Subskrypcja Encyklopedii PWN — Encyklopedie w Kanadzie i USA — Domokrążcy sprzedający Encyclopaedię Britannica — Moja codzienna lektura Encyklopedii PWN — Wpływ encyklopedii na poziom mojej wiedzy — Polskojęzyczna gazeta litewska „Czerwony Sztandar” — Zachodnie i komunistyczne stacje radiowe — Czterotomowa Encyklopedia Kanady — Wyjazd do Buffalo z Irenką P. — Budynek Guaranty Trust Building projektu Louisa Sullivana — Polacy w Buffalo — Bazylika Św. Wojciecha — Zabójstwo prezydenta Williama McKinleya przez Leona Czolgosza — Restauracja rybna — Zbieranie makulatury w PRL oraz dzieła Marksa, Engelsa, Lenina i innych wieszczów komunizmu.
Już od najmłodszych lat uwielbiałem czytać. Jeszcze przed pójściem do szkoły opanowałem tę sztukę, choć początkowo robiłem to bardzo wolno. Do dziś pamiętam pierwsze „prawdziwe” książki, które przeczytałem samodzielnie w wieku 6-7 lat — „Witię Maliejewa w szkole i w domu” Mikołaja Nosowa, „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna, „Jacka, Wacka i Pankracka" Miry Jaworczakowej oraz „O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej.
Na początku lat siedemdziesiątych moi rodzice zasubskrybowali czterotomową „Wielką Powszechną Encyklopedię PWN” i stopniowo otrzymaliśmy wszystkie tomy. Jestem im za to ogromnie wdzięczny, bo trudno było w tamtych czasach o bardziej trafiony zakup. Encyklopedia nie tylko znacząco poszerzyła moją wiedzę, ale również otworzyła przede mną nowe horyzonty myślowe. Zawsze twierdzę, że nie ma lepszej inwestycji niż edukacja — i w tym przypadku był to prawdziwy strzał w dziesiątkę.
![]() |
| Czterotomowa Encyklopedia PWN |
W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych antykwariaty, sklepy z używanymi rzeczami, a nawet domowe biblioteczki pełne są rozmaitych wydań encyklopedii. Niektóre z nich liczą po kilkadziesiąt tomów. Dzisiaj widuje się je już coraz rzadziej, między innymi dlatego, że wiele placówek przestało przyjmować takie „cegły”, a same encyklopedie praktycznie zniknęły z rynku wydawniczego w formie drukowanej.
![]() |
| Zestaw roczników "Book of the Year" wydanych przez Britannica 1962-1981 w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r. |
![]() |
| Zestaw wolumenów wydanych przez Britannica "Gateway to the Great Books" w sklepie z używanymi rzeczami w Leamington, Ontario, Kanada w 2026 r. |
Przypomniały mi się wtedy dzieła Marksa, Engelsa i Lenina, które przez dziesięciolecia zdobiły półki niejednego towarzysza. Czytałem kiedyś, że do ich kupowania często zachęcano, a czasem wręcz zmuszano członków PZPR. Trzeba jednak przyznać, że publikacje te były zwykle mocno subsydiowane, więc ich zakup nie stanowił większego obciążenia dla domowego budżetu. Poza tym całkiem efektownie prezentowały się na półkach, które u niektórych partyjnych działaczy mogłyby w przeciwnym razie świecić pustkami, bo intelektem nie grzeszyli. *) ⬇
Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych po Toronto chodzili domokrążcy oferujący pełne komplety słynnej „Encyclopaedii Britannica”. Jeden z moich klientów, który rzadko czytał cokolwiek poza gazetą polonijną, a jego znajomość języka angielskiego pozostawiała wiele do życzenia, dał się namówić (a raczej "naciągnąć") na taki zakup.
Zapłacił przynajmniej dwa tysiące dolarów kanadyjskich za ponad trzydzieści tomów. Często podkreślał, że jest to „świetna inwestycja na przyszłość” — przy czym miał na myśli inwestycję finansową, swoistą lokatę kapitału. O ludzka naiwności! Z dumą dodawał również, że otrzymał „za darmo” elegancką półkę do przechowywania całego kompletu. Nie miałem serca wyprowadzać go z błędu. Obawiam się też, iż niezmiernie rzadko były te wolumeny otwierane.
W realiach PRL encyklopedia była jednak czymś znacznie bardziej wyjątkowym. W naszym mieszkaniu znalazła niezwykle gorliwego czytelnika — mnie. Stała się wręcz moją codzienną lekturą, podobnie jak dziś Wikipedia należy do najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron internetowych.
![]() |
| Jedna ze stron Encyklopedii, prezentująca sześć malowideł Realizmu. Wielokrotnie napotykałem niektóre z nich — szczególnie to pierwsze, "Kobiety zbierające kłosy" (lub "Zbierające kłosy"). W języku angielskim tytuł jest o wiele krótszy — "The Gleaners", jako że istnieje czasownik "to glean", sam w sobie oznaczający "zbierać zboże lub inne produkty pozostawione przez żniwiarzy". Zresztą w języku francuskim tytuł też jest podobny, "Des glaneuses". A patrząc na "Burłacy" I. Riepina, przypomina mi się moje burłaczenie małej żaglówki wzdłuż kanału do Węgorzewa. Nota bene, o wiele bardziej znany jest podobny obraz Riepina, "Burłacy na Wołdze", absolutnie genialny. Uwielbiam też jego inny obraz, "Procesja w guberni kurskiej", istne dzieło sztuki. |
Przez pewien czas nosiłem się nawet z zamiarem przeczytania jej od A do Z. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że wiele haseł nie mieści się w kręgu moich zainteresowań. Znacznie bardziej odpowiadało mi przeglądanie jej strona po stronie i wybieranie tego, co akurat przyciągało moją uwagę.
Po kilku latach takiej lektury DOSŁOWNIE nie było w niej strony, której nie rozpoznawałbym wizualnie. A przecież całość liczyła około 3300 stron.
![]() |
| Jedna ze stron Encyklopedii, z hasłami od "Chabówka" do "Chakani Afzaluddin". Również na tej stronie znajduje się reprodukcja słynnego obrazu Marca Chagalla "Ja i wieś". Uwielbiam go! Będąc w Nowym Jorku, w Museum of Modern Art, kupiłem cały zestaw kartek pocztowych z malowidłami Chagalla. |
Oczywiście hasła dotyczące polityki i historii często zawierały przekłamania, półprawdy lub zwyczajną propagandę. Mimo to nawet zachodnie środowiska polonijne, a bodajże także Radio Wolna Europa, były pozytywnie zaskoczone wysokim poziomem merytorycznym całego wydawnictwa.
Znalazłem również kilka drobnych błędów, choć dziś nie pamiętam już ich treści. Nie było natomiast hasła „Katyń”. Jak wspominałem w innym wpisie, redaktorzy nie chcieli firmować kłamliwych informacji o tej zbrodni, a jednocześnie nie mogli napisać prawdy. Ostatecznie zdecydowano więc, że hasła w ogóle nie będzie. Sam ten fakt wiele mówił uważnemu czytelnikowi.
![]() |
| Według Encyklopedii, Stanisław Haller zmarł w 1940 roku — to znaczy, był zamordowany przez Sowietów, a NIE przez Niemców |
Udało mi się także odnaleźć maleńkie „ziarno prawdy”. W haśle poświęconym generałowi Stanisławowi Hallerowi, jednej z ofiar zbrodni katyńskiej, podano jedynie, że „zmarł w 1940 roku”. Była to niewielka informacja, ale pośrednio wskazywała rzeczywistych sprawców tej masakry. Na ten temat napisałem nawet krótką notatkę do jednej z polonijnych gazet w Toronto pod tytułem „Ziarno prawdy w PRL-owskiej encyklopedii”.
Być może dzięki mojej codziennej lekturze Encyklopedii zacząłem dość wcześnie czytać czasopisma i gazety, szczególnie „Życie Warszawy”. Wycinałem też z nich ciekawsze artykuły i wklejałem do specjalnego zeszytu dużego formatu. Niestety, przepadł on po moim wyjeździe z Polski.
Często kupowałem również gazetę „Czerwony Sztandar” — polskojęzyczny dziennik ukazujący się na Litwie i dostępny w polskich kioskach. Pomijając fakt, że gazeta dosłownie śmierdziała farbą drukarską i już po kilku minutach czytania brudziła ręce, sprawiała wręcz tragiczne wrażenie w porównaniu z gazetami i czasopismami wydawanymi w PRL.
Nierzadko cała pierwsza strona (a może i następne) była poświęcona danym statystycznym dotyczącym wykonania lub przekroczenia kwartalnych i rocznych planów gospodarczych albo ogromnym komunikatom i obwieszczeniom władz partyjnych, pewnie żywcem przedrukowywanym z moskiewskiej "Prawdy". Wiadomości ze świata zajmowały niewiele miejsca, a jeśli już się pojawiały, przedstawiały Zachód w wyjątkowo negatywnym świetle.
Pamiętam, że gdy zmarł Kardynał Stefan Wyszyński w 1981 roku, w gazecie pojawiła się może jednozdaniowa wzmianka - i niewykluczone, że niektórzy cenzorzy mogli się nawet temu sprzeciwiać.
Gdy kilka razy przyniosłem tę gazetę do szkoły i pokazałem ją kolegom, byli autentycznie zaszokowani jej poziomem i publikowanymi treściami. Nic więc dziwnego, że dla mieszkających na Litwie Polaków gazety i czasopisma wydawane w Polsce były niezwykle interesującą lekturą i wręcz otwierały im okno na inny świat.
Już w Kanadzie spotkałem Litwinkę, która mieszkając na Litwie w czasach sowieckich samodzielnie nauczyła się języka polskiego po to, aby słuchać polskiego radia i oglądać polską telewizję. Opanowała również czytanie po polsku, dzięki czemu uzyskała dostęp do wielu polskich książek niedostępnych po rosyjsku, a czasami wręcz zakazanych w ZSRS. Po emigracji do Kanady wyszła za mąż za Polaka. Jej znajomość języka polskiego była naprawdę imponująca i budziła mój szczery podziw.
W liceum bardzo poważnie rozważałem studiowanie nauk politycznych. W okresie „Solidarności” (1980–1981) czytałem ogromne ilości gazet, a także — rzecz jasna — słuchałem wielu zachodnich rozgłośni nadających po polsku. Oprócz słynnego Radia Wolna Europa były to również BBC, Głos Ameryki, Deutsche Welle i kilka innych stacji.
Słuchałem także Interradia Praga, nadawanego po polsku z Czechosłowacji. Była to wyjątkowo perfidna i skrajnie antysolidarnościowa rozgłośnia prowadzona przez zatwardziałych komunistów, którzy pod niebiosa wychwalali system komunistyczny.
Od czasu do czasu warto było również posłuchać Radia Pekin, choć na ogół było ono raczej nudne. Rzadko natomiast słuchałem Radia Moskwa, ponieważ kilka wysłuchanych przeze mnie audycji okazało się tak bezbarwnych, zakłamanych i jednostronnych, że szybko zrezygnowałem z regularnego odbioru tej stacji.
Najlepszą rozrywką było jednak słuchanie Radia Tirana, którego nawet władze PRL nie zagłuszały. Był to swoisty kabaret polityczny, z którego można było się szczerze pośmiać. Pamiętam dłuższą audycję krytykującą Związek Sowiecki za to, że prywatne osoby mogły posiadać niewielkie „działki przydomowe”, co — zdaniem albańskich propagandystów — było sprzeczne z duchem "prawdziwego" komunizmu.
Co ciekawe, obywatele ZSRS rzeczywiście otrzymywali takie działki, zazwyczaj o powierzchni od 0,15 do 0,5 hektara. Mimo że stanowiły one zaledwie około 3% całkowitej powierzchni gruntów rolnych kraju, dostarczały od 25 do 30% całej produkcji rolnej Związku Sowieckiego.
Radio Tirana nadawało również prześmieszne — i zarazem potwornie nudne — utwory poetyckie wychwalające pod niebiosa przywódcę Albanii Envera Hodżę oraz jego nieomylną mądrość.
W każdym razie w 1981 roku byłem niezwykle zainteresowany sytuacją polityczną w Polsce i na świecie. Posunąłem się nawet do tego, że wymyśliłem temat przyszłej pracy magisterskiej — a może nawet doktorskiej — poświęconej wydarzeniom tamtego okresu. Chociaż na studiach ukończyłem dwa kursy z zakresu nauk politycznych, z których jeden częściowo dotyczył Związku Sowieckiego, moje dalsze wykształcenie i kariera zawodowa potoczyły się w zupełnie innym kierunku. I dobrze, bo znalezienie pracy po takim kierunku byłoby niezmiernie trudne.
W latach osiemdziesiątych ukazała się znakomita, bogato ilustrowana, czterotomowa Encyklopedia Kanady. Kupiłem ją za 150 dolarów i przez wiele lat bardzo często z niej korzystałem. Dopiero w ubiegłym roku (2025) oddałem ją do antykwariatu. Przegrała nierówną walkę z Internetem.
Trudno mi jednak rozstać się z moją czterotomową Encyklopedią PWN, która kilkanaście lat temu przywędrowała za mną do Kanady. Nadal stoi na półce i przywołuje niezliczone wspomnienia z dzieciństwa oraz młodości spędzonej w Polsce. I już przydała mi się w tworzeniu kilku wpisów tego bloga!
Dziś komplet wszystkich czterech tomów można kupić za około 20 złotych. Paradoksalnie jest więc tańszy niż niejeden współczesny magazyn. A przecież dla mnie jego wartość pozostaje praktycznie bezcenna.
*****
I jeszcze jedna historyjka, częściowo związana z Encyklopedią PWN.
W 1992 roku poznałem w Kanadzie Irenkę P., z wykształcenia architektkę, która przez kilka dni pracowała nawet w moim biurze. Podczas jednej z rozmów wspomniałem, że w pobliskim Buffalo, w stanie Nowy Jork, znajduje się słynny Guaranty Trust Building (dawniej Prudential Building), ukończony w 1896 roku i uważany za jeden z pierwszych nowoczesnych wieżowców w mieście. Budynek został zaprojektowany przez znanych architektów Dankmara Adlera i Louisa Sullivana. Przy okazji dodałem, że Sullivan był jednym z czołowych przedstawicieli tzw. Szkoły Chicagowskiej oraz współtwórcą nowoczesnego biurowca.
![]() |
| Hasło w Encyklopedii o L. H. Sullivanie i zdjęcie budynku Guaranty Trust Building w Buffalo, New York |
Irenka znała twórczość Sullivana ze studiów architektonicznych i wyraziła zainteresowanie obejrzeniem budynku na własne oczy. Wkrótce więc (w 1993 r.) wybraliśmy się do Buffalo moim pierwszym samochodem, Hondą Accord Hatchback z 1983 roku, kupioną cztery lata wcześniej za 7.000 dolarów (o 2.000 dolarów mniej, niż początkowo zażyczył sobie dealer). I chyba była to już ostatnia taka dłuższa przejażdżka tym samochodem, bo za niecały miesiąc kupiłem nową Toyotę Corollę 1993. Sprzedałem ją dopiero po ponad 30 latach, w 2023 roku!
Po zaparkowaniu samochodu w centrum miasta bez trudu odnaleźliśmy charakterystyczny gmach. Już z daleka wyróżniał się spośród okolicznej zabudowy.
Samo Buffalo zrobiło jednak na nas przygnębiające wrażenie. Wiele sklepów miało zabite deskami okna i drzwi, ulice były niemal puste, a miasto sprawiało wrażenie pogrążonego w długotrwałym kryzysie. Pamiętam nawet policyjny pościg zakończony aresztowaniem jednego z czarnoskórych mieszkańców. Trudno nam było znaleźć przyzwoitą kawiarnię, gdzie moglibyśmy usiąść przy kawie i ciastku. Czasy świetności i prosperity Buffalo najwyraźniej dawno minęły, a o dawnej zamożności przypominały już głównie imponujące budynki z przełomu XIX i XX wieku.
![]() |
| Ratusz w Buffalo to 32-piętrowy wieżowiec w stylu art déco. Ukończony w 1931 roku i wpisany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych w 1999 roku, ma 398 stóp (121 m) wysokości i pełni funkcję oficjalnej siedziby lokalnego samorządu. Gdy po raz pierwszy oglądałem film "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku, od razu pomyślałem o tym budynku-przypominał bardzo filmową Nową Wieżę Babel |
![]() |
| Nowa Wieża Babel z filmu "Metropolis" Fritz'a Lang'a z 1927 roku Źródło: Domena publiczna |
Okazało się, że Buffalo rzeczywiście przez wiele dziesięcioleci było jednym z ważniejszych skupisk Polonii w Stanach Zjednoczonych. Nadal funkcjonowały tam polskie parafie i organizacje, choć większość osób polskiego pochodzenia przeniosła się już do okolicznych przedmieść i mniejszych miejscowości otaczających miasto.
Chociaż nigdy nie miałem okazji jej odwiedzić, w Buffalo znajduje się niezmiernie ciekawa Bazylika św. Wojciecha (St. Adalbert's Basilica). Była wybudowana w 1890 roku przez polskich emigrantów i w 1907 roku otrzymała z Watykanu desygnację "Bazylika"-pierwsza w USA!
| Bazylika Św. Wojciecha (Saint Adalbert's Basilica), 212 Stanislaus Street, Buffalo, New York Źródło: Wikimedia Commons, Domena Publiczna |
O tym kościele dowiedziałem się dopiero na początku XXI wieku od jednego z moich wieloletnich klientów, którego brat był w niej proboszczem. Niestety, bazylika została permanentnie zamknięta. Mimo licznych protestów i odwołań parafian decyzja o jej zamknięciu została utrzymana. Ostatnia regularna niedzielna msza święta została odprawiona 18 września 2011 roku, kończąc całoroczne obchody 125-lecia istnienia parafii.
Na szczęście bazylika nie została całkowicie opuszczona. Do dziś odbywają się w niej cztery doroczne msze okolicznościowe, a ponadto organizowane są śluby, pogrzeby, chrzty, wycieczki oraz inne wydarzenia.
Jest to niezwykle smutne, ponieważ okolica tej świątyni przez dziesięciolecia stanowiła serce jednej z największych społeczności polsko-amerykańskich w Buffalo. Do dziś znajdują się tam ulice o nazwach Sobieski Street, Paderewski Drive i Kosciuszko Street, przypominające o polskich korzeniach tej dzielnicy.
Obecnie okolica bardzo się zmieniła. Dawną społeczność polsko-amerykańską zastąpiła zróżnicowana etnicznie ludność, składająca się głównie z Afroamerykanów (tzn. murzynów) oraz rosnących społeczności wietnamskiej i bangladeskiej. Niestety, mieszkańcy Buffalo często odradzają spacery po tej okolicy po zmroku.
Kto wie, może kiedyś się na taką mszę udam, albo przynajmniej na zwiedzenie tej świątyni-znajduje się ona 150 km ode mnie, ok. 2 godziny jazdy i dojazd jest raczej prosty.
Warto również wspomnieć, że to właśnie w Buffalo w 1901 roku został postrzelony prezydent Stanów Zjednoczonych William McKinley. Zamachu dokonał Leon Czolgosz, amerykański anarchista polskiego pochodzenia. McKinley zmarł osiem dni później wskutek odniesionych obrażeń, natomiast Czolgosz został skazany na karę śmierci i jeszcze w tym samym roku stracony.
Również na jednym z budynków widniała pamiątkowa tablica dotycząca innego prezydenta Stanów Zjednoczonych:
Jeszcze przed wyjazdem obiecałem Irence, że zaproszę ją do dobrej restauracji rybnej. Przygotowałem nawet listę takich lokali w Buffalo, ale ku mojemu zdziwieniu większość z nich już nie istniała.
W końcu niezwykle sympatyczny starszy czarnoskóry mężczyzna poradził nam, abyśmy pojechali do pobliskiej Cheektowagi. Polecił konkretną restaurację specjalizującą się w owocach morza, podał dokładny adres i szczegółowo wyjaśnił, jak tam trafić.
Ja prowadziłem samochód, a Irenka została moim pilotem. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej ani później nikt nie prowadził mnie po nieznanym mieście tak sprawnie jak ona. Jej umiejętność czytania map była wręcz imponująca. Być może miało to związek z architektonicznym wykształceniem i wyjątkową orientacją przestrzenną.
Do restauracji dotarliśmy rekordowo szybko i rzeczywiście okazała się znakomita. W nagrodę za nasze poszukiwania mogliśmy delektować się wyśmienitymi daniami rybnymi i owocami morza.
Przez następny rok lub dwa utrzymywaliśmy jeszcze kontakt telefoniczny. Potem jednak stopniowo się urwał i, o ile wiem, Irenka wróciła do Polski.
Kilka lat temu próbowałem odnaleźć ją w Internecie. Z informacji, na które natrafiłem, wynikało niestety, że najprawdopodobniej od 2004 roku nie ma jej już wśród nas... 😢😢😢
___________________________________
Przypisy
⬆ *) W czasach PRL uczniowie byli zobowiązani do uczestnictwa w corocznych zbiórkach makulatury. Każdy musiał dostarczyć kilka kilogramów starych gazet, czasopism lub książek, a za większe ilości można było otrzymać symboliczne nagrody.
W związku z tym chodziliśmy po naszym bloku od drzwi do drzwi, pytając mieszkańców, czy nie mają starych gazet albo magazynów przeznaczonych na wyrzucenie. Często w ten sposób jednego wieczora udawało się zdobyć po kilka, a nawet kilkanaście kilogramów papieru.
Problem pojawiał się wtedy, gdy lokatorzy pytali przez drzwi:
— Kto tam?
Trudno było za każdym razem wygłaszać dłuższe wyjaśnienia, więc wymyśliłem tajemniczo brzmiący skrót:
— ZZM!
Nikt nigdy nie zapytał, co on właściwie oznacza. Być może dlatego, że brzmiał dostatecznie urzędowo i oficjalnie — trochę jak ZMP, ZHP, ZMS czy inne socjalistyczno-komunistyczne organizacje tamtej epoki. Drzwi się otwierały, a my mogliśmy wyjaśnić cel wizyty i często wracaliśmy z pokaźnym plonem gazet. Czy któryś z czytelników domyśli się, co oznacza ten tajemniczy skrót?
Nasze zaangażowanie przyniosło efekty. Pod koniec roku zostaliśmy wyróżnieni za zebranie rekordowej ilości makulatury. O ile pamiętam, było to bodaj jedyne szkolne wyróżnienie, jakie otrzymałem zarówno w podstawówce, jak i później w szkole średniej. I na studiach również 😁.
Nagrody jednak jakoś nie było... ☹
Kiedyś czytałem wspomnienia pewnego autora, który również opisywał szkolne zbiórki makulatury. Twierdził, że w jego szkole niewywiązanie się z normy mogło prowadzić do całkiem poważnych konsekwencji, a nawet problemów z otrzymaniem świadectwa. Każdy więc starał się zdobyć wymaganą ilość papieru, co nie zawsze było łatwe.
W końcu ktoś wpadł na pomysł wręcz genialny w swojej prostocie.
W księgarniach można było kupić za symboliczne kwoty dzieła Marksa, Engelsa, Lenina oraz innych klasyków marksizmu-leninizmu. Niektórzy uczniowie uznali więc, że zamiast mozolnie zbierać stare gazety, taniej i szybciej będzie kupić kilka tomów ideologicznych publikacji i natychmiast oddać je do punktu zbiórki makulatury (gdzie było ich właściwe miejsce!)
Nie wiem, czy dyrekcja szkoły kiedykolwiek zorientowała się w tym procederze. Jeśli tak, to trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiła ją, czy zirytowała pomysłowość uczniów.
Jedno jest pewne — ich inwencja zasługuje na uznanie.
*****
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
******
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.












Zespół Zbierania Makulatury albo Załoga Zbierająca Makulaturę - coś w tym stylu ;-)
OdpowiedzUsuńMam, mam tę czterotomową encyklopedię, przeczytałam, przejrzałam ją wielokrotnie. Też wiele razy z niej korzystałam, z haseł, które nie ocierały się o politykę, bo te wiadomo, były przekłamane, ale inna wiedza sprawdzała się jak najbardziej. Lubiłam oglądać ilustracje, zdjęcia, rysunki, wykresy itp. Nawet pamiętam tę stronę, którą zamieściłeś, z obrazem Chagalla. Mam też takie wydanie Encyklopedii PWN jednotomowe w płóciennej oprawie.
Encyklopedie były rezerwuarem podstawowej wiedzy, która potem można było pogłębiać już wedle własnych zainteresowań w określonych dziedzinach.
Pamiętam szkolną bibliotekę w swojej szkole podstawowej. Przejrzałam w niej wszystkie półki szafach i w jednej z nich na samym dole znalazłam wszystkie dzieła Stalina. Nikt nigdy tego nie czytał. O, właśnie zajrzałam na polski portal sprzedażowy Allegro - za 13 tomów "Dzieł" Stalina ktoś chce 445 zł - to dużo, kto to dzisiaj kupi?
O, to również świetnie znasz tę Encyklopedię! I wiesz—też posiadaliśmy tą samą jednotomową tzw. „małą” Encyklopedię PWN! Rzadko ją używałem, bo wraz z początkiem mojego zainteresowania wertowaniem encyklopedii, pojawiła się ta czterotomowa.
UsuńSądzę, że encyklopedie są idealnym źródłem szybkiej wiedzy—a niektóre nawet nie tak bardzo podstawowej, szczególnie gdy się jest w szkole podstawowej lub średniej.
U nas w szkole raczej dzieł Stalina nie było, ale znaleźliśmy wielotomową Encyklopedię sowiecką. Jeden z nas, umiejący owy język (pomimo tylu lat nauki, mało kto opanował tę umiejętność), zaczął nam tłumaczyć pewne hasła (np. o Piłsudskim) i były one tak strasznie kłamliwe, że ledwie w to wierzyliśmy. Zresztą w czasach stalinowskich, gdy czołowi przywódcy komunistyczni nagle stawali się wrogami ludu, zdrajcami i zagranicznymi agentami i byli skazywani na karę śmierci, wiele haseł ulegało zmianie. Subskrybenci otrzymywali listy, nakazujące im wycięcie żyletką pewnych artykułów i zdjęć i wklejenia na te miejsca nowych, które były im przysłane. Czytałem gdzieś, że nawet niektórzy otrzymali… żyletki do tego celu, ale nie jestem pewny, czy to prawda. Ciekawy jestem, czy za NIEWKLEJENIE groziły kary?
Obecnie „Dzieła” Stalina stanowią świetne źródło dla historyków i sowietologów i pewnie znajdują się w Internecie. Musi to być jednak strasznie nudna lektura!
A co do skrótu—to niby miał być „Związek Zbierania Makulatury”, ale te inne nazwy też mogłoby być, tym bardziej, że nigdy nie musieliśmy używać pełnego terminu. Dzisiaj ten „makulaturowy” epizod przyprawia mnie o śmiech!
To Ci się chwali, że wczesnie nauczyles sie czytac i zdobyles wiedze. Ja niekoniecznie bylem jako mlody dobrze poprowadzony i ogolnie nauka byla dla mnie w tamtym czasie cierpieniem. Dopiero gdy skonczylem szkole zaczalem sie na wlasna reke edukować. Ale to juz bylo po ptakach. Moj wujek natomiast (mlodszy o 2 lata) zaczynal sie uczyc czytac na encyklopedii w wieku okolo 5 lat. Teraz jest całkiem niezlym prawnikiem. (i draniem) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńPo prostu polubiłem książki i nikt mnie nie musiał zmuszać do ich czytania, a wręcz przeciwnie—czasami udawałem, że się uczę, a pod zeszytem miałem ukrytą książkę 😁. A nauka też była cierpieniem, nie tylko dla Ciebie—i muszę przyznać, że absolutnej większości nauczycieli dobrze NIE wspominam.
UsuńMając 5 lat jeszcze nie potrafiłem czytać—najwyżej parę prostych wyrazów, geniuszem z pewnością nigdy nie byłem ani orłem w nauce. O pójściu na prawo też myślałem, mój wydział graniczył z fakultetem prawa i spędziłem w czytelni prawniczej trochę czasu, niekiedy wertując różne prawnicze tomiska. Ale cieszę się, że nie poszedłem na ten kierunek. Pieniądze to nie wszystko. Jest jeszcze moralność...
Nigdy nie jest „po ptakach”. Jest takie powiedzenie, że jeżeli ktoś twierdzi, że jest za stary na naukę, to pewnie był za stary przez całe życie. Emigranci przyjeżdżali do Kanady w wieku 40-50 lat, bez znajomości języka angielskiego, i mimo wszystko nie tylko udało im się opanować język, ale iść do szkoły, zdobyć dobry zawód i przez wiele lat pracować na odpowiedzialnych, dobrze płatnych stanowiskach. Znałem całkiem dużo takich osób osobiście, jak też ich historię edukacji oraz późniejsze zarobki. Ich inwestycja w kształcenie—czasowa i finansowa—okazała się absolutnie świetnym posunięciem.
A Twoja edukacja „na własną rękę” chyba też bardzo dużo Tobie dała. Przypuszczam, że może okazać się o wiele cenniejsza od tej zdobytej w szkołach, tym bardziej, że niektóre ‘szkoły’ nie powinny używać nawet takiej nazwy, bo to są biznesy służące do ułatwiania tzw. ‘studentom’ uzyskania wizy do Kanady, wyciągania od nich (i od rządu) forsy i rozdawania bezwartościowych ‘dyplomów’. A jeżeli czegokolwiek się ich słuchacze nauczą, to będzie to raczej przypadkiem niż regułą.
Encyclopedia to była prawdziwa skarbnica wiedzy. Pamiętam to wydanie, które przywiozłeś do Kanady. Czytając Twoje wspomnienia, przyszło mi na myśl, jak różne są teraz rozrywki młodzieży. Wprawdzie dostęp do wiedzy jest łatwiejszy, to treściami łatwiej manipulować. Ciekawe obserwacje masz z Buffalo, posiadasz rozeznanie w sztuce i w architektonicznych perełkach. Ja też szukam takich ciekawostek. Łatwo zrobić wrażenie w towarzystwie, kiedy posiada się wiedzę.👍
OdpowiedzUsuńJak wspomniałem, Wikipedia od wielu lat stała się jedną z najczęściej przeze mnie używanych stron internetowych, i to w wielu językach (dzięki automatycznym tłumaczeniom).
UsuńMłodzież—i nie tylko—non-stop chodzi wpatrzona w telefony i nie przypuszczam, aby studiowali encyklopedie 😁. Manipulacja—oczywiście! Nawet w Wikipedii często zauważyłem bardzo dużo niedopowiedzeń, przekłamań i milczenia na ‘kontrowersyjne’ tematy, szczególnie w przypadku mniej znanych ludzi. I z tego, co wiem, zupełnie nowi wikipedyści natrafiali czasem na problemy z zamieszczaniem i poprawianiem pewnych artykułów (włącznie ze mną). Również zauważyłem, że w Wikipedii pojawiają się hasła o osobach, które właściwie nic specjalnego nie osiągnęły—m. in. byłem zaskoczony znalezieniem nazwisk dwóch moich znajomych. Natomiast często ci, którzy absolutnie zasługują na znalezienie się w Wikipedii, nie figurują w niej.
Pamiętasz, jak w „Misiu” Ryszard Ochódzki przynosi puchar dla wnuczka ministra, „Za zajęcie pierwszego miejsca”, chociaż chłopiec nic nie trenuje — „ale niech ma na zachętę.”
Może podobnie będzie z hasłami w Wikipedii—będą zamieszczane jedynie ich dane osobiste i data urodzenia — „niech mają na zachętę”, bo może przez to coś rzeczywiście osiągną?
Co do Buffalo, to warto tam się wybrać, chociaż nie porównuje się kompletnie do Chicago. Architekturą specjalnie się nie interesuję (chociaż z przyjemnością wybrałbym się na specjalną ‘architektoniczną’ wycieczkę po „Windy City”), ale w opisanym przypadku akurat posiadałem „właściwą wiedzę we właściwym czasie”!
Tej czterotomowej nie mieliśmy. Ale za to była i nadal jest ta mająca 13 tomów. Ileż to z niej korzystałam w szkole. W tamtych czasach praktycznie jedyne źródło wiedzy. Uwielbiałam oglądać te wszystkie zdjęcia. Piękne wydanie, jak na tamte szare lata...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam czasem spadających gwiazd
Może i dobrze, iż nie posiadałem tej 13-tomowej encyklopedii. Pewnie nie miałbym w ogóle czasu na żadne pozaszkolne zajęcia, tylko non-stop byłbym ją wertował! Prawdę mówiąc, nawet wtedy nie wiedziałem, że taka istniała – jakby nie było, czegoś takiego nie kupowało się po prostu w księgarni.
Usuń„Pozdrawiam czasem spadających gwiazd”
Dziękuję!
Niedawno mieliśmy „spadające gwiazdy”, tzn. Perseidy. Kilkadziesiąt lat temu wybraliśmy się z grupą na ich obserwację, bo miały być „wysyp”. Poradziłem, aby uczestnicy zabrali ze sobą parasole w celu ochrony przed nimi. Wyobraź sobie, niektórzy mi uwierzyli! Na szczęście o razu zaczęli zadawać pytania i się to wyjaśniło… ale głupio czułbym się (a oni to już w ogóle strasznie), gdyby tak przyszli z parasolami!
Też pozdrawiam… i mimo wszystko sugeruję, aby w nocy, gdy one spadają, w razie czego pozostawać z domu...🤣🤣🤣
Mialam to szczescie, ze moja mama byla kierowniczka wielkiej znanej ksiegarni w Sopocie... A moj tata byl milosnikiem ksiazek, co odziedziczylam po nim. Oczywiscie, ze mielismy w domu Encyklopedie PWN, slowniki do jezyka angielskiego i niemieckiego, i wiele innych wspanialych ksiazek. Czesc zabralam ze soba, czesc wzial moj syn, a czesc jeszcze czeka na wyciagniecie z " przechowalni". Zaczytywalam sie Encyklopedia jako dziecko i nastolatka , wraz z tata , ktory czesto dopowiadal wiele ciekawych faktow do krotkiej wzmianki w encyklopedii... Jemu i jej zawdzieczam to, ze bardzo dobrze szlo mi rozwiazywanie wszelkich krzyzowek :)) Usiluje umiejscowic cie " wiekowo", to co pamietasz, co przezyles, co opisujesz pokrywa sie z moim wspomnieniami, ale wydaje mi sie, ze jestes o jakies 8-10 lat starszy ode mnie :) Wychodze z podziwu nad tym jak wiele szczegolow pamietasz, jak opisujesz zdarzenia z takimi detalami, doslownie jakby wydarzyly sie calkiem niedawno , a nie 40 lat temu. Moje wspomnienia zlaly sie w jedno dlugie pasmo , czytajac Twoje co rusz zapala mi sie jakas lampka to tu to tam, ze przeciez tez pamietam to i tamto, czemu o tym zapomnialam...Mysle , ze wielu z nas pamieta to wszystko, ale niewielu juz do tego wraca. Zebranie takich wspomnien z PRL-u w jedna calosc byloby wspaniala ksiazka i dziedzictwem naszej historii, historii Polski. Nie daj sie temu ulotnic Jack, zapisz na papierze, wydrukuj te posty chociaz, bo przekaz elektroniczny zniknie za pare pokolen. Pstryk. Kitty
OdpowiedzUsuńHi Kitty,
UsuńW czasach PRL-u dobre książki często kupowało się spod lady, stojąc w kolejkach na kiermaszach, a czasami wręcz na czarnym rynku — w moim przypadku na perskim rynku w Warszawie. Do tej pory posiadam cztery tomy „Dzieł” Mickiewicza i sześć Słowackiego. Nie było ich wtedy łatwo zdobyć, a oprócz tego mam jeszcze kilkadziesiąt tomików poezji.
Widzę, że nie tylko ja byłem miłośnikiem Encyklopedii! Jednak z tamtych czasów nie przypominam sobie, aby ktokolwiek z moich rówieśników szczególnie fascynował się tą pozycją. W każdym razie nie pamiętam żadnych rozmów na ten temat.
Przez jakiś czas byłem czytelnikiem „Sztandaru Młodych” i rozwiązywałem zamieszczane tam krzyżówki. Ba, nawet „zaraziłem” tym kilku szkolnych kolegów i zaczęliśmy robić je razem. Później, już w Kanadzie, przez krótki czas próbowałem swoich sił w rozwiązywaniu klasycznych krzyżówek w anglojęzycznych gazetach. Niestety, okazało się to bardzo czasochłonnym zajęciem i chyba nigdy nie udało mi się żadnej rozwiązać w całości. Wiele haseł dotyczyło bowiem sportu, geografii, filmów, programów telewizyjnych czy różnych innych tematów, których znajomość wymagała po prostu wychowania się tutaj. Wiele wyrazów było mi kompletnie nieznanych i ich nauczenie się nawet nie miało dużego sensu.
A już prawdziwą tragedią były cryptic crosswords, czyli angielskie „krzyżówki hetmańskie”. Nie tylko nie potrafiłem znaleźć nawet jednego hasła, ale kiedy czytałem rozwiązania, nadal nie miałem pojęcia, o co właściwie chodziło! 😄 Raz, razem z grupą Kanadyjczyków — i to wcale nie głupich — przez dwie godziny siedzieliśmy nad taką krzyżówką i udało nam się rozwiązać zaledwie połowę! Niemniej są osoby, które potrafią je w mig rozwiązać. Przypuszczam, że ich tok myślenia jest bardzo unikalny i podobny do tego używanego przez kreatorów takich krzyżówek. Bo nawet najbardziej wykształcone osoby mają ogromne problemy z rozwiązaniem krzyżówek hetmańskich.
Wspominałem już w jednym z komentarzy, że w Polsce prowadziłem pamiętniki. Obecnie są one bardzo pomocne, ale nie zapisywałem w nich wszystkiego dzień po dniu i są w nich duże luki czasowe. Jak na razie wszystkie moje opublikowane wspomnienia opierają się wyłącznie na pamięci.
A co do mojej pamięci, to już zupełnie osobny temat… 😉 Twoje pytanie — 1962.
Dziękuję za miłe słowa i sugestie. Wspominałem też w innych komentarzach, że kto wie — może kiedyś rzeczywiście wyjdzie z tego coś w rodzaju książki…
Poza wpisami o autografach i przypinkach jestem już w 80–90% drogi z wieloczęściowymi wspomnieniami dotyczącymi m.in. mojej szkoły i jej okolic (planuję je zacząć zamieszczać we wrześniu 2026 r.), barów mlecznych, pobliskich zrujnowanych ulic Warszawy, mojego dwuletniego pobytu w województwie kieleckim, kolonii wakacyjnych, Wyścigu Pokoju, Pałacu Młodzieży i wielu innych tematów. Zacząłem również pisać o okresie „Solidarności”, na razie wyszło mi z tego około 50 stron i jego to do tej pory najbardziej „monumentalny” wpis.
Muszę przyznać, że pisanie sprawia mi to ogromną frajdę i przyjemność! Co chwila również zapalają mi się jakieś lampki… a czasami są to wręcz potężne, halogenowe reflektory — niczym jak moja latarka o mocy 15 000 lumenów! 😄
A tak na marginesie… dlaczego Ty piszesz tak ciekawe komentarze, a sama nie prowadzisz żadnego bloga?
Dziękuję za ciekawy komentarz i pozdrawiam!
Jacek
Hi Jack, pomylilam sie tylko o rok :) Co do pisania ciekawych komentarzy... hmm, to zupelnie cos innego niz prowadzenie wlasnego bloga. Wiesz co powoduje napisanie komentarza ? Ciekawy post ! :) To po prostu odzew na cos, co w nas poruszylo jakas strune, co nas dotkenlo , zatrzymalo w biegu , przypomnialo o czyms waznym , badz spowodowalo chec powiedzenia czegos autorowi... Czasami wykrzycznia, ale wtedy krzycze bezglosnie. Pisanie bloga to duzo powazniejsza, wyzsza polka... Ono wymaga przygotowan, pracy, czasu, przemyslen i stu innych rzeczy, na ktore nie mam zwyczajnie sil. Pisanie bloga to odpowiedzialnosc. Za siebie, za swoje slowa, za to co sie puszcza w swiat...A ja nie chce sie z tym swiatem spierac, konsultowac, udowadniac mu cos, czego nie jestem w stanie udowodnic. I jestem chyba zbyt wielka egoistka, bo nie chce ponosic tego wysilku. Podziwiam innych autorow blogow , tych, ktorym sie chce, ktorzy wkladaja w ich prowadzenie wiele wysilku i serca, i ktorzy docieraja do innych serc i umyslow... Wiem, ze bylabym marnym blogierem, czesto opuszczajacym swoich czytelnikow, bo inne sprawy zajmuja wiekszosc czesc mojego czasu, np. praca ! Na zycie i inne sprawy pozostaje go juz niewiele. I kolko sie zamyka. Za to komentowanie u ciekawych bloggerow to prawdziwa przyjemnosc . To potrzeba chwili, wpada sie na chwilke, wtedy , kiedy czas pozwala, czyta i przelewa swoja reakcje na papier. Jesli sie nie przelewa, znaczy, ze temat nie wzbudzil zadnych emocji... :) Pozdrawiam i czekam na dalsze wspominki z PRLu. Kitty
UsuńHi Kitty,
UsuńOgólnie rozumiem Ciebie. Przez wiele lat prowadziłem jedynie blogi podróżnicze, na których właściwie nie było komentarzy i interakcja z czytelnikami była znikoma, natomiast sam komentowałem wiele innych blogów. Czasami były to krótkie, minutowe wpisy, innym razem znacznie dłuższe i bardziej przemyślane. W końcu zdecydowałem, że fajnie byłoby również samemu zacząć pisać o przeszłości. I kiedy już zacząłem, okazało się, że uruchomiłem ogromną lawinę wspomnień, które mogą zainteresować też innych, bo dotyczą pewnej ciekawej epoki historycznej.
Są różne rodzaje blogów i nie wszystkie muszą pochłaniać mnóstwo czasu, być kontrowersyjne czy ukazywać się regularnie, na przykład co tydzień. Niektóre publikowane są raz na miesiąc albo nawet raz na dwa miesiące. W moim przypadku również nie zamierzam z nikim debatować, argumentować ani czegokolwiek udowadniać. Jeżeli ktoś nie zgadza się z moimi poglądami — nie ma problemu. Zostańmy przy swoich opiniach. Nie mam zamiaru nikogo do niczego przekonywać ani samemu być przekonywanym. Zresztą moje wpisy raczej nie wkładają kija w mrowisko i nie przypuszczam, aby były szczególnie prowokacyjne czy polemiczne.
Tak więc może jednak zmienisz zdanie? 😉
Jak już kilka razy wspominałem, w dużej mierze piszę dla siebie. Jeżeli inni uważają niektóre wpisy za interesujące, to oczywiście bardzo się cieszę. Jeżeli jednak nikt ich nie czyta, również nie mam z tym problemu. Będę nadal pisał, ponieważ nie robię tego dla aplauzu i oklasków.
Ponad 35 lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Walta Whitmana i wielokrotnie czytałem jego „Song of Myself” (Pieśń o sobie samym). Szczególnie zapamiętałem poniższe wersy, którymi staram się kierować w życiu:
*****
„I exist as I am, that is enough,
If no other in the world be aware I sit content,
And if each and all be aware I sit content.
One world is aware and by far the largest to me, and that is myself.”
*****
„Istnieję taki, jaki jestem — i to mi wystarcza.
Jeśli nikt inny na świecie o tym nie wie — ukontentowany siedzę,
a jeśli wiedzą o tym wszyscy — również siedzę zadowolony.
Jeden świat jest świadom mego istnienia — ten dla mnie największy ze wszystkich: ja sam”.
Pozdrawiam,
Jacek
Najmilsze wspomnienia z dzieciństwa to czytanie nam przez matulke różnych haseł z encyklopedii przed snen zamiast bajek. Moja encyclopedia przepadł gdzieś w czasie przeprowadzek.
OdpowiedzUsuńCiekawe! Mi mama czytała bajki, książeczki oraz oglądaliśmy przezrocza, ale wówczas żadnej encyklopedii nie posiadaliśmy—zresztą nie wpadłaby raczej na taki pomysł. A gdy się nauczyłem czytać, to już sam się garnąłem do książek.
Usuń