieć. Dopiero w wieku 20+ lat zacząłem czytać jego książki, które są fascynujące! Toteż żałuję, że wówczas nie poprosiłem o jego autograf.

Aż wstyd się przyznać, ale ze zdjęcia widać, że wówczas łowiłem więcej ryb, niż obecnie w Kanadzie...

Pewnego późnego popołudnia na przystani pojawiła się grupa osób. Jeden z mężczyzn po raz pierwszy próbował pływać na desce windsurfingowej. Nie było to łatwe zadanie. Co chwilę wpadał do wody, ale nie poddawał się, wspinał z powrotem na deskę i próbował dalej.

Po dłuższym czasie udało mu się wrócić do brzegu przy gromkich brawach swoich znajomych. Usłyszeliśmy, że nazywał się Klemens. Wówczas S.K. wpadł na pomysł, aby go uhonorować za wytrwałość.

Wysłał mnie do niego niczym kelnera. Niosłem płetwę do nurkowania pełniącą rolę tacy, na której stał kieliszek wypełniony wódką.

    — Panie Klemensie, podziwiam pana determinację! W nagrodę proszę przyjąć ode mnie ten skromny prezent! — zawołał S.K., gdy dotarłem do wyczerpanego windsurfera.

Kilkanaście minut później pan Klemens wraz ze swoimi znajomymi pojawił się na naszym jachcie. Przez kilka godzin prowadziliśmy bardzo miłe rozmowy przy przekąskach i zapewne również nieco mocniejszych napojach. S.K., dzięki swojej otwartej osobowości, nigdy nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości.

W tym samym czasie w radiu coraz częściej pojawiały się audycje, w których reporterzy rozmawiali z ludźmi skarżącymi się na brak cukru. Co ciekawe, wielu rozmówców obwiniało za ten stan rzeczy innych obywateli, którzy rzekomo „wykupili cały cukier”.

Pięć lat później, w 1981 roku, kiedy w sklepach bardzo często nie było dosłownie niczego, spotkałem kobietę, która również winą za puste półki obarczała społeczeństwo. Twierdziła, że „nic nie ma, bo ludzie wszystko wykupili”.

Faktycznie, co za okropni ludzie! Zamiast grzecznie przychodzić do sklepów, oglądać towary,  podziwiać ich piękne opakowania i cieszyć się, że sklepy są pełne, oni bezczelnie je kupowali, a potem jeszcze konsumowali! Nic więc dziwnego, że półki świeciły pustkami.

Przypominało mi to historię skąpego woźnicy, który postanowił oduczyć swojego konia jedzenia. Gdy po trzynastu dniach „eksperymentu” koń wreszcie padł z wycieńczenia, właściciel narzekał wszystkim dookoła, że jego plan był już o krok od sukcesu:

„No i pomyśleć, że wszystko szło tak dobrze! Jeszcze dzień, może dwa, i koń całkowicie odzwyczaiłby się od jedzenia. Ale to głupie zwierzę zdechło i wszystko zmarnowało!”

Ryby, które (chyba?) ja złowiłem, na jachcie "Orion". Jerzy Strzałka natomiast dostarczał nam ryby typu "szczupak", a nie nędzne płotki...😁

Wieczorem 12 sierpnia 1976 roku zostałem sam na jachcie. Słuchając radia usłyszałem zdumiewającą wiadomość: rząd postanowił wprowadzić kartki na cukier, choć oficjalnie unikano używania słowa „kartki”.

Gdy S.K. i K.K. wrócili na pokład, oznajmiłem im, że wkrótce cukier będzie w Polsce reglamentowany.

Nie mogli mi uwierzyć.

S.K. stwierdził wręcz, że „naoglądałem się za dużo filmów i naczytałem zbyt wiele książek z czasów okupacji niemieckiej”.

Wkrótce jednak musiał przyznać mi rację.

Kartki na cukier w PRL oficjalnie weszły do obiegu 12 sierpnia 1976 roku. Choć pierwsze drukowane „bilety towarowe” faktycznie nosiły datę 25 lipca 1976 roku, zaczęto je powszechnie realizować w sklepach dopiero w połowie sierpnia. Władze unikały nazwy „kartki” z powodu negatywnych skojarzeń z okupacją niemiecką, nazywając je oficjalnie „biletami towarowymi”.

Były to pierwsze kartki żywnościowe od dekad w Polsce. W latach osiemdziesiątych system reglamentacji objął wiele innych towarów, a ostatecznie zniknął dopiero w 1989 roku.

Źródło: OpenStreet Map

Po opuszczeniu przystani Almatur ruszyliśmy na północ, żeglując po jeziorach Kisajno, Dargin i Mamry. Szczególnie dobrze pamiętam silny wiatr na Mamrach — nasz jacht pędził wtedy z ogromną prędkością środkiem jeziora. Uwielbiałem tego rodzaju żeglowanie! Obecnie też lubię pływać na kanu na otwartych, bezkresnych wodach zatoki Georgian Bay w Ontario — jest to unikalne uczucie. Jednakże non-stop trzeba monitorować wówczas pogodę, bo bardzo szybko może się zmienić i nawet nieduży wiatr i fale mogą się okazać strasznie niebezpieczne dla tak malutkiej łajby.

W Sztynorcie. Od lewej: NN (członek załogi), K.K. i autor tego bloga. Nie mogę uwierzyć, jaki wówczas byłem szczupły! Może dlatego, że nie było McDonaldów, fast food.. i że wprowadzono kartki?

Wpłynęliśmy również na Jezioro Sztynorckie i odwiedziliśmy wieś Sztynort. W tamtych czasach była to niewielka osada i nie przypominam sobie, aby kręciło się tam wielu żeglarzy. Trudno porównać ją z dzisiejszym, tętniącym życiem centrum żeglarskim.

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się także z załogą nieco większego jachtu. Jego 'kapitan' opowiadał nam o bardzo niebezpiecznej sytuacji, którą przeżył na Mamrach podczas gwałtownego sztormu. Załoga składała się z jego żony i córki (lub córek), które nie były przygotowane na tak trudne warunki.

Okazało się również, że był dyrektorem lub jednym z wysokich rangą przedstawicieli słynnej bydgoskiej fabryki rowerów „Romet”, produkującej między innymi popularne rowery składane.

Sam posiadałem taki rower i generalnie byłem z niego zadowolony. Nigdy jednak nie zapomnę sytuacji, gdy podczas jazdy nagle poczułem, że coś jest nie tak. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie popychał. Chwilę później leżałem już na ziemi.

Na szczęście nic mi się nie stało.

Okazało się, że pękła główka ramy (rura czołowa). Kompletnie pękła — w ręku trzymałem kierownicę i część ramy, a reszta roweru znajdowała się o metr dalej ode mnie.

Gdy opowiedziałem mu tę historię, przyznał bez większego zdziwienia, że rzeczywiście zdarzało się, iż ramy tych rowerów pękały. Co więcej, z tonu jego głosu wynikało, że traktował to niemal jako drobną, nieistotną usterkę.

Dzięki Bogu firma Romet nie produkowała samolotów... 

Zawsze lubiłem pływać na otwartych wodach jezior

Na środku jednego z jezior K.K. postanowiła popływać. Dla bezpieczeństwa założyła PRL-owski kapok.

Nie wiem, ilu czytelników jeszcze pamięta takie kapoki. Składały się z dwóch dużych „poduszek” wypełnionych materiałem wypornościowym i obszytych szarobiałą tkaniną. Jedna znajdowała się na klatce piersiowej, druga na plecach.

Nigdy ich nie nosiłem, ponieważ były niezwykle niewygodne.

Dzisiaj, pływając w Kanadzie na kanu, niemal zawsze zakładam nowoczesną kamizelkę asekuracyjną, która jest wygodna, nie ogranicza ruchów, a dodatkowo chroni przed chłodem i wiatrem.

Pamiętam też artykuł prasowy z czasów PRL-u opisujący młodzieżowe zawody żeglarskie. Gdy jedna z łodzi wywróciła się, zawodnicy znaleźli się w wodzie i ku przerażeniu widzów zaczęli zdejmować swoje kapoki. Okazało się bowiem, że nasiąkały wodą niczym gąbki i powoli tonęły!

Wracając jednak do K.K. — gdy weszła do wody w swoim kapoku, jego wyporność spowodowała, że zaczął mocno uciskać jej szyję i gardło. Oddychanie stało się utrudnione, a normalne pływanie niemal niemożliwe.

Widząc to, jak zawsze dowcipny S.K. stwierdził, że zadaniem kapoka jest uduszenie tonącego, aby nie musiał zbyt długo cierpieć.

I rzeczywiście miał dużo racji...

Z jeziora Mamry udaliśmy się kanałem do Węgorzewa. Pogoda była fatalna — padał deszcz, unosiła się mgła, a ponieważ jacht nie posiadał silnika i nie było wiatru, sporą część trasy pokonałem, idąc brzegiem kanału i ciągnąc jacht na linie.

Po pewnym czasie tak się rozpędziłem, że gdy S.K. oddalił się na chwilę, po powrocie nie mógł odnaleźć jachtu. Przeciągnąłem go bowiem dobre kilkaset metrów dalej.

Ogólnie była to dla mnie wspaniała i niezapomniana wyprawa żeglarska. Do dziś jestem ogromnie wdzięczny S.K. i K.K., że umożliwili mi udział w tej przygodzie.

W następnych latach kilkakrotnie uczestniczyłem jeszcze w obozach żeglarskich organizowanych przez klub żeglarski Polskiej Akademii Nauk. Być może kiedyś opiszę te wydarzenia w osobnym wpisie.

Kilka miesięcy później, przeglądając miesięcznik „Wiadomości Wędkarskie”, natrafiłem na obszerny, kilku stronnicowy fotoreportaż poświęcony Jerzemu Strzałce.

Powód publikacji był jednak bardzo smutny.

Jerzy Strzałka zmarł zaledwie dwa miesiące po naszym spotkaniu — 13 października 1976 roku, w wieku zaledwie 43 lat.

Zarówno ja, jak i S.K. & K.K., byliśmy tą wiadomością głęboko zaskoczeni i zasmuceni.

~ ~ ~ ~ ~ 

Na zakończenie mogę dodać, że wkrótce potem mój kontakt z S.K., którego zawsze bardzo lubiłem, nagle się urwał — do dzisiaj z niewiadomych mi przyczyn 😯. Natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych K.K., już po zmianie stanu cywilnego (i nazwiska 😉), wyemigrowała do Kanady i wielokrotnie spotykaliśmy się w mojej adoptowanej ojczyźnie.

***********

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

***********

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/



sobota, 6 czerwca 2026

CZANTORIA

Czantorię (49°40'59.3"N 18°49'09.4"E / 49.683139, 18.819278) pamiętam bardzo dobrze, głównie za sprawą wyciągu krzesełkowego. Wjechałem na nią dwukrotnie — prawdopodobnie około 1972–1973 oraz ponownie w latach 1975–1977 — i z obu tych przejazdów zachowały się pamiątkowe fotografie.

Rok 1972 lub 1973, na wyciągu krzesełkowym na górę Czantorię wraz z moją mamą. Na następnym krzesełku siedzi moja ciocia, która była wraz z nami.

Co ciekawe, na obu zdjęciach siedzę na tym samym krzesełku! Z tyłu widoczne jest krzesełko jadące w przeciwnym kierunku z numerem „95”, co pozwoliło mi po latach zauważyć tę zabawną zbieżność.

Rok 1975, 76 lub 77. Wjeżdżam na Czantorię na tym samym krzesełku, co parę lat temu-co za zbieg okoliczności! Moja mama tym razem siedzi na krzesełku za mną.

Podczas pierwszego pobytu mieszkaliśmy w Wiśle (miejscowości) i często kąpałem się w Wiśle — najdłuższej rzece Polski — a nawet przepływałem ją z jednego brzegu na drugi. Dziś przypomina mi to mój późniejszy (w 2024 roku) „wyczyn” przepłynięcia wpław najdłuższej rzeki Stanów Zjednoczonych, Mississippi, w Minnesocie, którym „chwaliłem się” już w moim turystycznym BLOGU. Wygląda więc na to, że mam w ten sposób „zaliczone” dwie słynne rzeki na dwóch kontynentach! Muszę sprawdzić, ile jeszcze potrzeba przepłynąć rzek, aby znaleźć się w Księdze Guinness'a...

Podczas drugiego pobytu wakacje spędzaliśmy w Ustroniu-Zawodziu. O ile dobrze pamiętam, mieszkaliśmy w tzw. „Piramidach” — bardzo charakterystycznym i nowoczesnym jak na owe czasy kompleksie budynków sanatoryjno-wypoczynkowych, który do dziś pozostaje jednym z symboli Ustronia.

W czasie tego pobytu doszło również do nieprzyjemnego i dramatycznego wydarzenia. Moja babcia na naszych oczach uległa wypadkowi — na rogu ulic Daszyńskiego i Grażyńskiego została potrącona przez motorower prowadzony przez młodego chłopaka, obok którego na motorze jechał jego ojciec. Z tego, co pamiętam, była to jej wina i mam nadzieję, że chłopak nie nosił później z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Babcia spędziła kilka długich tygodni w szpitalu, ale mimo wieku wróciła do zdrowia i wyszła z tego bardzo ciężkiego doświadczenia.

Niedawno odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę. Około 200 metrów od miejsca tego zdarzenia, przy ulicy Zielonej 2 (49°43'15.1"N 18°48'54.6"E / 49.720861, 18.815167), znajdowała się willa Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR, a po przeciwnej stronie ulicy — willa Jerzego Ziętka, legendarnego śląskiego działacza i polityka. To interesujące, jak często po latach okazuje się, że miejsca z naszych wspomnień kryją nieoczekiwane historyczne powiązania.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

środa, 27 maja 2026

Górska Odznaka Turystyczna

Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.

W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.

Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.

Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.

Wędrówka po Beskidach w 1977 roku

Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.

Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.





Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.

Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.

Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.

Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.

Tadeusz Gurbiel
Tadeusz Gurbiel „Góra” (1908–1993) był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego oraz zasłużonym działaczem turystycznym PTTK. Od 1940 roku działał w Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim i przeszedł długi  bojowy — od walk na Woli, przez Stare Miasto, aż po ewakuację kanałami do Śródmieścia. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania trafił do niewoli niemieckiej, z której wrócił do Polski dopiero w 1947 roku.

Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.

Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.

Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK”

[Napisałem maila do PTTK z prośbą o pozwolenia na przedruk zdjęć p. Gurbiela z tej publikacji—niestety, nie otrzymałem odpowiedzi i postanowiłem to pomimo wszystko zrobić. 
Wielokrotnie na podobne prośby kierowane do instytucji lub autorów nie otrzymywałem odpowiedzi.]

Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.

Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.

Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.

Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.

********************

Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.

W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.

Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/