Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liceum Ogólnokształcące. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liceum Ogólnokształcące. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2026

SZKOŁA PODSTAWOWA NR 221 I OTOCZENIE — HISTORIA MAŁEGO FRAGMENTU WARSZAWY (CZĘŚĆ 2/4)

Zajęcia Praktyczno-Techniczne i moje wybitne uzdolnienia techniczno-manualne — Magazyny techniczne, Adam Słodowy i banknot stuzłotowy — Brzęczyk i nieoczekiwana interwencja dyrektora szkoły — Mój wkład w grupowy projekt techniczny w szkole średniej.

POPRZEDNI ODCINEK: TUTAJ

Szkoła posiadała w piwnicy kuchnię oraz stołówkę, w której można było wykupić obiady, jak też przez jakiś czas serwowano nam rano mleko. Za pomieszczeniem kuchenno-stołówkowym mieściła się pracownia, w której odbywały się Zajęcia Praktyczno-Techniczne (ZPT). Były one przeznaczone jedynie dla męskiej części klasy — dziewczęta miały w tym czasie odrębne zajęcia, zapewne bardziej skupiające się na prowadzeniu gospodarstwa domowego — pomimo swego czasu popularnego hasła „Kobiety na traktory!” i związanego z nim plakatu propagandowego.

Chociaż interesowałem się m.in. elektroniką i nawet udało mi się zmajstrować kilka prostych urządzeń elektronicznych, to zazwyczaj podczas zajęć tworzyliśmy nieużyteczne przedmioty bardziej związane z mechaniką. Przypominam sobie, że jednym z nich był… znacznik, również zwany punktakiem (taką znalazłem definicję tego ustrojstwa: „Narzędzie uderzeniowe, którym wykonuje się niewielkie wgłębienie w materiale. Wyznacza ono dokładny środek przyszłego otworu i zapobiega ślizganiu się wiertła”). Pomimo że ogólnie było ono niezmiernie proste, nauczyciel tego przedmiotu, p. P., wymagał, aby wszystkie jego wymiary i kąty idealnie pokrywały się z tymi na rysunku technicznym (którego, nota bene, nigdy w życiu się nie uczyłem). Oczywiście, biorąc pod uwagę moje „wybitne” umiejętności techniczne i manualne (w postaci dwóch lewych rąk), przypuszczam, że nie otrzymałem oceny wyższej niż dostateczna.

Tak wygląda znacznik, zwany też punktakiem, który mieliśmy swego czasu wykonać na zajęciach technicznych. Rzeczywiście, niezmiernie użyteczne urządzenie...😁 Z pewnością każdy z nas był zachwycony tym arcyciekawym projektem i dumnie chwalił się nim rodzicom, znajomym i sąsiadom! Sądzę, że wycieczka Barta Simpsona do nudnej fabryki kartonowych opakowań, która produkuje pudełka wyłącznie na gwoździe, była o wiele bardziej ekscytująca  ("The Simpsons", sezon 5, odcinek 12)

Co najgorsze, w kwietniu 1975 roku, w szóstej klasie, groziła mi na koniec roku z ZPT ocena niedostateczna (!) z powodu niezadowalającej jakości prac technicznych. Przed końcem roku mieliśmy wykonać dowolny gadżet i to on miał zadecydować o moim końcowym stopniu.

Wówczas istniały popularne magazyny techniczne dla dzieci i młodzieży, zawierające w każdym numerze dział pokazujący krok po kroku, jak własnoręcznie stworzyć różne ciekawe projekty i przedmioty codziennego użytku. Bardzo lubiłem czytać „Młodego Technika”, jednak wszelkie prezentowane tam konstrukcje były dla mnie zbyt zaawansowane.

Istniał też miesięcznik popularnonaukowy dla dzieci i młodzieży w wieku 7–14 lat — „Kalejdoskop Techniki”, zawierający „kącik konstruktora” oraz intrygujące projekty do samodzielnego wykonania — które również uważałem za zbyt wymagające, pracochłonne i trudne.

Oczywiście posiadałem też książkę słynnego Adama Słodowego, który prowadził w telewizji niezwykle popularny program „Zrób to sam”. Pokazywał w niej, jak samodzielnie wykonać m.in. namiot, gitarę, telegraf, zabawkowe łodzie, pralki i tysiąc innych rzeczy. Jednak pomimo prób, dla większości ludzi wykonanie tego rodzaju projektów pozostawało jedynie w sferze marzeń. Nic więc dziwnego, że Ludwik Jerzy Kern zamieścił w „Przekroju” wiersz, którego fragment cytuję:

            W okresach tych swoich rzemieślniczych wzlotów
            Zrobiłem sporo całkiem zbędnych mi przedmiotów.
            A to klatkę dla ptaszka (którego nie kupię),
            A to magnes (co włosy wyszukuje w zupie),
            A to album na znaczki (których nie posiadam),
            A to śliczne akwarium (choć rybek nie jadam),
            A to przyrząd ze starych, niepotrzebnych szmatków
            Do polewania kwiatków (chociaż nie mam kwiatków).
            Teraz czekam cierpliwie,
            Aż mi pan Słodowy
            Pokaże,
            Jak samemu zrobić banknot stuzłotowy.

Niestety, tego ostatniego projektu (jak samemu zrobić banknot stuzłotowy) w książce Słodowego nie było — zresztą, gdyby nawet się pojawił, obawiam się, że jego wykonanie stanowiłoby dla mnie równie nieosiągalne marzenie, jak 99% pozostałych projektów!

Na szczęście redakcja „Kalejdoskopu Techniki” opracowywała również kwartalnik „ABC Techniki” dla młodszych dzieci i majsterkowiczów w wieku 5–8 lat. I właśnie w tym periodyku (nr 1, Wiosna 1975) znalazłem konstrukcję idealnie odpowiadającą poziomowi moich umiejętności — a mianowicie brzęczyk.



I tu ciekawostka — okazuje się, że w Internecie dostępne są wszystkie numery „ABC Techniki” i udało mi się odnaleźć ów projekt. Powyżej zamieszczam pierwszą stronę tego numeru oraz dwie strony poświęcone konstrukcji tego urządzenia (gdyby ktoś chciał je wykonać — a ja mogę służyć praktyczną poradą 😁).

Z zapałem zabrałem się do pracy — w tym przypadku nie miałem żadnych problemów ze znalezieniem odpowiednich materiałów — i po podłączeniu baterii rozległ się dźwięk brzęczyka!

W moim ocalałym pamiętniku znalazłem nawet dwa rysunki tego ustrojstwa, które powyżej i poniżej zamieszczam. Widocznie musiałem być z niego niezmiernie dumny — no i zależało mi na otrzymaniu dostatecznej oceny na koniec roku. Z tych rysunków raz jeszcze dobitnie widać, że nie tylko nie posiadałem zdolności technicznych, ale także artystycznych — obawiam się, że moje techniczne „blueprinty” stanowiłyby zagadkę dla większości inżynierów i techników!

Patrząc dziś na te szkice, dochodzę do wniosku, że gdybym został konstruktorem, postęp techniczny mógłby zostać poważnie spowolniony…

Z dumą zaniosłem moje dzieło do szkoły na lekcję ZPT, prezentując je nauczycielowi. Nie był jednak nim zbyt zachwycony — zapewne tego rodzaju urządzenie pasowałoby raczej na zajęcia techniczne we wczesnych klasach szkoły podstawowej (a może nawet w przedszkolu). Szczególnie krytycznie ocenił jego stronę estetyczną.

Rzeczywiście, wszystko było umieszczone na zwykłej desce i byle jak do niej przymocowane, przewody plątały się ze sobą (powinny znajdować się pod deską), a zwoje drutu były nawinięte nierówno. Przypominało to raczej prymitywny, ale działający prototyp niż gotowy produkt.

Jednak los potrafi czasami się do człowieka uśmiechnąć.

Szczęśliwym trafem do pracowni technicznej znienacka wpadł pełen energii dyrektor szkoły, Andrzej P. i podchodząc do kolejnych uczniów, zaczął oglądać ich projekty. Wreszcie podszedł do mnie.

Wyjaśniłem mu zasadę działania brzęczyka:

„Przepływający prąd tworzy elektromagnes, dzięki czemu gwóźdź przyciąga blaszkę. W tym momencie obwód zostaje przerwany i blaszka odskakuje od gwoździa, co ponownie zamyka obwód. Proces ten powtarza się bez przerwy i w ten sposób sprężynująca blaszka wydaje charakterystyczny dźwięk — stąd nazwa «brzęczyk»”.

Oczywiście punktem kulminacyjnym mojej demonstracji było zaprezentowanie działającego urządzenia. Na szczęście wszystko funkcjonowało bez zarzutu i nagle rozległo się głośne brzęczenie!

Jakimś cudem dyrektor był tym tak zafascynowany i zachwycony (najwyraźniej estetyka urządzenia zupełnie mu nie przeszkadzała), że zapomniał o wszystkich pozostałych pracach moich kolegów — z których większość była zapewne znacznie lepsza od mojej — i po pogratulowaniu mi, w doskonałym humorze opuścił pracownię.

— Po tak entuzjastycznej ocenie twojego projektu przez dyrektora jestem zmuszony postawić ci ocenę dostateczną — rzekł p. P.

Odetchnąłem z ulgą!

A swoją drogą ciekawy jestem, jak wyglądałaby poprawka z ZPT? Czy nauczyciel zadałby mi wykonanie jakiegoś skomplikowanego urządzenia i zamiast cieszyć się wakacyjnymi wyjazdami oraz dobrą pogodą, musiałbym przez całe lato ślęczeć nad jego konstrukcją? *)⬇ Czy też musiałbym codziennie studiować podręczniki techniczne i przygotowywać się do egzaminu teoretycznego? A może po prostu przydzielono by mnie do pomocy szkolnemu woźnemu i byłbym zobligowany odrobić określoną liczbę godzin, pomagając mu w różnych sprawach konserwatorsko-sanitarnych?

W ostatniej, ósmej klasie (1976/1977), mieliśmy nowego nauczyciela tego przedmiotu, który posiadał tytuł mistrzowski i uczył również w szkołach budowlanych przy ul. Młynarskiej. Był to porządny, spokojny człowiek, opowiadający nam o egzaminach mistrzowskich, różnych zagadnieniach technicznych i swoim zawodzie.

Głównym projektem, którym się zajmowaliśmy, było skonstruowanie stojącej lampy. O ile pamiętam, wszyscy otrzymali całkiem dobre oceny, na czym zresztą bardzo mu zależało, i udzielał nam wszelkiej możliwej pomocy.

Jak widać, nasze koleżanki miło sobie rozmawiają podczas Zajęć Techniczno-Praktycznych w Liceum Ogólnokształcącym.

W liceum ogólnokształcącym również mieliśmy godzinę lub dwie tygodniowo zajęć technicznych, ale przedmiot ten był traktowany po macoszemu. Prawie zupełnie nie pamiętam, co właściwie robiliśmy podczas tych lekcji — poza prywatnymi rozmowami i odrabianiem prac domowych z innych przedmiotów, co zresztą widać na zamieszczonych zdjęciach, które udało mi się zrobić podczas tych zajęć.

Irek P. miał pracuje zapewne nad jakimś elektronicznym projektem. Przy biurku drzemie siedzi znudzony nauczyciel, prof. M.

Nauczyciel również niespecjalnie przejmował się tym przedmiotem, co nam (i zapewne jemu) bardzo odpowiadało.

Po kilku latach pojawiła się nowa nauczycielka i m.in. mieliśmy wykonać projekty grupowe. Moja grupa, w składzie Zenek B., Irek P. i ja, budowała jakieś urządzenie elektroniczne. Zenek B. od lat pasjonował się modelarstwem lotniczym, natomiast Irek P. zawsze interesował się elektroniką i, o ile wiem, ukończył później Politechnikę Warszawską właśnie w tym kierunku.

Już na samym początku moi koledzy dostrzegli moje wybitne zdolności mechaniczno-techniczne oraz potencjalny wkład, jaki mógłbym wnieść do projektu.

— Jeżeli rzeczywiście chcesz nam pomóc w tym dziele, to najlepiej się do niego nie wtrącaj — poradzili mi.

Była to korzystna dla obu stron sugestia, którą z przyjemnością zaakceptowałem.

Jednak podczas prezentacji projektu udzieliłem nauczycielce tak wyczerpujących wyjaśnień na temat działania urządzenia, i robiłem to z takim przekonaniem, że przypadkowy obserwator mógłby dojść do wniosku, iż to właśnie ja byłem głównym konstruktorem, podczas gdy moi dwaj koledzy pełnili jedynie role podrzędnych asystentów.

___________________________________

Przypisy

⬆ *) Czytałem historię o uczniach, którzy wpadli w spore kłopoty z władzami szkolnymi z powodu propozycji wykonania na zajęciach technicznych… krzesła elektrycznego. Ale nie sam projekt był bezpośrednią przyczyną ich tarapatów — otóż entuzjastycznie zapewnili nauczyciela, że gotowe dzieło z przyjemnością przetestują właśnie na nim. Belfer najwyraźniej nie podzielał ani ich entuzjazmu, ani poczucia (czarnego) humoru.

────────────────────────

CZĘŚĆ TRZECIA

────────────────────────

W następnym odcinku:

    • Ważne miejsce spotkań Komunistycznej Partii Polski
    • Rozbiórka budynku obok szkoły
    • Tablica pamiątkowa przy ul. Żelaznej 89
    • Szokujące przedwojenne losy działaczy komunistycznych
    • Marcjanna Fornalska i jej dzieci
    • Encyklopedia PWN
    • Komunistyczne kłamstwa na temat własnych pomordowanych towarzyszy
    • Więcej informacji o tow. Bronisławie Owsianko (lektura opcjonalna 😂)

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 13 sierpnia 2026

Czterotomowa Encyklopedia PWN w PRL

Subskrypcja Encyklopedii PWN — Encyklopedie w Kanadzie i USA — Domokrążcy sprzedający Encyclopaedię Britannica — Moja codzienna lektura Encyklopedii PWN — Wpływ encyklopedii na poziom mojej wiedzy — Polskojęzyczna gazeta litewska „Czerwony Sztandar” — Zachodnie i komunistyczne stacje radiowe — Czterotomowa Encyklopedia Kanady — Wyjazd do Buffalo z Irenką P. — Budynek Guaranty Trust Building projektu Louisa Sullivana — Polacy w Buffalo — Bazylika Św. Wojciecha —  Zabójstwo prezydenta Williama McKinleya przez Leona Czolgosza — Restauracja rybna — Zbieranie makulatury w PRL oraz dzieła Marksa, Engelsa, Lenina i innych wieszczów komunizmu.


Już od najmłodszych lat uwielbiałem czytać. Jeszcze przed pójściem do szkoły opanowałem tę sztukę, choć początkowo robiłem to bardzo wolno. Do dziś pamiętam pierwsze „prawdziwe” książki, które przeczytałem samodzielnie w wieku 6-7 lat — „Witię Maliejewa w szkole i w domu” Mikołaja Nosowa, „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna, „Jacka, Wacka i Pankracka" Miry Jaworczakowej oraz „O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej.

Na początku lat siedemdziesiątych moi rodzice zasubskrybowali czterotomową „Wielką Powszechną Encyklopedię PWN” i stopniowo otrzymaliśmy wszystkie tomy. Jestem im za to ogromnie wdzięczny, bo trudno było w tamtych czasach o bardziej trafiony zakup. Encyklopedia nie tylko znacząco poszerzyła moją wiedzę, ale również otworzyła przede mną nowe horyzonty myślowe. Zawsze twierdzę, że nie ma lepszej inwestycji niż edukacja — i w tym przypadku był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku
Czterotomowa Encyklopedia PWN

W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych antykwariaty, sklepy z używanymi rzeczami, a nawet domowe biblioteczki pełne są rozmaitych wydań encyklopedii. Niektóre z nich liczą po kilkadziesiąt tomów. Dzisiaj widuje się je już coraz rzadziej, między innymi dlatego, że wiele placówek przestało przyjmować takie „cegły”, a same encyklopedie praktycznie zniknęły z rynku wydawniczego w formie drukowanej.

Zestaw roczników "Book of the Year" wydanych przez Britannica 1962-1981 w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Najciekawsze jest jednak to, że ogromna większość tych wielotomowych dzieł wygląda jak nowa nawet po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu latach. Najwyraźniej były bardzo rzadko otwierane, jeśli w ogóle.

Zestaw wolumenów wydanych przez Britannica "Gateway to the Great Books" w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r.

Pamiętam pewien dom w okolicach Toronto, należący do starszego małżeństwa z dwójką dorosłych dzieci. Garaż został tam zamieniony w coś w rodzaju magazynu. Na półkach stały dziesiątki solidnie oprawionych tomów. Sięgnąłem po jeden z nich — był pokryty grubą warstwą kurzu. Po otwarciu okazało się, że była to encyklopedia z lat pięćdziesiątych XX wieku, zachowana w idealnym stanie. Byłem niemal pewien, że nikt nigdy wcześniej jej nie otworzył.

Przypomniały mi się wtedy dzieła Marksa, Engelsa i Lenina, które przez dziesięciolecia zdobiły półki niejednego towarzysza. Czytałem kiedyś, że do ich kupowania często zachęcano, a czasem wręcz zmuszano członków PZPR. Trzeba jednak przyznać, że publikacje te były zwykle mocno subsydiowane, więc ich zakup nie stanowił większego obciążenia dla domowego budżetu. Poza tym całkiem efektownie prezentowały się na półkach, które u niektórych partyjnych działaczy mogłyby w przeciwnym razie świecić pustkami, bo intelektem nie grzeszyli. *) ⬇

Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych po Toronto chodzili domokrążcy oferujący pełne komplety słynnej „Encyclopaedii Britannica”. Jeden z moich klientów, który rzadko czytał cokolwiek poza gazetą polonijną, a jego znajomość języka angielskiego pozostawiała wiele do życzenia, dał się namówić (a raczej "naciągnąć") na taki zakup.

Zapłacił przynajmniej dwa tysiące dolarów kanadyjskich za ponad trzydzieści tomów. Często podkreślał, że jest to „świetna inwestycja na przyszłość” — przy czym miał na myśli inwestycję finansową, swoistą lokatę kapitału. O ludzka naiwności! Z dumą dodawał również, że otrzymał „za darmo” elegancką półkę do przechowywania całego kompletu. Nie miałem serca wyprowadzać go z błędu. Obawiam się też, iż niezmiernie rzadko były te wolumeny otwierane.

W realiach PRL encyklopedia była jednak czymś znacznie bardziej wyjątkowym. W naszym mieszkaniu znalazła niezwykle gorliwego czytelnika — mnie. Stała się wręcz moją codzienną lekturą, podobnie jak dziś Wikipedia należy do najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron internetowych.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku hasło Realizm
Jedna ze stron Encyklopedii, prezentująca sześć malowideł Realizmu. Wielokrotnie napotykałem niektóre z nich —  szczególnie to pierwsze, "Kobiety zbierające kłosy" (lub "Zbierające kłosy"). W języku angielskim tytuł jest o wiele krótszy —  "The Gleaners", jako że istnieje czasownik "to glean", sam w sobie oznaczający "zbierać zboże lub inne produkty pozostawione przez żniwiarzy". Zresztą w języku francuskim tytuł też jest podobny, "Des glaneuses". A patrząc na "Burłacy" I. Riepina, przypomina mi się moje burłaczenie małej żaglówki wzdłuż kanału do Węgorzewa. Nota bene, o wiele bardziej znany jest podobny obraz Riepina, "Burłacy na Wołdze", absolutnie genialny. Uwielbiam też jego inny obraz, "Procesja w guberni kurskiej", istne dzieło sztuki.

Godzinami wertowałem jej strony, oglądając kolorowe i czarno-białe wkładki przedstawiające obrazy, rzeźby, fotografie, mapy i zabytki. Co ciekawe, nawet obecnie zdarza mi się rozpoznać jakieś dzieło sztuki tylko dlatego, że widziałem je kiedyś właśnie w tej encyklopedii.

Przez pewien czas nosiłem się nawet z zamiarem przeczytania jej od A do Z. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że wiele haseł nie mieści się w kręgu moich zainteresowań. Znacznie bardziej odpowiadało mi przeglądanie jej strona po stronie i wybieranie tego, co akurat przyciągało moją uwagę.

Po kilku latach takiej lektury DOSŁOWNIE nie było w niej strony, której nie rozpoznawałbym wizualnie. A przecież całość liczyła około 3300 stron.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku strona numer 424
Jedna ze stron Encyklopedii, z hasłami od "Chabówka" do "Chakani Afzaluddin". Również na tej stronie znajduje się reprodukcja słynnego obrazu Marca Chagalla "Ja i wieś". Uwielbiam go! Będąc w Nowym Jorku, w Museum of Modern Art, kupiłem cały zestaw kartek pocztowych z malowidłami Chagalla.

Oczywiście hasła dotyczące polityki i historii często zawierały przekłamania, półprawdy lub zwyczajną propagandę. Mimo to nawet zachodnie środowiska polonijne, a bodajże także Radio Wolna Europa, były pozytywnie zaskoczone wysokim poziomem merytorycznym całego wydawnictwa.

Znalazłem również kilka drobnych błędów, choć dziś nie pamiętam już ich treści. Nie było natomiast hasła „Katyń”. Jak wspominałem w innym wpisie, redaktorzy nie chcieli firmować kłamliwych informacji o tej zbrodni, a jednocześnie nie mogli napisać prawdy. Ostatecznie zdecydowano więc, że hasła w ogóle nie będzie. Sam ten fakt wiele mówił uważnemu czytelnikowi.

Według Encyklopedii, Stanisław Haller zmarł w 1940 roku —  to znaczy, był zamordowany przez Sowietów, a NIE przez Niemców

Udało mi się także odnaleźć maleńkie „ziarno prawdy”. W haśle poświęconym generałowi Stanisławowi Hallerowi, jednej z ofiar zbrodni katyńskiej, podano jedynie, że „zmarł w 1940 roku”. Była to niewielka informacja, ale pośrednio wskazywała rzeczywistych sprawców tej masakry. Na ten temat napisałem nawet krótką notatkę do jednej z polonijnych gazet w Toronto pod tytułem „Ziarno prawdy w PRL-owskiej encyklopedii”.

Być może dzięki mojej codziennej lekturze Encyklopedii zacząłem dość wcześnie czytać czasopisma i gazety, szczególnie „Życie Warszawy”. Wycinałem też z nich ciekawsze artykuły i wklejałem do specjalnego zeszytu dużego formatu. Niestety, przepadł on po moim wyjeździe z Polski.

Często kupowałem również gazetę „Czerwony Sztandar” — polskojęzyczny dziennik ukazujący się na Litwie i dostępny w polskich kioskach. Pomijając fakt, że gazeta dosłownie śmierdziała farbą drukarską i już po kilku minutach czytania brudziła ręce, sprawiała wręcz tragiczne wrażenie w porównaniu z gazetami i czasopismami wydawanymi w PRL.

Nierzadko cała pierwsza strona (a może i następne) była poświęcona danym statystycznym dotyczącym wykonania lub przekroczenia kwartalnych i rocznych planów gospodarczych albo ogromnym komunikatom i obwieszczeniom władz partyjnych, pewnie żywcem przedrukowywanym z moskiewskiej "Prawdy". Wiadomości ze świata zajmowały niewiele miejsca, a jeśli już się pojawiały, przedstawiały Zachód w wyjątkowo negatywnym świetle.
Pamiętam, że gdy zmarł Kardynał Stefan Wyszyński w 1981 roku, w gazecie pojawiła się może jednozdaniowa wzmianka - i niewykluczone, że niektórzy cenzorzy mogli się nawet temu sprzeciwiać.

Gdy kilka razy przyniosłem tę gazetę do szkoły i pokazałem ją kolegom, byli autentycznie zaszokowani jej poziomem i publikowanymi treściami. Nic więc dziwnego, że dla mieszkających na Litwie Polaków gazety i czasopisma wydawane w Polsce były niezwykle interesującą lekturą i wręcz otwierały im okno na inny świat.

Już w Kanadzie spotkałem Litwinkę, która mieszkając na Litwie w czasach sowieckich samodzielnie nauczyła się języka polskiego po to, aby słuchać polskiego radia i oglądać polską telewizję. Opanowała również czytanie po polsku, dzięki czemu uzyskała dostęp do wielu polskich książek niedostępnych po rosyjsku, a czasami wręcz zakazanych w ZSRS. Po emigracji do Kanady wyszła za mąż za Polaka. Jej znajomość języka polskiego była naprawdę imponująca i budziła mój szczery podziw.

W liceum bardzo poważnie rozważałem studiowanie nauk politycznych. W okresie „Solidarności” (1980–1981) czytałem ogromne ilości gazet, a także — rzecz jasna — słuchałem wielu zachodnich rozgłośni nadających po polsku. Oprócz słynnego Radia Wolna Europa były to również BBC, Głos Ameryki, Deutsche Welle i kilka innych stacji.

Słuchałem także Interradia Praga, nadawanego po polsku z Czechosłowacji. Była to wyjątkowo perfidna i skrajnie antysolidarnościowa rozgłośnia prowadzona przez zatwardziałych komunistów, którzy pod niebiosa wychwalali system komunistyczny.

Od czasu do czasu warto było również posłuchać Radia Pekin, choć na ogół było ono raczej nudne. Rzadko natomiast słuchałem Radia Moskwa, ponieważ kilka wysłuchanych przeze mnie audycji okazało się tak bezbarwnych, zakłamanych i jednostronnych, że szybko zrezygnowałem z regularnego odbioru tej stacji.

Najlepszą rozrywką było jednak słuchanie Radia Tirana, którego nawet władze PRL nie zagłuszały. Był to swoisty kabaret polityczny, z którego można było się szczerze pośmiać. Pamiętam dłuższą audycję krytykującą Związek Sowiecki za to, że prywatne osoby mogły posiadać niewielkie „działki przydomowe”, co — zdaniem albańskich propagandystów — było sprzeczne z duchem "prawdziwego" komunizmu.

Co ciekawe, obywatele ZSRS rzeczywiście otrzymywali takie działki, zazwyczaj o powierzchni od 0,15 do 0,5 hektara. Mimo że stanowiły one zaledwie około 3% całkowitej powierzchni gruntów rolnych kraju, dostarczały od 25 do 30% całej produkcji rolnej Związku Sowieckiego.

Radio Tirana nadawało również prześmieszne — i zarazem potwornie nudne — utwory poetyckie wychwalające pod niebiosa przywódcę Albanii Envera Hodżę oraz jego nieomylną mądrość.

W każdym razie w 1981 roku byłem niezwykle zainteresowany sytuacją polityczną w Polsce i na świecie. Posunąłem się nawet do tego, że wymyśliłem temat przyszłej pracy magisterskiej — a może nawet doktorskiej — poświęconej wydarzeniom tamtego okresu. Chociaż na studiach ukończyłem dwa kursy z zakresu nauk politycznych, z których jeden częściowo dotyczył Związku Sowieckiego, moje dalsze wykształcenie i kariera zawodowa potoczyły się w zupełnie innym kierunku. I dobrze, bo znalezienie pracy po takim kierunku byłoby niezmiernie trudne. 

Tak czy inaczej, Encyklopedia PWN umożliwiła mi poznanie ogromnej liczby faktów i zagadnień, które pamiętam do dziś. Po przyjeździe do Kanady kupiłem jednotomową encyklopedię anglojęzyczną, a także zdobyłem kilka starszych wydań amerykańskich publikacji tego typu. A poza tym często zaglądałem do różnych encyklopedii w czytelni uniwersyteckiej, jak też książek typu "Who is who", które nawet pomogły mi w znalezieniu pracy i raz zrobiły całkiem duże wrażenie na prezydencie kanadyjskiej filii bardzo znanej firmy amerykańskiej, będącej jednym z największych na świecie producentów i sprzedawców napojów bezalkoholowych oraz produktów spożywczych. Od tego momentu świetnie mnie pamiętał, co nawet wzbudzało zdziwienie co poniektórych pracowników.

W latach osiemdziesiątych ukazała się znakomita, bogato ilustrowana, czterotomowa Encyklopedia Kanady. Kupiłem ją za 150 dolarów i przez wiele lat bardzo często z niej korzystałem. Dopiero w ubiegłym roku (2025) oddałem ją do antykwariatu. Przegrała nierówną walkę z Internetem.

Trudno mi jednak rozstać się z moją czterotomową Encyklopedią PWN, która kilkanaście lat temu przywędrowała za mną do Kanady. Nadal stoi na półce i przywołuje niezliczone wspomnienia z dzieciństwa oraz młodości spędzonej w Polsce. I już przydała mi się w tworzeniu kilku wpisów tego bloga!

Dziś komplet wszystkich czterech tomów można kupić za około 20 złotych. Paradoksalnie jest więc tańszy niż niejeden współczesny magazyn. A przecież dla mnie jego wartość pozostaje praktycznie bezcenna.

*****

I jeszcze jedna historyjka, częściowo związana z Encyklopedią PWN.

W 1992 roku poznałem w Kanadzie Irenkę P., z wykształcenia architektkę, która przez kilka dni pracowała nawet w moim biurze. Podczas jednej z rozmów wspomniałem, że w pobliskim Buffalo, w stanie Nowy Jork, znajduje się słynny Guaranty Trust Building (dawniej Prudential Building), ukończony w 1896 roku i uważany za jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. Budynek został zaprojektowany przez znanych architektów Dankmara Adlera i Louisa Sullivana. Przy okazji dodałem, że Sullivan był jednym z czołowych przedstawicieli tzw. Szkoły Chicagowskiej oraz współtwórcą nowoczesnego biurowca.

Czterotomowa Encyklopedia PWN z lat 70. XX wieku Buffaly, NY Guaranty Trust Building, Sullivan
Hasło w Encyklopedii o L. H. Sullivanie i zdjęcie budynku Guaranty Trust Building w Buffalo, New York

Muszę przyznać, że zrobiłem na Irence niemałe wrażenie tą dość specjalistyczną wiedzą, którą mało kto posiadał. Nie zdradziłem jednak od razu, że niemal wszystkie te informacje pochodziły z mojej ukochanej Encyklopedii PWN, w której znajdowało się nawet zdjęcie tego budynku.

Buffalo, New York Guaranty Building, Sullivan

Irenka znała twórczość Sullivana ze studiów architektonicznych i wyraziła zainteresowanie obejrzeniem budynku na własne oczy. Wkrótce więc (w 1993 r.) wybraliśmy się do Buffalo moim pierwszym samochodem, Hondą Accord Hatchback z 1983 roku, kupioną cztery lata wcześniej za 7.000 dolarów (o 2.000 dolarów mniej, niż początkowo zażyczył sobie dealer). I chyba była to już ostatnia taka dłuższa przejażdżka tym samochodem, bo za niecały miesiąc kupiłem nową Toyotę Corollę 1993. Sprzedałem ją dopiero po ponad 30 latach, w 2023 roku!

Buffalo, New York, Guaranty Building, Sullivan

Po zaparkowaniu samochodu w centrum miasta bez trudu odnaleźliśmy charakterystyczny gmach. Już z daleka wyróżniał się spośród okolicznej zabudowy.

Samo Buffalo zrobiło jednak na nas przygnębiające wrażenie. Wiele sklepów miało zabite deskami okna i drzwi, ulice były niemal puste, a miasto sprawiało wrażenie pogrążonego w długotrwałym kryzysie. Pamiętam nawet policyjny pościg zakończony aresztowaniem jednego z czarnoskórych mieszkańców. Trudno nam było znaleźć przyzwoitą kawiarnię, gdzie moglibyśmy usiąść przy kawie i ciastku. Czasy świetności i prosperity Buffalo najwyraźniej dawno minęły, a o dawnej zamożności przypominały już głównie imponujące budynki z przełomu XIX i XX wieku.

Buffalo, New York, City Hall, 1993
Ratusz w Buffalo to 32-piętrowy wieżowiec w stylu art déco. Ukończony w 1931 roku i wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych w 1999 roku, ma 398 stóp (121 m) wysokości i pełni funkcję oficjalnej siedziby lokalnego samorządu. Gdy po raz pierwszy oglądałem film "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku, od razu pomyślałem o tym budynku-przypominał bardzo filmową Nową Wieżę Babel

Nowa Wieża Babel z filmu "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku
Źródło: Domena publiczna

Natknąłem się również na tablicę poświęconą Stanleyowi Makowskiemu, byłemu burmistrzowi Buffalo polskiego pochodzenia. Później kupiłem lokalną gazetę i zajrzałem do działu ogłoszeń towarzyskich. Zaskoczyła mnie liczba polskich nazwisk pojawiających się w informacjach o ślubach, jubileuszach czy nekrologach.

Okazało się, że Buffalo rzeczywiście przez wiele dziesięcioleci było jednym z ważniejszych skupisk Polonii w Stanach Zjednoczonych. Nadal funkcjonowały tam polskie parafie i organizacje, choć większość osób polskiego pochodzenia przeniosła się już do okolicznych przedmieść i mniejszych miejscowości otaczających miasto.

Chociaż nigdy nie miałem okazji jej odwiedzić, w Buffalo znajduje się niezmiernie ciekawa Bazylika św. Wojciecha (St. Adalbert's Basilica). Była wybudowana w 1890 roku  przez polskich emigrantów i w 1907 roku otrzymała z Watykanu desygnację "Bazylika"-pierwsza w USA!

Saint Adalbert's Basilica, Buffalo, New York
Bazylika Św. Wojciecha (Saint Adalbert's Basilica), 212 Stanislaus Street, Buffalo, New York
Źródło: Wikimedia Commons, Domena Publiczna

O tym kościele dowiedziałem się dopiero na początku XXI wieku od jednego z moich wieloletnich klientów, którego brat był w niej proboszczem. Niestety, bazylika została permanentnie zamknięta. Mimo licznych protestów i odwołań parafian decyzja o jej zamknięciu została utrzymana. Ostatnia regularna niedzielna msza święta została odprawiona 18 września 2011 roku, kończąc całoroczne obchody 125-lecia istnienia parafii.

Na szczęście bazylika nie została całkowicie opuszczona. Do dziś odbywają się w niej cztery doroczne msze okolicznościowe, a ponadto organizowane są śluby, pogrzeby, chrzty, wycieczki oraz inne wydarzenia.

Jest to niezwykle smutne, ponieważ okolica tej świątyni przez dziesięciolecia stanowiła serce jednej z największych społeczności polsko-amerykańskich w Buffalo. Do dziś znajdują się tam ulice o nazwach Sobieski Street, Paderewski Drive i Kosciuszko Street, przypominające o polskich korzeniach tej dzielnicy.

Obecnie okolica bardzo się zmieniła. Dawną społeczność polsko-amerykańską zastąpiła zróżnicowana etnicznie ludność, składająca się głównie z Afroamerykanów (tzn. murzynów) oraz rosnących społeczności wietnamskiej i bangladeskiej. Niestety, mieszkańcy Buffalo często odradzają spacery po tej okolicy po zmroku.

Kto wie, może kiedyś się na taką mszę udam, albo przynajmniej na zwiedzenie tej świątyni-znajduje się ona 150 km ode mnie, ok. 2 godziny jazdy i dojazd jest raczej prosty.

Warto również wspomnieć, że to właśnie w Buffalo w 1901 roku został postrzelony prezydent Stanów Zjednoczonych William McKinley. Zamachu dokonał Leon Czolgosz, amerykański anarchista polskiego pochodzenia. McKinley zmarł osiem dni później wskutek odniesionych obrażeń, natomiast Czolgosz został skazany na karę śmierci i jeszcze w tym samym roku stracony.

Buffalo, New York, Millard Fillmore, Historical Plaque

Również na jednym z budynków widniała pamiątkowa tablica dotycząca innego prezydenta Stanów Zjednoczonych:

W tym miejscu w swoim domu
Millard Fillmore
Trzynasty prezydent Stanów Zjednoczonych
Mieszkał tu od 1858 roku aż do śmierci 8 marca 1874 roku
Ta tablica została wzniesiona w 1924 roku przez
Towarzystwo Historyczne Miasta Buffalo
Którego był założycielem
I pierwszym prezydentem w latach 1862-67

Jeszcze przed wyjazdem obiecałem Irence, że zaproszę ją do dobrej restauracji rybnej. Przygotowałem nawet listę takich lokali w Buffalo, ale ku mojemu zdziwieniu większość z nich już nie istniała.

W końcu niezwykle sympatyczny starszy czarnoskóry mężczyzna poradził nam, abyśmy pojechali do pobliskiej Cheektowagi. Polecił konkretną restaurację specjalizującą się w owocach morza, podał dokładny adres i szczegółowo wyjaśnił, jak tam trafić.

Ja prowadziłem samochód, a Irenka została moim pilotem. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej ani później nikt nie prowadził mnie po nieznanym mieście tak sprawnie jak ona. Jej umiejętność czytania map była wręcz imponująca. Być może miało to związek z architektonicznym wykształceniem i wyjątkową orientacją przestrzenną.

Do restauracji dotarliśmy rekordowo szybko i rzeczywiście okazała się znakomita. W nagrodę za nasze poszukiwania mogliśmy delektować się wyśmienitymi daniami rybnymi i owocami morza.

Przez następny rok lub dwa utrzymywaliśmy jeszcze kontakt telefoniczny. Potem jednak stopniowo się urwał i, o ile wiem, Irenka wróciła do Polski.

Kilka lat temu próbowałem odnaleźć ją w Internecie. Z informacji, na które natrafiłem, wynikało niestety, że najprawdopodobniej od 2004 roku nie ma jej już wśród nas... 😢😢😢

___________________________________

Przypisy

⬆ *) W czasach PRL uczniowie byli zobowiązani do uczestnictwa w corocznych zbiórkach makulatury. Każdy musiał dostarczyć kilka kilogramów starych gazet, czasopism lub książek, a za większe ilości można było otrzymać symboliczne nagrody.

W związku z tym chodziliśmy po naszym bloku od drzwi do drzwi, pytając mieszkańców, czy nie mają starych gazet albo magazynów przeznaczonych na wyrzucenie. Często w ten sposób jednego wieczora udawało się zdobyć po kilka, a nawet kilkanaście kilogramów papieru.

Problem pojawiał się wtedy, gdy lokatorzy pytali przez drzwi:

        — Kto tam?

Trudno było za każdym razem wygłaszać dłuższe wyjaśnienia, więc wymyśliłem tajemniczo brzmiący skrót:

        — ZZM!

Nikt nigdy nie zapytał, co on właściwie oznacza. Być może dlatego, że brzmiał dostatecznie urzędowo i oficjalnie — trochę jak ZMP, ZHP, ZMS czy inne socjalistyczno-komunistyczne organizacje tamtej epoki. Drzwi się otwierały, a my mogliśmy wyjaśnić cel wizyty i często wracaliśmy z pokaźnym plonem gazet. Czy któryś z czytelników domyśli się, co oznacza ten tajemniczy skrót?

Nasze zaangażowanie przyniosło efekty. Pod koniec roku zostaliśmy wyróżnieni za zebranie rekordowej ilości makulatury. O ile pamiętam, było to bodaj jedyne szkolne wyróżnienie, jakie otrzymałem zarówno w podstawówce, jak i później w szkole średniej. I na studiach również 😁.

Nagrody jednak jakoś nie było... ☹

Kiedyś czytałem wspomnienia pewnego autora, który również opisywał szkolne zbiórki makulatury. Twierdził, że w jego szkole niewywiązanie się z normy mogło prowadzić do całkiem poważnych konsekwencji, a nawet problemów z otrzymaniem świadectwa. Każdy więc starał się zdobyć wymaganą ilość papieru, co nie zawsze było łatwe.

W końcu ktoś wpadł na pomysł wręcz genialny w swojej prostocie.

W księgarniach można było kupić za symboliczne kwoty dzieła Marksa, Engelsa, Lenina oraz innych klasyków marksizmu-leninizmu. Niektórzy uczniowie uznali więc, że zamiast mozolnie zbierać stare gazety, taniej i szybciej będzie kupić kilka tomów ideologicznych publikacji i natychmiast oddać je do punktu zbiórki makulatury (gdzie było ich właściwe miejsce!)

Nie wiem, czy dyrekcja szkoły kiedykolwiek zorientowała się w tym procederze. Jeśli tak, to trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiła ją, czy zirytowała pomysłowość uczniów.

Jedno jest pewne — ich inwencja zasługuje na uznanie.

*****

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

czwartek, 9 lipca 2026

Eliza Grochowiecka — wokalistka zespołu „Andrzej i Eliza oraz „koleżanka” ze szkoły

Podczas tej samej styczniowej imprezy w Sali Kongresowej (4 stycznia 1975 r.) występowała również Eliza Grochowiecka (ur. 1950), znana przede wszystkim ze znanego zespołu wokalno-instrumentalnego „Andrzej i Eliza”, który współtworzyła ze swoim mężem, Andrzejem Rybińskim, w latach 1971–1981. Do tej pory pamiętam wiele przebojów tej grupy.

Eliza Grochowiecka

Co ciekawe, niedawno odkryłem, że była absolwentką XL Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Warszawie. Wówczas nie mogłem przewidzieć, że za dwa i pół roku sam trafię do tej samej szkoły, a ponad 6 lat później również zostanę jej absolwentem. Jednakże nie pamiętam, aby nauczyciele kiedykolwiek wspominali nam o niej, chociaż z pewnością wielu z nich ją pamiętało.

Eliza Grochowiecka wyjechała z Polski po 1981 roku i od tamtego czasu mieszka w Niemczech.


JUŻ WKRÓTCE NA BLOGU…

W drugiej połowie lipca 2026 roku zamieszczę pierwszą z dwóch części wpisu „Harcerstwo i nurkowanie — Klub Podwodny Wanda”.

Będzie to opowieść o nurkowaniu, żeglarstwie i pływaniu na kanu, a także wspomnienia z kursu nurkowego w warszawskim Klubie Podwodnym „Wanda” oraz kilkutygodniowego obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów na Jeziorze Śniardwy w lipcu 1979 roku, odbywającego się podczas 35. rocznicy Polski Ludowej. Opowiem również o tym, jak po przyjeździe do Kanady odkryłem nową pasję – wielodniowe wyprawy na kanu po jeziorach i rzekach Ontario.

Serdecznie zapraszam do lektury!

******

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/