Mord 41 Żydów na ul. Żelaznej 89 — Przedwojenne "domy-studnie — Egzekucja 500 Polaków na ul. Żelaznej 87 — Przedwojenny budynek na rogu ulic Żelaznej i Ogrodowej — Przedwojenny budynek na ul. Żelaznej 91: tablica historyczna o Karolu Kurpińskim i zdjęcie leżącego Żyda z 1941 roku — Szkoły budowlane na ul. Młynarskiej — Konstrukcja biurowca na ul. Żelaznej 87 i wrażenia o zawodzie budowlańca widziane oczami nastolatków.
![]() |
| Zaznaczone na mapie satelitarnej Google obiekty, o których wspominam w blogu |
Będąc przy temacie ulicy Żelaznej 89, znalazłem dodatkowe informacje o tej kamienicy (zbudowanej dwa lata przed wybuchem wojny). Według świadka Stanisława Stefańskiego, na początku Powstania Warszawskiego, 2 sierpnia 1944 roku, „grupa 41 żydowskich powstańców została rozstrzelana przez gestapowca w podwórzu Żelaznej 89. Ich ciała następnie zostały spalone” (Relacja 301-2972; w Archiwum ŻIH).
![]() |
| Przeprowadzka do getta w 1940 roku. Ulica Żelazna 87 (po lewej stronie) i ulica Żelazna 89. Brama prowadząca na podwórze budynku Żelazna 89 znajduje się pomiędzy czwartą i piątą kolumną (filarem) tego budynku i przetrwała do obecnej chwili. Źródło: Fotopolska.eu. Public domain |
Stefański był świadkiem, jak w podwórzu przy Żelaznej 89 odprowadzano z Leszna 75 (budynek nie istnieje — w 1958 roku wzniesiono na jego miejscu nowy blok, obecnie al. „Solidarności” 147) grupami po cztery osoby — Żydów uczestniczących również w Powstaniu Warszawskim — gdzie starszy rangą gestapowiec rozstrzeliwał ich strzałem w tył głowy. Było to 19 osób. Po ich egzekucji sprowadzono kolejną grupę — 22 osoby, wśród których znajdowała się również siedemdziesięcioletnia kobieta, również rozstrzelana. Następnie, jak relacjonuje świadek, widział kłęby dymu nad palonymi ciałami 41 ofiar.
Stefański pisze: „w podwórzu przy Żelaznej 89”.
Jak widać na zdjęciach, budynek przy Żelaznej 89 posiada, podobnie jak większość przedwojennych warszawskich kamienic, przejazdową bramę. Jednak prowadzi ona nie na zamknięte podwórko, lecz na otwarty plac przed tylną częścią budynku i na szkolne boisko. Podobnie jest w przypadku wielu innych przedwojennych kamienic, których bramy dziś prowadzą nie na dawne podwórka, lecz właściwie „donikąd”.
Dla młodszych czytelników warto wyjaśnić, czym były tzw. „domy-studnie”. Był to bardzo charakterystyczny typ miejskiej zabudowy, spotykany przede wszystkim w Warszawie, Łodzi i innych dużych miastach. Od frontowej części kamienicy odchodziły oficyny boczne i tylna, tworząc zabudowę przypominającą literę „U”, a często nawet zamknięty prostokąt. W środku znajdowało się niewielkie, otoczone ze wszystkich stron budynkami podwórko. Ponieważ przypominało ono głęboką studnię otoczoną wysokimi ścianami, zaczęto je potocznie nazywać „domem-studnią” lub „podwórkiem-studnią”.
Takie podwórka były zazwyczaj bardzo ciasne, ciemne i ponure, ponieważ docierało do nich niewiele światła słonecznego i świeżego powietrza. Znajdowały się tam toalety, a wcześniej po prostu drewniane wychodki, zanim w mieszkaniach pojawiły się łazienki. Były tam również studnie lub pompy, z których mieszkańcy czerpali wodę do picia, gotowania i prania, wspólne śmietniki dla całej kamienicy, komórki lokatorskie, składy opału, gdzie przechowywano węgiel i drewno do pieców, a także niewielkie warsztaty rzemieślnicze, takie jak zakłady szewskie, stolarskie czy pralnie, wynajmujące najtańsze lokale na parterze oficyn.
Podwórka tętniły życiem. Bawiły się tam dzieci, gospodynie rozwieszały pranie, sąsiedzi godzinami rozmawiali ze sobą przez okna i na ławkach, a niemal wszyscy mieszkańcy doskonale się znali. Regularnie przyjeżdżali tam również handlarze oferujący swoje towary lub usługi. Stanowiły więc ważne centrum życia sąsiedzkiego.
Stanisław Grzesiuk pisał w swojej słynnej książce „Boso, ale w ostrogach”, że latem smród z podwórkowych toalet był potworny, a kiedy opróżniano szambo, trzeba było zamykać okna, bo – jak wspominał – można się było i w mieszkaniu od niego udusić.
Po wojnie wiele kamienic, które przetrwały w jako takim stanie, pozostawiono, jednak nieraz usuwano najbardziej zniszczone pożarami górne kondygnacje. Bardzo często rozbierano również zrujnowane oficyny boczne i tylne, tworzące charakterystyczny układ „studni”. W ten sposób zniknęły zamknięte podwórka i same „domy-studnie”, natomiast bramy przejazdowe pozostały, choć prowadziły już do otwartej przestrzeni.
Przez okno mojego pokoju w warszawskim mieszkaniu patrzyłem na tylną część takiej przedwojennej kamienicy przy ulicy Ogrodowej 50. Zachowała ona bramę przejazdową, ale prowadziła ona już nie na dawne podwórko, lecz na plac i chodniki otaczające powojenne bloki mieszkalne, ponieważ wyburzono część budynku tworzącą dawną „studnię”. Na zachowanych ścianach przez wiele lat można było nawet dostrzec ślady po rozebranych oficynach – zarysy klatek schodowych, stropów i miejsc, gdzie dawniej przylegały kolejne części kamienicy. Były one niemym świadectwem przedwojennego wyglądu budynku.
![]() |
| Kapliczka na tyłach budynku ul. Ogrodowa 50, która była widoczna z okna mojego pokoju. Źródło: Wikimedia Commons |
Obok kamienicy od zawsze stała kapliczka, która znajduje się tam do dziś. Najprawdopodobniej powstała podczas okupacji niemieckiej w latach 1939–1944 i być może stała na podwórku tej kamienicy.
Wracając do budynku przy Żelaznej 89 – według przedwojennych planów Warszawy była to również kamienica typu „dom-studnia”. Wszystko wskazuje jednak na to, że po wojnie rozebrano zniszczone oficyny tworzące zamknięte podwórko, pozostawiając jedynie frontową część budynku z charakterystyczną bramą przejazdową.
Na koniec relacji dodaje, że przed każdorazowym rozstrzelaniem grupy czterech osób były one wprowadzane do sklepu na rogu Leszna i Żelaznej (ówczesny adres: Leszno 79 i Żelazna 93 — obecnie okolica narożnika al. „Solidarności” 155) i poddawane „badaniu”, choć świadek nie znał jego przebiegu.
![]() |
| Source: Source: Wikimedia Commons. Author: Jolanta Dyr |
Na ścianie budynku Żelazna 89 znajduje się tablica pamiątkowa Tchorka o treści:
„Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. Tu we wrześniu 1944 w masowych egzekucjach hitlerowcy rozstrzelali około 350 Polaków”.
![]() |
| Od lewej: Żelazna 87 róg Ogrodowa 38, Żelazna 89, Żelazna 91, Żelazna 93 róg Leszno, Leszno 78 róg Żelazna (gimnazjum "Collegium"). 1940-1942 r. Oczywiście, jest to getto warszawskie. Na zdjęciu widać konny omnibus, zwany "konhellerką". 1) ⬇ Źródło: www.warszawa1939.pl |
![]() |
| Żelazna 87 róg Ogrodowa 38. 1940-1942. To zdjęcie musiało być zrobione kilkanaście sekund po poprzednim zdjęciu. Na zdjęciu widać konny omnibus, zwany "konhellerką". 1) ⬇ Źródło: www.fotopolska.eu / Centralna Baza Judaików http://judaika.polin.pl/dmuseion |
Tablica upamiętnia ofiary egzekucji przeprowadzanych przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego. Ulicą Żelazną przebiegała trasa, którą wypędzana ludność Starówki i Powiśla była prowadzona do punktu zbornego w kościele św. Wojciecha, a stamtąd na Dworzec Zachodni. We wrześniu 1944 roku pod budynkiem przy ul. Żelaznej 87 miały miejsce zbiorowe egzekucje uchodźców, w których mogło zginąć nawet ponad 500 osób (wg źródeł takich jak Wikipedia).
Chciałbym dodać, że na początku lat 70. XX wieku, zanim wzniesiono nowy budynek na rogu Żelaznej i Ogrodowej (Żelazna 87), znajdował się tam pusty plac, przez który można było przejść na skróty. Tablica Tchorka znajdowała się po południowej stronie budynku. Czasem zapalano tam znicze, a harcerze ze Szkoły Podstawowej nr 221 pełnili warty podczas uroczystości rocznicowych.
Przed wojną i w czasie okupacji niemieckiej znajdował się tam niski budynek, widoczny na fotografiach z getta warszawskiego (jego dwa zdjęcia zamieściłem powyżej).Trzecie zdjęcie z 1946 roku pokazuje jego ruiny — wkrótce został całkowicie rozebrany. Ulica Żelazna była jedną z głównych arterii warszawskiego getta.
Natomiast na budynku Żelazna 91 (52°14'21.4"N 20°59'14.5"E / 52.239278, 20.987364) znajdowała się tablica o treści:
„W tym domu zmarł dnia 19 IX 1857 r. Karol Kurpiński, dyrektor Opery Warszawskiej, zasłużony kompozytor i pedagog”.
(Najprawdopodobniej Kurpiński nie zmarł w tym konkretnym budynku, lecz w wcześniejszej zabudowie stojącej w tym miejscu.)
![]() |
| Źródło: Fotopolska.eu. Autor: Balbina (dziękuję autorce za udzielenie zgody na użycie tego zdjęcia) |
Treść tej tablicy znałem niemal na pamięć — nie dziwi to, ponieważ w latach 1977–1981 niemal codziennie czekałem przy przystanku autobusowym (2 metry od niej), jadąc do liceum przy Dworcu „Ochota”. Autobusy w PRL-u kursowały bardzo nieregularnie, więc często trzeba było długo czekać.
W tym samym budynku (Żelazna 91), zaledwie kilka metrów od tablicy, znajdował się antykwariat, do którego często zaglądałem. Gdy w latach 2014–2026 sprawdziłem to miejsce na Google Street View, okazało się, że działa tam „Antykwariat Tom”, choć trudno uznać go za bezpośrednią kontynuację tego sprzed dekad.
Kilka lat temu natrafiłem w Internecie na zdjęcia z getta warszawskiego wykonane latem 1941 roku przez niemieckiego żołnierza Willy’ego Georga. Jedno z nich przedstawia leżącego (nieżywego?) mężczyznę na chodniku przed sklepem. Muzeum Holokaustu w USA opisuje je jako:
„A man lies dead on the pavement in front of a shop in the Warsaw ghetto”.
![]() |
| Ulica Żelazna 91, 2018 Źródło: Google Street View |
Nie podano dokładnej lokalizacji, ale użytkownicy jednego z for o Warszawie zidentyfikowali miejsce jako budynek przy Żelaznej 91. Na zdjęciu widać sklep, który odpowiada dzisiejszemu antykwariatowi, a także charakterystyczną rynnę, która mogła przetrwać w niezmienionej formie przez dziesięciolecia.
W każdym razie na tym krótkim odcinku ulicy Żelaznej wydarzyło się wiele niezwykłych i niewyobrażalnie tragicznych zdarzeń — jak zresztą w tysiącach innych miejsc Warszawy.
***
W tej samej dzielnicy, na Woli, znajdował się Zespół Szkół Budowlanych przy ul. Młynarskiej, reklamowany broszurami wywieszonymi także w mojej szkole podstawowej. Jedna z nich przedstawiała ośmioklasistę, który pyta o szkołę:
„A co to za szkoła na Młynarskiej?”
i otrzymuje entuzjastyczną odpowiedź opisującą kierunki, pracownie, kluby zainteresowań oraz nawet wyprawy kajakowe (PRL-owska forma „reklamy edukacyjnej”, rzadko spotykana w tamtych czasach).
Na końcu chłopiec entuzjastycznie mówi:
„To ja idę na Młynarską!”
Była to jedna z nielicznych „broszur marketingowych” PRL-u, jakie pamiętam — dość nieporadna, ale jednak istniejąca.
Rzeczywistość wyglądała jednak inaczej — jak wiele rzeczy w systemie komunistycznym, które w teorii były wzorcowe, a w praktyce często odbiegały od rzeczywistości.
![]() |
| Budynek biurowy (ul. Żelazna 87) wybudowany na początku lat 70. XX wieku na rogu ulicy Żelaznej i Ogrodowej. Po prawej stronie widać budynek Żelazna 89 oraz Żelazna 91. Proszę porównać to zdjęcie z dwoma zdjęciami tego samego miejsca z lat okupacji niemieckiej oraz ze zdjęciem w 1946 roku ukazującym ruiny narożnego budynku. Źródło: Fotopolska.eu. Autor: Bogdan JS. Licencja: CC-BY 4.0 |
Pewnego ranka widziałem młodych robotników, którzy praktycznie nic nie robili. Jeden z nich głośno narzekał:
— Już jest godzina 11, a ja, k…a, jeszcze nie piłem piwa!
Innym razem po przerwie wracała grupa robotników w wyraźnym stanie nietrzeźwym. Wyszedł do nich młody, kulturalny inżynier, wyraźnie oburzony:
— Panowie, tak nie można!
— Spier...j! — ktoś do niego krzyknął, a jeden z robotników bezceremonialnie go odepchnął.
Z tyłu szkoły znajdowała się wąska rampa zjazdowa do kuchni (gdzie kiedyś przyjeżdżał nawet wóz konny po odpady kuchenne — w latach 70. sporadycznie spotykało się transport konny na ulicy Ogrodowej) oraz wejście do kilku mieszkań w budynku szkolnym — pewnie kiedyś mieszkali w nich nauczyciele lub pracownicy szkoły, którzy pomimo zmiany pracy nie chcieli się wyprowadzić i nadal zajmowali przydzielone im lokale. Czasem pracownicy z owej budowy spędzali tam przerwy, a na krawędziach rampy stała butelka wódki. Bo jak to mówią budowlańcy: „po szklanie i na rusztowanie”.
Przez pewien czas pracownicy budowy spożywali posiłki w szkolnej stołówce, co doprowadziło do konfliktów z personelem i nauczycielami — głównie z powodu nieodpowiedniego zachowania i używania nieprzyzwoitego języka.
Trzeba więc przyznać, że budowlańcy nie robili wtedy najlepszego wrażenia i swoimi manierami nie zachęcali do wyboru tej profesji.
***
Oczywiście mógłbym przytoczyć znacznie więcej historii z lat szkolnych — być może wrócę do nich w kolejnych wpisach.
Do dziś (piszę to 29 maja 2026 roku) szkoła nadal istnieje i została niedawno gruntownie wyremontowana. Zapewne uczęszczały do niej dzieci, a obecnie być może również wnuki moich dawnych kolegów i koleżanek — bo wielu z nich nadal mieszka w tej okolicy.
___________________________________
Przypisy
1) ⬆ Na zdjęciach widać „konhellerki” – konne omnibusy, które były głównym środkiem transportu publicznego w getcie warszawskim. Ich potoczna nazwa pochodziła od nazwisk dwóch potężnych przedsiębiorców i zarazem niesławnych kolaborantów – Moryca Kohna i Zeliga Hellera.
Kohn i Heller byli znani z szantażowania żydowskich kupców oraz donoszenia na nich władzom. Gdy ich ofiary trafiały do aresztu, często proponowali zorganizowanie ich uwolnienia w zamian za wysoki okup. Dzięki bliskim kontaktom z Abrahamem Gancwajchem, szefem osławionego Urzędu do Walki z Lichwą i Spekulacją – zwanego „Trzynastką” (od adresu Leszno 13, gdzie mieściła się jego siedziba; budynek istnieje do dziś) – oraz z niemieckimi władzami getta, czuli się praktycznie nietykalni.
Podczas Wielkiej Akcji (rozpoczętej 22 lipca 1942 r. masowej wywózki Żydów do obozu zagłady w Treblince) Kohn i Heller dostrzegli okazję do zrobienia kolejnego, gigantycznego biznesu. Wykorzystując swoje przepustki i wpływy u Niemców, zaczęli oferować zamożnym Żydom odpłatne wyciąganie z wagonów śmierci i placu selekcyjnego na Umschlagplatzu. Pobierali za to astronomiczne sumy w złocie, dolarach i brylantach.
Rankiem 7 sierpnia 1942 roku Kohn i Heller zostali wezwani do gmachu Służby Porządkowej przy ul. Ogrodowej 17. Oficjalnym pretekstem, jaki wysunęli Niemcy, było oskarżenie o nielegalny szmugiel brylantów.
Według relacji świadków z getta (m.in. zapisków zbieranych przez podziemne archiwum Emanuela Ringelbluma), w gabinecie niemieckich oficerów (główną rolę grał tam kat getta, Untersturmführer Karl Georg Brandt, gestapowiec kierujący podreferatem IV B 4, odpowiedzialnym za sprawy żydowskie) doszło do gwałtownej awantury. Niemcy zażądali wydania całego ukrytego złota i walut. Gdy Kohn i Heller zorientowali się, że zostali zapędzeni w kozi róg, zaczęli krzyczeć i błagać o litość, powołując się na lata wiernej służby i donosicielstwa. Brandt osobiście lub jego podwładni poturbowali obu mężczyzn, po czym rozkazali wyprowadzić ich na podwórze kamienicy.
Moryc Kohn stawiał zaciekły opór, krzyczał, płakał i musiał być wleczony przez oprawców siłą. Zelig Heller – według relacji – szedł zupełnie spokojnie, zrezygnowany, „blady jak trup”, ze swoim charakterystycznym uśmiechem na twarzy. Obaj zostali rzuceni pod mur i natychmiast zastrzeleni strzałami w kark.
Niemcy pozwolili rodzinie zabrać ciała. Zostali oni pochowani w imiennych grobach na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie, co w warunkach trwającej wywózki setek tysięcy ludzi do Treblinki było wyjątkowym "przywilejem", na który stać było tylko ich najbliższych. Ich śmierć była jasnym sygnałem dla całego getta, że niemieccy naziści nie oszczędzą nikogo – nawet swoich najbardziej oddanych i zasłużonych sług.
*******
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
******
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

.jpg)



.jpg)


.jpg)








I tak zataczasz w swej opowieści coraz szersze kręgi!
OdpowiedzUsuńTe studnie pamiętam, ale i po wojnie zaczęto budować bloki jak studnie, może nie tak ściśle obok siebie, ale bardzo blisko, co powoduje, że akustyka dla mieszkańców jest nie do zniesienia, wieczorami słychać każdy szept, a gdy w środku plac zabaw, to tylko uciekać do lasu!
Bloki - studnie były, moim zdaniem, okropne! Zastanawiałem się, dlaczego przyjęto ten styl budowy i doszedłem do wniosku, że chyba jednym z podstawowych powodów było bezpieczeństwo. Wówczas oświetlenie ulic właściwie nie istniało i wejście do takiej fortecy był jedynie przez bramę, która na noc była zamykana—pamiętam z książek, jak mieszkańcy w nocy pukali do dozorcy, aby otworzył bramę i dawali mu za to parę groszy.
UsuńCzytałem, że po wojnie w Warszawie niektórzy architekci nadal preferowali ten styl budownictwa—na szczęście przeważyli ci bardziej ‘nowocześni’ i chociaż budowane wówczas bloki mieszkalne były dalekie od perfekcji, to jednak o niebo lepsze od przedwojennych studni.
Patrząc na mapę Google Street View widzę, że obecnie jest chyba gorzej, niż w PRL—w każdym wolnym miejscu powstają nowe budynki, tworząc innego rodzaju „studnie”.
Akustyka to chyba oddzielny problem i w Polsce, i w Kanadzie. Po prostu deweloperzy chcą zaoszczędzić, stosują cienkie ściany działowe z minimalnym wyciszeniem—bo ludzie i tak to kupią.
Bardzo głęboko i szeroko historycznie udokumentowany Twój dzisiejszy wpis. Tyle w nim szczegółów! Wycinek historyczny Twojego miejsca w Warszawie jest częścią tej większej historii, w której działy się rzeczy straszne. Dzisiaj takie jedno dawne zdjęcie jest nieocenionym dokumentem analiz na wielu płaszczyznach. Można się niemal naocznie przekonać jaką grozą jest wojna, można się zadumać nad ludzkim okrucieństwem, podłością i czasami bohaterstwem.
OdpowiedzUsuńZnam takie kamienice studnie, bo nadal są np. w Lublinie. Nigdy w takiej nie mieszkałam, ale czasami gdy gdzieś wyjeżdżam, znajduję nocleg w hostelu lub apartamentach ulokowanych właśnie w takich studniach. Oczywiście są po renowacji, odnowione, ale bywają i takie z podwórkiem, na którym stoją jakieś szopy, garaże, kontenery an śmieci też. Natomiast od głównej fasady przy głównej ulicy najczęściej znajdują się w nich lokale gastronomiczne i usługowe.
Bardzo dziękuję!
UsuńTrochę za bardzo rozpisałem się w tym i poprzednim wpisie, ale ten temat od zawsze mnie fascynował. Jako dziecko te makabryczne wydarzenia wojny i okupacji były dla nas czymś zaskakująco „normalnym”. Wojna wciąż była żywą częścią codzienności – wokół stało jeszcze wiele zrujnowanych i ostrzelanych budynków, a jedną z naszych ulubionych zabaw było bawienie się w wojnę.
Gdybym wtedy dowiedział się o kolejnych tysiącach ofiar z mojej najbliższej okolicy, prawdopodobnie nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Dopiero po wielu latach zacząłem patrzeć na te wydarzenia z odpowiedniej perspektywy i zrozumiałem ich prawdziwy ogrom oraz tragedię ludzi, którzy tu żyli. Chociaż następne wpisy będą znacznie bardziej poświęcone moim osobistym wspomnieniom, ten historyczny wątek z pewnością będzie w nich regularnie powracał.
Rzadko zaglądałem do takich „domów studni” czy w ogóle do starych przedwojennych kamienic. Po prostu nie było to zbyt bezpieczne – często mieszkało w nich bardzo „interesujące” towarzystwo, które wyraźnie nie życzyło sobie obecności obcych. Zresztą o tym również sporo napisałem w jednym z jeszcze nieopublikowanych wpisów.
Będąc w Polsce, czy to w Warszawie, Łodzi, czy Lublinie, z przyjemnością zwiedziłbym takie kamienice, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że od czasów przedwojennych uległy one ogromnym zmianom. Kiedy czytałem o warunkach, jakie w nich panowały, trudno mi było sobie wyobrazić taką rzeczywistość. Nierzadko całe mieszkanie składało się z jednego pokoju, w którym znajdowała się kuchnia, a czasem także warsztat rzemieślniczy. W tym samym pomieszczeniu mieszkała i spała cała rodzina, a bywało, że na noc wynajmowano jeszcze miejsca do spania „lokatorom”. Dlatego ludzie spali nawet na stołach, a kołyski z dziećmi podwieszano pod sufitem.
Na szczęście w Warszawie wiele takich kamienic zostało już pięknie odrestaurowanych. Jak wspominałem, część z nich utraciła swój charakterystyczny „studniowy” układ, co paradoksalnie okazało się dużą zaletą. Są jednak i takie, które nadal stoją opuszczone. Mam nadzieję, że z czasem doczekają się gruntownych renowacji i znów będą tętniły życiem.
Wspólne mieszkanie całej rodziny w jednej izbie to akurat nie było tylko zjawisko związane ze "studniami". Takie warunki lokalowe bywały wszędzie, w biedniejszych domkach, chałupach... Mnie bardziej interesuje ta przestrzeń wspólna - kwadrat podwórza ze stróżem, śmietnikami, trzepakiem, na którym bawiły się dzieci. Oczywiście interesuje w sensie kulturowym, obyczajowym, jako przestrzeń, która budowała rytm życia mieszkańców. Z jednego skrzydła takiej kamienicy widziano okna naprzeciwko, przeciwnej ściany. To ciekawe, bo właśnie dzięki temu powstała np. "Katarynka" Prusa, w której bohater, pan Tomasz widzi przez swoje okno mieszkanie niewidomej dziewczynki. Motyw kataryniarza, który gra na takim podwórku też nie byłby możliwy, gdyby nie określona architektura. A kamienica Łęckich w "Lalce"? Przecież miała podobny układ: bramę wejściową, a za nią widok na szeregi okien usytuowanych w czworobok.
UsuńMa wrażenie, że życie w takiej kamienicy toczyło się według swoistego niepisanego prawa i stanowiło odrębny świat.
Dziękuję za bardzo trafny komentarz.
Usuń1. Oczywiście, ludzie żyli podobnie również w innych miejscach, szczególnie – z tego, co czytałem – zimą, gdy na wsi ogrzewano tylko jedno pomieszczenie. Spała w nim nie tylko cała rodzina, ale nieraz również domowe zwierzęta.
2. Przeprowadzenie analizy socjologicznej (czy też antropologicznej) życia lokatorów na takim podwórzu byłoby z pewnością fascynującym przedsięwzięciem. Myślę jednak, że aby naprawdę dobrze je zrozumieć, trzeba by było po prostu zamieszkać tam razem z nimi.
3. Fotograf Roman Vishniac w swoich zdjęciach fotografował m.in. ludzi żyjących w takich warunkach. Widziałem też podobne zdjęcia biednych Żydów w przedwojennej Polsce, wykonane przez innych fotografów. Niestety, niektórzy autorzy sugerowali, że TYLKO Żydzi żyli w ten sposób, podczas gdy pozostałym mieszkańcom Polski (czyli Polakom) powodziło się znacznie lepiej. Nie wydaje mi się, aby było to zgodne z rzeczywistością – bieda i bardzo trudne warunki mieszkaniowe z pewnością nie były wyłącznie problemem jednej grupy.
4. Katarynkę czytałem i do dziś ją pamiętam! Może dlatego, że jako pracę domową mieliśmy napisać jej dalszy ciąg. Według mojej wersji dziewczynka po leczeniu odzyskiwała wzrok. Jeden z kolegów chciał natomiast napisać – choć chyba ostatecznie tego nie zrobił – wersję o wiele bardziej tragiczną, której zakończenie było wręcz makabryczne…
5. Ostatnio sporo mówi się o Lalce Prusa. Nie wiem, czy w ogóle ją przeczytałem (a jeśli tak, to pamiętam może 1% treści 😁). Przypomina mi się natomiast serial telewizyjny pod tym samym tytułem z lat 70. XX wieku, ale nie wywarł na mnie żadnego szczególnego wrażenia. Niestety, niektóre książki będące lekturami szkolnymi musieliśmy przeczytać niejako z obowiązku i właśnie dlatego ich nie polubiliśmy. Być może Lalka była jedną z nich.
6. Kilkanaście lat temu trafiłem na wyjątkową, bodajże autobiograficzną i epicką książkę The Courtyard (Dziedziniec, podwórko) rosyjsko-amerykańskiego pisarza Arkadego Lwowa (zmarł w USA w 2020 roku w wieku 93 lat).
Miejscem akcji jest podwórko kamienicy w Odessie, a powieść obejmuje okres od 1936 roku (uchwalenia konstytucji radzieckiej) do 1953 roku (śmierci Stalina). Ukazuje codzienne życie dziesięciu rodzin dzielących wspólne podwórko, a przy okazji pozwala dowiedzieć się bardzo dużo o czasach stalinowskich i realiach życia w ówczesnym Związku Sowieckim.
Nie jest to książka dla każdego, ale ja przeczytałem ją z taką przyjemnością, że obecnie żałuję, iż jej nie posiadam, bo chętnie przeczytałbym ją ponownie. Powieść pokazuje wzajemnie powiązane życie, problemy i walkę o przetrwanie dziesięciu różnych rodzin, a wspólne podwórko staje się swego rodzaju mikrokosmosem sowieckiego społeczeństwa – z jego codziennością, problemami, warunkami ekonomicznymi, ideologią komunistyczną i realiami politycznymi.
P.S.
Wspomniałaś o trzepakach… Czy te ustrojstwa jeszcze w ogóle istnieją? U nas były na każdym osiedlu, a nawet montowano przy nich tabliczki informacyjne, przypominające, że w pewnych godzinach nie wolno trzepać dywanów. Sam często zwijałem dywan, zarzucałem go na ramię i szedłem go wytrzepać.
Trzepaki służyły zresztą nie tylko do trzepania dywanów – były również świetnym miejscem do zabawy. Zimą natomiast kładło się dywan na śniegu i trzepało go. Potem na śniegu pozostawała „odbitka” dywanu, której kolor zależał od tego, jak bardzo był brudny. 😁
Mieszkałeś Jacku w miejscu uświęconym krwią. Na samą myśl czuję się trochę nieswojo. Jak świadomość tego, co aię tam stało może wpływać na młodego człowieka? Czy może on normalnie wzrastać, bawić się i uśmiechać?
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe pytanie, nad którym sam też nieraz się zastanawiałem.
UsuńJak pisałem w odpowiedzi do poprzedniego komentarza, dla nas było to coś zupełnie normalnego. Nie wnikaliśmy głębiej w te sprawy. Takich tablic pamiątkowych było w okolicy wiele, a na murach często malowano sylwetki rozstrzelanych w miejscach egzekucji – o tym również napiszę szerzej w jednym z kolejnych wpisów. Co oczywiste, praktycznie żadnego z zamieszczonych w blogu zdjęć wtedy nie widziałem.
Pamiętam, jak czytałem wspomnienia właściciela domu pogrzebowego, który od pokoleń prowadził rodzinny zakład. Co więcej, na górnych piętrach znajdowało się ich mieszkanie. Dla niego widok trumien, pogrzebów i zmarłych był od dzieciństwa czymś niemal codziennym. Myślę, że podobnie było z nami. Dorastaliśmy wśród śladów wojny, ale nie odbieraliśmy ich jako czegoś niezwykłego – były po prostu częścią naszego otoczenia.
A gdyby wszystkie miejsca martyrologii w mojej okolicy, a właściwie na całej Woli, zaznaczyć czerwonym kolorem na planie miasta, jestem przekonany, że większość ulic, chodników i budynków promieniowałaby szkarłatem. Gdybyśmy chcieli pozostawić każde z tych miejsc nienaruszone jako pomnik, praktycznie nie dałoby się tam mieszkać ani normalnie żyć. Chyba połowę ówczesnej Warszawy należałoby zamienić w ogromny skansen.
Życie ma jednak swoje prawa. Musimy pamiętać i wspominać, ale jednocześnie żyć teraźniejszością. I może to właśnie jest najlepszy znak, że na tych ulicach i w tych miejscach, gdzie jeszcze nie tak dawno rozgrywały się niewyobrażalne tragedie, dziś bawią się dzieci, dorasta już kolejne powojenne pokolenie i toczy się zwyczajne życie. A na budynkach nie powiewają flagi ze swastyką ani z sierpem i młotem, lecz biało-czerwone z orłem w koronie. I to jest chyba najpiękniejszy dowód, że mimo tych monstrualnych zbrodni ostatecznie odnieśliśmy zwycięstwo.
Witaj już jesienne Jacku
OdpowiedzUsuńW niezwykłym miejscu mieszkałeś. Moje niestety nie ma tak ciekawej historii. Praktycznie jej nie ma. Dookoła nowe, powojenne budynki. Tylko trochę przedwojennych... Nie mogłabym więc napoisać takiej ciekawej historii.
Pozdrawiam oczekiwaniem na długie babie lato
W Warszawie bardzo dużo miejsc jest niezwykłych i ciekawych, ale zarazem bardzo tragicznych. Może lepiej jest mieszkać w miejscach o bardzo skromnej historii?
UsuńPozdrawiam!