Część V: Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne Polska-Kanada-Wielka Brytania, 30 czerwca 1974 r. na stadionie "Skra" w Warszawie
Najcenniejszym autografem zdobytym tego dnia okazał się — rzecz jasna — podpis Bronisława Malinowskiego (1951–1981), wybitnego polskiego biegacza średnio- i długodystansowego, specjalizującego się w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Zdobył on srebrny medal olimpijski w Montrealu w 1976 roku oraz złoty medal w Moskwie w 1980 roku w tej właśnie konkurencji.
 |
| Bronisław Malinowski |
Doskonale pamiętam okoliczności zdobycia jego autografu. Po zakończeniu zawodów, już poza stadionem, zauważyłem Malinowskiego stojącego w kolejce do… saturatora z wodą sodową. Ku mojemu zdziwieniu wypił kilka szklanek wody jedna po drugiej. Zastanowiło mnie to — czyżby zawodnikom nie zapewniano napojów po starcie? Tak czy inaczej, była to doskonała okazja, aby podejść i bez problemu zdobyć jego podpis.
Przy tej okazji warto wspomnieć o niezwykle charakterystycznym elemencie krajobrazu PRL — ulicznych saturatorach. Były to wózki na dwóch kołach, wyposażone w butlę ze sprężonym dwutlenkiem węgla, zbiorniki z wodą oraz słoje z dozownikami syropów o sztucznych aromatach owocowych — najczęściej malinowym i cytrynowym. Całość uzupełniały węże doprowadzające wodę oraz kilka szklanek wielokrotnego użytku. Sprzedawcy często chronili się przed słońcem pod dużymi parasolami.
 |
| Saturator. Źródło: Wikimedia Commons |
Saturatory były niezwykle popularne w Warszawie i innych miastach. Oferowały wodę sodową czystą lub z dodatkiem syropu. W „moich czasach” szklanka czystej wody kosztowała 30 groszy, a z sokiem — złotówkę. Po wypiciu szklanka była jedynie symbolicznie „płukana”, co — mówiąc delikatnie — pozostawiało wiele do życzenia pod względem higieny. Nic dziwnego, że potocznie nazywano tę wodę „gruźliczanką”.
 |
Samoobsługowy saturator z wodą sodową Źródło: Wikipedia Commons |
Pamiętam również samoobsługowe saturatory. Wystarczyło wrzucić monetę i nacisnąć odpowiedni przycisk, aby otrzymać napój. Dwa takie urządzenia przez pewien czas stały na północno-wschodnim rogu ulic Świerczewskiego i Żelaznej w Warszawie, tuż przy budynku Urzędu Dzielnicy Wola. Niestety rzadko udawało się z nich skorzystać — często brakowało szklanek albo urządzenia były uszkodzone, m.in. dlatego, że użytkownicy zamiast wrzucać monetę, uderzali w maszynę pięścią — i, o dziwo, ta metoda rzeczywiście działała!
 |
Samoobsługowy saturator w Związku Sowieckim w 1987 roku Źródło:“A Day in the Life of the Soviet Union”, autor Paul Chesley |
Warto dodać, że tego typu urządzenia były produkowane m.in. w Związku Sowieckim, gdzie również cieszyły się dużą popularnością. W znakomitym albumie „A Day in the Life of the Soviet Union” („Dzień z życia Związku Sowieckiego”), zawierającym zdjęcia stu czołowych fotoreporterów świata wykonane jednego dnia — 15 maja 1987 roku — znajduje się fotografia kilku dziewczynek stojących przy samoobsługowych saturatorach. Jej autorem jest Paul Chesley z USA. W dołączonym podpisie wyjaśniono, że radzieckie automaty wydawały napoje gazowane lub soki, ale nie oferowały jednorazowych kubków; zamiast tego użytkownicy mieli opłukać i ponownie użyć wspólnej szklanki. Przynoszenie własnej szklanki było podobno uważane za „niekulturalne”, co oznaczało naruszenie niepisanej etykiety społecznej.
Nie przypuszczam, aby przyniesienie swojej własnej szklanki było uważana za „niekulturalne” w Polsce, jednakże nie przypominam sobie, aby ktokolwiek przynosił je ze sobą
😥😥😥
Wracając jednak do Bronisława Malinowskiego — jego życie zakończyło się tragicznie. Zginął w wypadku samochodowym 27 września 1981 roku na moście w Grudziądzu. Dobrze pamiętam tamten dzień. W telewizji emitowano jakiś program — być może sportowy — prowadzony przez Tomasza Hopfera. W pewnym momencie odebrał on telefon i po chwili przekazał widzom tę wstrząsającą wiadomość.
**********
Z tymi zawodami wiąże się jeszcze jedna, niezwykle osobista historia. Po pewnym czasie w kiosku „Ruchu” natrafiłem na kartkę pocztową ze zdjęciem Malinowskiego — przedstawiała ona zarówno jego portret, jak i ujęcie z biegu przez przeszkody oraz reprodukcję autografu. Coś skłoniło mnie, aby przyjrzeć się jej dokładniej — i nagle nastąpił moment olśnienia.
 |
| Pocztówka z Bronisławem Malinowskim oraz... ze mną i moim ojcem! |
Okazało się, że fotografia została wykonana przez
Janusza Szewińskiego, męża legendarnej lekkoatletki i wielokrotnej medalistki olimpijskiej
Ireny Szewińskiej — właśnie na stadionie „Skry”, podczas tych samych zawodów, na których byłem obecny.
 |
| Ja i mój ojciec siedzimy na trybunach |
Ale to nie wszystko. Po lewej stronie zdjęcia bez trudu rozpoznałem… siebie i mojego ojca. Gdy pokazałem kartkę mamie, również niemal natychmiast nas zidentyfikowała. Choć nasze sylwetki są nieco rozmazane, doskonale pamiętam, gdzie siedzieliśmy — dokładnie naprzeciw rowu z wodą. Co więcej, po lewej stronie widoczny jest także sprzedawca z drobnymi przekąskami czy pamiątkami — pamiętam go bardzo dobrze, wraz z całym jego „majdanem”.
Witaj Jack
OdpowiedzUsuńO tego autografu naprawdę Ci zazdroszczę
Pozdrawiam zapachem bzu z ogrodu
Malinowski był niezmiernie znanym sportowcem, przykro, że tak nagle odszedł.
UsuńPozdrawiam!
Ależ historia! I okazuje się, że zostałeś uwieczniony na pocztówce z wybitnym sportowcem :-)
OdpowiedzUsuńNazwisko Bronisława Malinowskiego kojarzę, zapewne w tamtych latach też czytałam o jego wyczynach i natrafiałam na relacje w telewizji. Tragiczna śmierć nie utkwiła mi w pamięci. Dziękuję za przypomnienie.
Saturatory też pamiętam, może raz tylko skorzystałam z takiej wody z sokiem, ale akurat w tej kwestii moja mama mnie uczuliła na brak higieny w stosowaniu tej samej szklanki i pilnowała od dzieciństwa, żebyśmy nie pili tej wody.
Ja korzystałem często z saturatorów i do dzisiaj pamiętam smak wody sodowej z sokiem. Biorąc pod uwagę, że chyba wszystkie sklepowe napoje były ciepławe, włącznie z Coca-Cola, zimna woda sodowa wyróżniała się przynajmniej smakiem. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że brak higieny był przerażający, jakoś się nie zwracało na to uwagi. Niby był Sanepid (ba, nawet bardzo blisko mojego domu), ale wiele podobnych 'niedociągnięć' było tolerowanych. Na przykład pamiętam sklep, w którym sprzedawano masło na wagę-leżała jego ogromna bryła, ot tak na ladzie, bo nie było lodówki, i ekspedientka po prostu nożem odkrawała sprzedawane porcje. Raz kupiliśmy i było zjełczałe!
UsuńGratulacje
OdpowiedzUsuńDziękuję! Z pewnością jest to jeden z cenniejszych autografów, chociażby z powodu jego niespodziewanej śmierci.
Usuń