Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metalowe znaczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metalowe znaczki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

WZOROWY ŻOŁNIERZ

Na początku lat 70. XX wieku w młodzieżowych programach telewizyjnych, zwłaszcza w „Teleranku”, bardzo promowano wojsko i służbę wojskową. Szczególnie widoczne było to przy emisji serialu „Czterej pancerni i pies”. Przed projekcją każdego odcinka pojawiał się młody, umundurowany i zdyscyplinowany oficer, który oznajmiał widzom, że „rozkazuje oglądać każdy odcinek serialu”. Dziś brzmi to dość zabawnie, ale wtedy traktowano takie rzeczy całkiem serio.

Wzorowy Żołnierz – tytuł honorowy i odznaka nadawana żołnierzom Wojska Polskiego w latach 1950–2010.

Jedną z podobnych akcji było prezentowanie na ekranie zdjęć ojców, dziadków i innych członków rodzin widzów, którzy zostali wyróżnieni w wojsku fotografią wykonaną na tle sztandaru jednostki. Mój ojciec, który również odbył służbę wojskową, zawsze wspominał, że otrzymał jakieś wojskowe wyróżnienie — i być może właśnie to jest zamieszczona powyżej odznaka. Niestety, w telewizji pokazywano jedynie fotografie, a nie odznaczenia, więc nie byłem w stanie pochwalić się samą odznaką!

„Korpusówka” – potoczna nazwa oznaki korpusu osobowego w Wojsku Polskim i pozostałych służbach mundurowych. To jest symbol (oznaka) wojsk pancernych w Polsce.

Wiem, że ojciec służył w wojskach pancernych. Dowodził kilkoma czołgami, prawdopodobnie plutonem, i często opowiadał mi o tych maszynach. Jako chłopiec zawsze marzyłem, aby zajrzeć do wnętrza prawdziwego czołgu. Udało mi się spełnić to marzenie dopiero w połowie lat 70., kiedy kręcono film o żołnierzach armii Berlinga walczących na wschodnim brzegu Wisły i próbujących przedostać się przez rzekę z pomocą Powstaniu Warszawskiemu.

Na brzegu Wisły stało kilka filmowych, ale całkowicie sprawnych czołgów T-34. Od czasu do czasu pilnujący ich żołnierz pozwalał dzieciakom wejść do środka. Muszę przyznać, że wnętrze czołgu zdecydowanie nie jest miejscem dla osób cierpiących na klaustrofobię! Byłem zachwycony możliwością obejrzenia go od środka, ale jednocześnie zdziwiło mnie, jak mało było tam miejsca dla załogi.

Mniej więcej w tym samym okresie ojciec robił prawo jazdy i miał pewne problemy ze zdaniem egzaminu.

— Czołgiem potrafił pan jeździć, a ma pan takie trudności z prowadzeniem samochodu? — zapytał go instruktor.

Ojciec odpowiedział:

        — Kiedy jechało się czołgiem, nie było znaków drogowych, świateł ani skrzyżowań. A drzewami też nie trzeba było się specjalnie przejmować — jedno mniej czy więcej nie robiło większej różnicy. Po prostu jechało się przed siebie!

Na szczęście egzamin w końcu zdał i, o ile wiem, przez całe życie nie miał żadnego poważnego wypadku. I chyba żadnego drzewa również nie „zaliczył”!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

niedziela, 2 sierpnia 2026

BACÓWKA PTTK NA LUBANIU W GORCACH

Schronisko na Lubaniu (49°29'17.0"N 20°20'28.1"E / 49.488056, 20.341139) — a właściwie bacówkę PTTK — zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że była wówczas nowo wybudowana, bardzo przytulna, a jej obsługa niezwykle życzliwa i gościnna. Otrzymaliśmy też bardzo kameralny, dwuosobowy pokój na pierwszym piętrze, co w schroniskach górskich nie zdarzało się aż tak często.

Bacówka na Lubaniu

Bacówka nie była duża i dysponowała stosunkowo niewielką liczbą miejsc noclegowych. Nigdy jednak nie oczekiwaliśmy szczególnych luksusów. Niejednokrotnie nocowaliśmy w wieloosobowych pokojach wyposażonych w łóżka piętrowe, dzieląc je z innymi turystami. Był to zresztą nieodłączny element atmosfery dawnych schronisk górskich — wieczorne rozmowy, wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i wymiana górskich doświadczeń często pozostawały w pamięci na całe życie.

Chociaż osobiście nigdy nie spotkaliśmy się z sytuacją, aby w schronisku zabrakło wszystkich miejsc noclegowych, z licznych opowieści wiem, że schroniska PTTK praktycznie nigdy nie odmawiały turystom noclegu. Nawet jeśli wszystkie łóżka były zajęte, zawsze starano się znaleźć jakieś rozwiązanie — czasem oznaczało to nocleg na podłodze, na materacu lub nawet na ławie w jadalni.

Bacówka na Lubaniu, 1974 rok
Źródło: Wikimedia Commons. Autor: https://en.wikipedia.org/wiki/pl:user:Wp

Do dziś wspominam, że w tej niewielkiej i skromnej bacówce mogliśmy cieszyć się wyjątkowym komfortem i prywatnością.

Niedługo później dowiedzieliśmy się jednak ze smutkiem, że na początku 1978 roku cały obiekt został doszczętnie zniszczony przez pożar. Bacówka funkcjonowała zaledwie dwa lata.

Obecna bacówka PTTK na Lubaniu została odbudowana i nadal służy turystom odwiedzającym malownicze pasmo Gorców.

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


sobota, 6 czerwca 2026

CZANTORIA

Czantorię (49°40'59.3"N 18°49'09.4"E / 49.683139, 18.819278) pamiętam bardzo dobrze, głównie za sprawą wyciągu krzesełkowego. Wjechałem na nią dwukrotnie — prawdopodobnie około 1972–1973 oraz ponownie w latach 1975–1977 — i z obu tych przejazdów zachowały się pamiątkowe fotografie.

Rok 1972 lub 1973, na wyciągu krzesełkowym na górę Czantorię wraz z moją mamą. Na następnym krzesełku siedzi moja ciocia, która była wraz z nami.

Co ciekawe, na obu zdjęciach siedzę na tym samym krzesełku! Z tyłu widoczne jest krzesełko jadące w przeciwnym kierunku z numerem „95”, co pozwoliło mi po latach zauważyć tę zabawną zbieżność.

Rok 1975, 76 lub 77. Wjeżdżam na Czantorię na tym samym krzesełku, co parę lat temu-co za zbieg okoliczności! Moja mama tym razem siedzi na krzesełku za mną.

Podczas pierwszego pobytu mieszkaliśmy w Wiśle (miejscowości) i często kąpałem się w Wiśle — najdłuższej rzece Polski — a nawet przepływałem ją z jednego brzegu na drugi. Dziś przypomina mi to mój późniejszy (w 2024 roku) „wyczyn” przepłynięcia wpław najdłuższej rzeki Stanów Zjednoczonych, Mississippi, w Minnesocie, którym „chwaliłem się” już w moim turystycznym BLOGU. Wygląda więc na to, że mam w ten sposób „zaliczone” dwie słynne rzeki na dwóch kontynentach! Muszę sprawdzić, ile jeszcze potrzeba przepłynąć rzek, aby znaleźć się w Księdze Guinness'a...

Podczas drugiego pobytu wakacje spędzaliśmy w Ustroniu-Zawodziu. O ile dobrze pamiętam, mieszkaliśmy w tzw. „Piramidach” — bardzo charakterystycznym i nowoczesnym jak na owe czasy kompleksie budynków sanatoryjno-wypoczynkowych, który do dziś pozostaje jednym z symboli Ustronia.

W czasie tego pobytu doszło również do nieprzyjemnego i dramatycznego wydarzenia. Moja babcia na naszych oczach uległa wypadkowi — na rogu ulic Daszyńskiego i Grażyńskiego została potrącona przez motorower prowadzony przez młodego chłopaka, obok którego na motorze jechał jego ojciec. Z tego, co pamiętam, była to jej wina i mam nadzieję, że chłopak nie nosił później z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Babcia spędziła kilka długich tygodni w szpitalu, ale mimo wieku wróciła do zdrowia i wyszła z tego bardzo ciężkiego doświadczenia.

Niedawno odkryłem jeszcze jedną ciekawostkę. Około 200 metrów od miejsca tego zdarzenia, przy ulicy Zielonej 2 (49°43'15.1"N 18°48'54.6"E / 49.720861, 18.815167), znajdowała się willa Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KC PZPR, a po przeciwnej stronie ulicy — willa Jerzego Ziętka, legendarnego śląskiego działacza i polityka. To interesujące, jak często po latach okazuje się, że miejsca z naszych wspomnień kryją nieoczekiwane historyczne powiązania.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

środa, 27 maja 2026

Górska Odznaka Turystyczna

Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.

W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.

Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.

Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.

Wędrówka po Beskidach w 1977 roku

Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.

Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.





Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.

Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.

Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.

Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.

Tadeusz Gurbiel
Tadeusz Gurbiel „Góra” (1908–1993) był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego oraz zasłużonym działaczem turystycznym PTTK. Od 1940 roku działał w Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim i przeszedł długi  bojowy — od walk na Woli, przez Stare Miasto, aż po ewakuację kanałami do Śródmieścia. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania trafił do niewoli niemieckiej, z której wrócił do Polski dopiero w 1947 roku.

Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.

Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.

Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK”

[Napisałem maila do PTTK z prośbą o pozwolenia na przedruk zdjęć p. Gurbiela z tej publikacji—niestety, nie otrzymałem odpowiedzi i postanowiłem to pomimo wszystko zrobić. 
Wielokrotnie na podobne prośby kierowane do instytucji lub autorów nie otrzymywałem odpowiedzi.]

Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.

Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.

Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.

Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.

********************

Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.

W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.

Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 21 maja 2026

Moja kolekcja metalowych znaczków, przypinek, zdjęć i innych pamiątek

Pewnie każdy z nas w dzieciństwie coś kolekcjonował. W czasach PRL nawet tak proste rzeczy jak kapsle, pudełka po zapałkach, historyjki obrazkowe z gum do żucia, zagraniczne puszki i butelki po piwie i innych napojach, paczki po papierosach czy znaczki pocztowe bardzo często trafiały do kolekcji moich rówieśników. Sam również gromadziłem takie przedmioty — do dziś pamiętam np. plastikową paczkę po papierosach firmy „Philip Morris”, która była wówczas szczególnie poszukiwanym „artefaktem” wśród młodych zbieraczy, czy puszkę po piwie.

Warszawa, al. gen. Karola Świerczewskiego 159.
Na zdjęciu widać matę z przypinkami i znaczkami wiszącą w moim pokoju.
Fotografię wykonano w moim mieszkaniu 13 maja 1981 roku, gdy celebrowaliśmy zdany tego samego ranka pisemny egzamin maturalny z matematyki. Godzinę lub dwie później dowiedzieliśmy się o zamachu na Papieża Jana Pawła II, do którego doszło na Placu Świętego Piotra w Watykanie.

Zbierałem także znaczki pocztowe — miałem nawet abonament i co kwartał otrzymywałem nowe wydania (co prawda ostemplowane, ale za to tańsze). Do dziś posiadam jeden klaser, zawierający również wiele znaczków przedwojennych.

Ten znaczek zapewne otrzymałem od ojca mojego kolegi na Targach Poznańskich

Z czasem zacząłem kolekcjonować metalowe znaczki i przypinki. Ich głównym źródłem były Międzynarodowe Targi Poznańskie, na które co roku jeździł mój ojciec i przywoził mi nowe okazy. Raz pojechaliśmy tam całą rodziną — byłem wtedy w siódmym niebie! Co ciekawe, spotkałem na nich ojca mojego kolegi, mieszkającego w tym samym bloku, co ja--a do tego na tym samym piętrze--który zajmował wysokie stanowisko w centrali zakładów produkujących w PRL sprzęt elektroniczny "Unitra" i obdarował mnie garścią metalowych znaczków!
Oryginalny bilet wstępu na Międzynarodowe Targi Poznańskie z czerwca 1974 roku

Później, podczas wycieczek górskich, kupowałem kolejne znaczki w schroniskach. Gdy w 1980 roku pojawiła się „Solidarność”, starałem się zdobyć jak najwięcej przypinek związanych z tym ruchem. Znajomi i koledzy, wiedząc o moim hobby, również czasem przynosili mi różne egzemplarze. Z biegiem czasu wszystkie te znaczki trafiły na matę, która przez wiele lat wisiała w moim pokoju.

Fotografia z kwietnia 2026 roku

Kilkanaście lat po moim wyjeździe do Kanady tylko część kolekcji do mnie wróciła — i ponownie przypiąłem ją do maty, wzbogacając o kilkanaście znaczków zdobytych już w Kanadzie. Do dziś wisi ona w moim biurze i przez lata była świetnym „conversation starter” — często przyciągała uwagę klientów i prowadziła do ciekawych rozmów. Niejednokrotnie zamiast skupiać się wyłącznie na sprawach zawodowych, spędzałem sporo czasu na rozmowach, które zaczynały się od jednej małej przypinki! Bardzo miło wspominam te chwile — czasem przerywane przez sekretarkę przypominającą, że czekają już kolejni klienci. Zawsze jednak uważałem, że nie żyje się tylko po to, aby pracować, i chętnie dzieliłem się swoimi zainteresowaniami — zarówno tymi z Polski, jak i tymi rozwijanymi już w Kanadzie (o których piszę na moim blogu turystycznym: https://ontario-nature-polish.blogspot.com/).

W moim pokoju, w mieszkaniu w Warszawie na ul. Świerczewskiego 159 (obecnie al. "Solidarności"). Moja mama z papużką na ramieniu. Po lewej stronie mata ze znaczkami-plakat Ewy Śnieżanki z jej autografem. A na drzwiach niesamowicie oryginalny plakat z "duchem". Zdjęcie najprawdopodobniej zrobione w drugiej połowie lat 70. XX wieku.

W kolejnych wpisach będę zamieszczał zdjęcia znaczków wraz z opisami i refleksjami — pojawią się też inne ciekawe przedmioty, a czasem po prostu same wspomnienia.

Blog dostępny jest również w języku angielskim, choć mam świadomość, że poruszane tu tematy mogą być bardziej interesujące dla czytelników znających realia Polski z tamtych lat.
Jeżeli jednak ten tekst zainteresuje zagranicznych czytelników, w miarę możliwości z przyjemnością odpowiem na ich pytania. Czasami moje odpowiedzi do pozostawionych komentarzy mogą być opóźnione: gdy podróżuję, zazwyczaj rzadko kiedy używam telefonu komórkowego (traktuję go jako zło konieczne), nie mam dostępu do mojego konta, albo w ogóle nie mam dostępu do Internetu, bo na wielu terenach nie ma zasięgu telefonii komórkowej. 

Na koniec zaznaczam, że część informacji będzie pochodziła z Wikipedii oraz innych źródeł internetowych.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 30 kwietnia 2026

Dean Bauck — kanadyjski lekkoatleta

W Polsce lat 70. XX wieku sport odgrywał ogromną rolę w życiu codziennym. Podczas ważniejszych meczów piłkarskich ulice niemal pustoszały, a kina — mimo że wyświetlano w nich niezwykle popularne filmy zachodnie — często świeciły pustkami. Choć inne dyscypliny nie dorównywały popularnością piłce nożnej, również budziły duże emocje i przyciągały szeroką publiczność. Interesowałem się więc sportem podobnie jak większość moich rówieśników — był on przecież częstym tematem rozmów i dyskusji. Nigdy jednak nie byłem zagorzałym kibicem, a po wyjeździe z Polski niemal całkowicie straciłem nim zainteresowanie.

Wróćmy jednak do roku 1974. Dokładnie 30 czerwca wybrałem się wraz z ojcem na stadion warszawskiej „Skry” ( 52°12'53.1"N 20°59'36.1"E / 52.214750, 20.993361) na międzynarodowe zawody lekkoatletyczne, w których brała udział Polska, Kanada i Wielka Brytania. Był to prawdopodobnie pierwszy raz w moim życiu, kiedy uczestniczyłem w tego typu wydarzeniu. Pogoda dopisywała, choć sam stadion — dość duży — nie był specjalnie wypełniony. Zawody lekkoatletyczne wydawały mi się wówczas nieco monotonne, zwłaszcza w porównaniu z dynamicznymi meczami piłki nożnej czy hokeja, gdzie akcja toczy się niemal bez przerwy. Mimo to była to ciekawa i wartościowa wyprawa, którą do dziś bardzo dobrze pamiętam — nie tylko ze względu na sportowe emocje, ale również dlatego, że udało mi się zdobyć aż sześć autografów, o których będę pisał w kolejnych wpisach.

Metalowa przypinka wydana z okazji tych zawodów sportowych. Zdjęcie udostępnione przez p. Dean Bauck
Tego dnia zapomniałem zabrać ze sobą mojego notatnika, dlatego autografy wkleiłem później i opisałem w małej, niebieskiej książeczce, która do dziś stanowi cenną pamiątkę.

Pierwszy autograf z tego dnia należy do Deana Bauck'a (ur. 1954), kanadyjskiego lekkoatlety specjalizującego się w skoku wzwyż.

Dean Bauck
Jego kariera sportowa przypadła na trudny okres w historii igrzysk olimpijskich. Dwukrotnie znalazł się w gronie zawodników zakwalifikowanych do udziału w Letnich Igrzyskach Olimpijskich, jednak ostatecznie nie było mu dane wystartować. W 1976 roku, podczas igrzysk w Montrealu, wykluczyła go kontuzja kolana, natomiast cztery lata później — w 1980 roku — udział uniemożliwił bojkot igrzysk w Moskwie przez Kanadę i inne państwa zachodnie.

Zdjęcie udostępnione przez p. Dean Bauck

Mimo tych przeciwności osiągnął znaczące sukcesy na arenie międzynarodowej. W 1978 roku zdobył brązowy medal dla Kanady w skoku wzwyż podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów. Rok później, na Igrzyskach Panamerykańskich, zajął piąte miejsce. Swoje największe osiągnięcie sportowe zanotował w 1981 roku, kiedy to podczas Igrzysk Konferencji Pacyfiku w Christchurch zdobył złoty medal, ustanawiając jednocześnie rekord życiowy wynikiem 2,21 m.

Po zakończeniu kariery sportowej z powodzeniem poświęcił się edukacji i działalności zawodowej. Studiował na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej, gdzie uzyskał tytuł Bachelor of Science z matematyki, a następnie ukończył studia MBA. Poszerzył również swoje kwalifikacje o dyplom z zakresu ekonomii gruntów miejskich oraz studia podyplomowe związane z wyceną nieruchomości.

Od ponad trzech dekad związany jest z rynkiem nieruchomości w rejonie South Delta w Vancouver (prowincja Kolumbia Brytyjska), gdzie zdobył renomę jako jeden z najbardziej doświadczonych i wysoko kwalifikowanych agentów oraz pośredników.

Patrząc dziś na jego autograf, trudno nie pomyśleć o tym, jak różne mogą być drogi życiowe sportowców — i jak często sukces mierzy się nie tylko medalami, ale także tym, co przychodzi po zakończeniu kariery.

-------------------

Ale to nie koniec tej historii. Postanowiłem do niego napisać krótki e-mail, wspomnieć ówczesne zawody i poprosić o zdjęcie. Po kilku dniach otrzymałem od niego niezwykle miłą odpowiedź, wraz z jego fotografią i zdjęciem powyżej zamieszczonego znaczka z tych zawodów, którą za jego pozwoleniem zamieszczam poniżej:

*****************

18/04/2026

Witaj Jack,

Dziękuję za przywołanie tych miłych wspomnień, a także za prośbę o autograf. Zawsze odbierałem takie sytuacje jako coś bardzo pochlebnego i starałem się, aby były one czymś wyjątkowym dla osób, które o to prosiły.

Jako młody skoczek wzwyż miałem szczęście w 1974 roku podróżować z reprezentacją Kanady w lekkiej atletyce podczas tournée po Europie.

Naszym pierwszym przystankiem była Warszawa w Polsce. Mieszkaliśmy w pokojach dla sportowców bezpośrednio na stadionie Skry.

Odbyły się tam zawody drużynowe pomiędzy Kanadą, Wielką Brytanią i Polską, a ja miałem szczęście wygrać swoją konkurencję.

Być może odbyły się także drugie, międzynarodowe zawody — podczas jednych z nich rywalizowałem z Jackiem Wszołą. Obaj skoczyliśmy 2,16 m, a ja wygrałem dzięki lepszemu wynikowi według zasad liczenia prób (countback). Biorąc pod uwagę jego olimpijski sukces dwa lata później, to zwycięstwo pozostaje dla mnie szczególnie cennym wspomnieniem!

Najbardziej pamiętnym wynikiem podczas naszego pobytu był jednak bieg Ireny Szewińskiej na 400 m kobiet 22 czerwca, kiedy ustanowiła nowy rekord świata jako pierwsza zawodniczka, która zeszła poniżej 50 sekund. Znajdowałem się wtedy na płycie stadionu, blisko linii mety. Pamiętam, że pomyślałem, jak niezwykłe jest nie tylko być świadkiem takiego wyczynu, ale wręcz znaleźć się w jego bezpośrednim „kręgu”.

Najbardziej zapadło mi w pamięć z pobytu w Warszawie to, jak wiele budynków wciąż nosiło ślady zniszczeń po bombardowaniach z czasów II wojny światowej. Pamiętam również ludzi — byli bardzo życzliwi i serdeczni, choć raczej powściągliwi. Były to jeszcze czasy sprzed Lecha Wałęsy!

W 1979 roku mniejsza reprezentacja Kanady przebywała i startowała w Madrycie. Obecna była tam również grupa zawodników z Polski, w tym Grażyna Rabsztyn, która była wówczas rekordzistką świata w biegu na 100 m przez płotki. Byli to wspaniali ludzie i świetnie spędzaliśmy czas, spotykając się i rozmawiając — mimo bariery językowej!

Dean Bauck

***************

Raz jeszcze widać, ze świat jest mały!

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/