czwartek, 2 lipca 2026

TURBACZ W GORCACH I KATASTROFA MAŁEGO SAMOLOTU W 1973 ROKU

Turbacz (49°32'34.4"N 20°06'40.9"E / 49.542874, 20.111352) odwiedziłem trzy razy i, o ile dobrze pamiętam, za każdym razem wchodziłem oraz schodziłem inną trasą. Na szczycie Turbacza (1310 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gorców, znajdowało się spore schronisko, które dla wielu turystów stanowiło naturalny punkt odpoczynku i schronienia przed kapryśną górską pogodą.

Podczas wędrówek często zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie piliśmy zimną żętycę i kupowaliśmy oscypki. Były to obowiązkowe elementy każdej górskiej wyprawy, podobnie jak rozmowy z miejscowymi góralami.

Pewnego razu mieszkający tam góral zaczął nas wypytywać, skąd jesteśmy.

    — Z Warszawy — odpowiedzieliśmy.
    — Parę dni temu była tutaj taka starsza pani, też z Warszawy — może ją znacie?

Nie pierwszy raz spotykaliśmy się z podobnym pytaniem. Niektórzy ludzie przez całe życie nie opuszczali swoich wsi czy małych miasteczek, gdzie niemal każdy znał każdego po imieniu, a jeśli nawet nie znał, wystarczyło zapytać sąsiada czy znajomego. Trudno im było wyobrazić sobie rzeczywistość wielkiego miasta, w którym setki tysięcy ludzi pozostają dla siebie anonimowe.

Z Turbaczem wiąże się także dramatyczna historia, którą opowiadała mi moja ciocia — zapalona piechurka górska, równie zawzięcie przemierzająca beskidzkie szlaki jak my. Była na Turbaczu 25 maja 1973 roku. Pogoda tego dnia była wyjątkowo nieprzyjemna — mgła ograniczała widoczność i wielu turystów postanowiło przeczekać ją w schronisku.

Ciocia akurat jadła posiłek w schroniskowej jadłodajni, gdy nagle otworzyły się drzwi i wbiegła góralka, krzycząc, że rozbił się samolot! Jak się okazało, przechodząc niedaleko miejsca katastrofy usłyszała wołanie o pomoc rannego pilota.

Rozbił się dwusilnikowy samolot sanitarny Let L-200 Morava, transportujący chore dziecko wraz z matką do szpitala.

Natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Na Turbaczu próbował wylądować helikopter, lecz z powodu gęstej mgły nie zdołał tego uczynić. Poszkodowanych przewożono z miejsca katastrofy — o ile pamiętam — wozami konnymi do pobliskiej miejscowości.

Niestety, kobieta nie przeżyła katastrofy. Pilot doznał bardzo ciężkich obrażeń (czytałem, że miał złamany kręgosłup), natomiast dziecko wyszło z tego tragicznego wypadku bez większych obrażeń.

Przy symbolicznym pomniku w miejscu katastrofy na Turbaczu

Kilka lat później, schodząc z Turbacza jedną z tras, zatrzymałem się przy symbolicznym pomniku ustawionym w miejscu katastrofy. Wykonano go ze szczątków rozbitego samolotu. Do dziś pamiętam ten moment — stojąc pośród spokojnego lasu trudno było uwierzyć, że właśnie tam rozegrał się kiedyś tak dramatyczny epizod.

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/


24 komentarze:

  1. Z tym spotykaniem znajomych to nie taka blaga, ja spotkałam Hali Kondratowej znajomą, której w swoim mieście nie widziałam od lat!
    Och, góry! kto raz zasmakował, zawsze wraca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy byłem na Ornaku i w ogóle w Tatrach, to spotkałem 2 znajome osoby (też mam o tym zamiar wspomnieć w moim przyszłym wpisie). W życiu napotkałem bardzo dużo osób przy różnych okazjach. Ba, na Kubie natknąłem się w ośrodkach na kilku moich klientów, a z jednymi to nawet leciałem w obie strony samolotem i mieszkaliśmy w sąsiednich hotelach!

      Góry mogą być jak narkotyk. Jest w nich coś, co przyciąga całe życie.

      Usuń
  2. Góry są piękne i niebezpieczne. Tak jak w ogóle dzika natura. Człowiek w niej jest gościem.
    Mało mam doświadczenia w chodzeniu po górach. Na szczęście nie porywałam się na jakieś wysokie i trudne wspinaczki. Wolę podziwiać je z daleka i z dołu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Między innymi z powodu lęku wysokości, unikałem Tatr. Poza tym o wiele bardziej lubiłem Beskidy lub Gorce, które miały mniej turystów i piękne krajobrazowo trasy—bo niektóre szlaki tatrzańskie przypominały ulicę Marszałkowską w Warszawie!

      Ale np. w czasie burz trzeba było uważać wszędzie, szczególnie na otwartych halach, bo opowiadano nam historie o ludziach zabitych przez pioruny.

      Z naturą nie ma żartów, sam tego czasami doświadczyłem w Kanadzie, pływając na kanu i biwakując w namiocie, szczególnie podczas gwałtownych burz, gdy pioruny trzaskały wokoło nas i pomiędzy grzmotem i błyskiem właściwie nie było żadnej przerwy. Nigdzie nie mogliśmy się ukryć i leżeliśmy w namiotach, licząc, że burza szybko minie. A poza tym silne wiatry też nam napędziły nieraz dużego stracha i prawie-że doprowadziły do wywrotek.

      Na szczęście z wiekiem człowiek robi się ostrożniejszy…😁

      Usuń
  3. Przed laty byliśmy na "wypoczynku" w Kamienicy z dziećmi w 2 rodziny. Mąż z przyjacielem wybrali się właśnie na Turbacz.. Tempo, w jakim odbyli tę wędrówkę wspominali przez lata. Przyczyną szalonego tempa, nierozważnego kroku, była obawa o moje zdrowie, które wówczas nie było w najlepszej kondycji. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że to tylko była przejściowa sytuacja i wszystko wróciło do normy. Kiedyś też wchodziłem na Babią Górę i dosłownie biegłem po wąskiej perci, ale z innych przyczyn 😁.

      Usuń
  4. Ja to bym szukała zbójnickiego skarbu ukrytego na Turbaczu. W każdej legendzie jest ponoć ziarno prawdy.
    Przyjemnego weekendu życzę.🤗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiedziałem o skarbach! Wówczas nie było jeszcze dostępnych wykrywaczy metali, toteż takie poszukiwanie byłyby niezmiernie ciężkie i pracochłonne. Obawiam się też, że już górale wszystko znaleźli i roztrwonili.

      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Podziwiam piekno gor i nawet za czasow liceum odbylam kilka wedrowek, moj najwiekszy wyczyn to wejscie i zejscie z Kasprowego ( zejscie caly czas biegiem w dol po kamieniach, pozniej takie zakwasy, ze nie moglysmy wejsc na pieterko u goralki) , zaliczylam tez zima dojscie do schroniska na Sniezke , bez sensu, bo wszyscy jezdzili na nartach tylko nie ja, ale zgodzilam sie, bo brakowalo im uczestnikow do wyprawy... I mam jeszcze pare innych wspomnien z gor, zawsze jakies ciezkie to bylo nieslychanie. Najpiekniejsze wspomnienie z gor to : siedzac na tarasie hoteliku w malym francuskim miasteczku, popijajac wino , zajadajac sie pyszna salata, serem i oliwkami, patrzylam na cudowna panorame Alp z dumnym Mont Blanc ...to jest naprawde piekne wspomnienie z gor😍 A poza tym to ja kocham morze i wode, wychowalam sie 5 min od plazy i nie ma dla mnie nic piekniejszego niz szum fal i widok na morski horyzont ...Moze dlatego moje wyprawy w gory nie byly udane :)) Bardzo fajnie czytalo sie Twoje wspomnienia z Turbacza . Kitty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Kasprowym też byłem, ale wjechałem kolejką linową (o tym również kiedyś napiszę). Co zabawne, byliśmy chyba jedynymi osobami bez nart. W ostatniej chwili ktoś pożyczył nam jednak po jednej parze, więc przynajmniej nie odstawaliśmy aż tak bardzo od pozostałego towarzystwa.

      „Najpiękniejsze wspomnienie z gór to: siedząc na tarasie hoteliku w małym francuskim miasteczku, popijając wino...”

      To, co napisałaś, bardzo przypomniało mi opowieść jednego z moich klientów. Wybrał się na niezwykle intensywną wycieczkę autokarową po Francji — tak intensywną, że już po kilku dniach, budząc się rano, nie pamiętał, w jakim mieście się znajduje. Często stali w ogromnych kolejkach, dosłownie przebiegali przez muzea, bo czekały już kolejne atrakcje, a pod koniec dnia był tak zmęczony, że przestawał się interesować tym, co oglądał.

      Na szczęście jeszcze w tym samym roku ponownie odwiedził Francję. Jak mi opowiadał: „Poszliśmy na jedną z najpiękniejszych uliczek Paryża. Zamówiliśmy ciasteczka i butelkę wina, a potem przez następną godzinę po prostu siedzieliśmy, delektując się winem i obserwując toczące się wokół uliczne życie. Ten jeden moment dał mi więcej radości niż cała tamta tygodniowa «biegana» wycieczka.”

      Myślę, że jest w tym sporo prawdy. Czasem jedno spokojne popołudnie potrafi pozostawić piękniejsze wspomnienia niż najbardziej napięty program zwiedzania.

      W Alpach, niestety, nie byłem, ale mogę sobie wyobrazić ich piękno i ten moment, który opisałaś. Za to biwakowaliśmy w Górach Skalistych, otoczeni majestatycznymi szczytami, a także przejechaliśmy samochodem wiele kilometrów spektakularnymi górskimi drogami, sięgającymi nieco ponad 3000 m n.p.m., z przepaściami tuż obok jezdni. Na szczęście to nie ja prowadziłem. 😊 Przepiękne widoki i wspomnienia, które zostają na całe życie!

      Usuń
  6. Witaj Jacku
    Z tymi spotkaniami coś jest.
    Kiedyś spotkałam sąsiadów w Lipsku, koleżankę na szlaku jeszcze w Czechosłowacji, znajomą mamy na dworcu w Zakopanem, koleżankę na szlaku prowadzącym na Giewont....
    Pozdrawiam letnim powiewem wiatru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz pojęcia, ile razy w moich blogach pojawia się (i będzie pojawiało) wyrażenie, że „świat jest mały”! Takich bezpośrednich i pośrednich spotkań miałem bardzo dużo. Dlatego raz jeszcze, chociaż staje się to oklepanym wyrażeniem, powtarzam, iż „świat jest mały!”

      A żeby było jeszcze śmieszniej, to wyobraź sobie, że ja też spotkałem koleżankę z klasy w Zakopanym—i również na dworcu kolejowym (będzie o tym w blogu o Zakopanym i Ornaku)!

      Pozdrawiam i życzę letniego, ale też chłodniejszego powiewu wiatru!

      Usuń
    2. Już jest chłodniej.
      Też spotkanie na dworcu w Zakopanem!? Czekam na tą opowieść
      Pozdrawiam serdecznie z moich zielonych opowieści

      Usuń
    3. Ja w tym samym czasie pracuję nad kilkudziesięcioma wpisami blogowymi, co raz coś nowego mi się przypomina. Mam nadzieję, że stopniowo będę je zamieszczał co 7-14 dni.

      Usuń
  7. Niesamowity pech - lecieć z chorym dzieckiem do szpitala i po drodze się rozbić...

    OdpowiedzUsuń
  8. Z podwórka zakonnego. Jedna z moich współsióstr jechała autobusem siedząc obok zakonnicy z innego zgromadzenia, bardzo licznego. Nagle widzi przez okno siostrę w habicie takim samym, jak jej sąsiadka, więc mówi podekscytowana: "O, siostry siostra!" Tamta popatrzyła i odpowiedziała: "Nie znam jej".
    To dla kogoś z naszej dość małej wspólnoty, gdzie wszystkie się znamy jak łyse konie, było kompletnie zaskakujące; opowiadała to potem latami. Więc trochę rozumiem tych, co pytają, czy znacie taką panią z Warszawy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, w tak małej społeczności trudno się nie znać!

      Przypomniała mi się jeszcze jedna autentyczna historia z lat 70. XX wieku. Nasza znajoma poznała na niewielkiej wsi pewną kobietę, podała jej swój warszawski adres i zaprosiła, aby podczas pobytu w stolicy koniecznie ją odwiedziła.

      Po pewnym czasie kobieta rzeczywiście przyjechała do Warszawy. Problem polegał jednak na tym, że zamiast zabrać ze sobą cały adres, zapisała jedynie nazwisko znajomej oraz nazwę dużego skrzyżowania znajdującego się w pobliżu jej domu.

      – Pytałam na tym skrzyżowaniu wielu przechodniów, gdzie pani mieszka, ale nikt pani nie znał – powiedziała, gdy po jakimś czasie Warszawianka ponownie odwiedziła jej wieś.

      Najzabawniejsze było to, że powiedziała to niemal z wyrzutem, jakby sugerowała, że znajoma albo wcale tam nie mieszkała, albo żyła w zupełnym odosobnieniu i nie utrzymywała żadnych kontaktów z sąsiadami. Dla kogoś wychowanego w małej miejscowości, gdzie praktycznie wszyscy się znają, było to najwyraźniej trudne do wyobrażenia.

      Usuń
  9. O mój Boże, ale pechowy wypadek! Okropne i smutne okoliczności tego wypadku :( Mam nadzieję, że dziecko miało ojca albo inną bardzo bliską osobę, która zrobiła wszystko, by wynagrodzić mu tę stratę matki :(
    Może za bardzo się wczuwam, ale jakoś tak mnie to ukłuło, bo pamiętam, że jako dziecko bardzo, ale to bardzo bałam się, że moja mama umrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zastanawiałem się nad dalszymi losami tej dziewczynki. Dla takich małych samolotów pogoda jest bardzo ważną rzeczą, a w górach ona się często zmienia. A strata rodzica, szczególnie matki, zawsze jest tragedią.

      Usuń
    2. Zgadzam się – zwłaszcza jeśli jest to naprawdę dobra, czuła i kochająca matka. Wówczas jest to niepowetowana strata.
      Jakoś szczególnie nie przepadam za lataniem. Wolę przeprawiać się drogą morską – jest to dla mnie atrakcyjniejsze zajęcie. Przede wszystkim nie jestem ograniczona przestrzenią, no i mam widok na piękne morze :) Jeśli chodzi o samoloty, to najbardziej boję się tych małych właśnie.
      Taita

      P.S.
      Mam problem z zamieszczaniem komentarzy! :((

      Usuń
    3. Wyobraź sobie, że kiedyś myślałem o zrobieniu licencji pilota, takiej podstawowej na małe samoloty, i nawet wziąłem 2 próbne loty. Na szczęście szybko porzuciłem ten zwariowany pomysł. Takimi małymi samolotami nie lubię latać—a dużymi też nie przepadam 😁.

      A drogą morską to właściwie nigdy w życiu nie płynąłem statkami—ok, dwa razy promem w okolicach Vancouver, oraz promem/statkiem po jeziorach.

      Usuń
  10. Na Turbaczu byłam wiele razy, a najbardziej lubię Hale Długą, na której pasa się owce. Zostały mi jeszcze trzy szlaki na Turbacz, którymi nie szłam. Ostatnio niemiło mnie rozczarowali ponieważ zabrali glebę. Jak tak można?Schroniska powoli stają się hotelami. Oj chyba napiszę do PTTK u zażalenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojęcia nie miałem, co znaczyło, że „zabrali glebę”. Dopiero musiałem spytać się wszechwiedzącego Google AI, który mi to wyjaśnił: „Gleba” w języku turystów górskich to awaryjny nocleg na podłodze (zazwyczaj we własnym śpiworze na karimacie), gdy w schronisku nie ma już wolnych łóżek w pokojach.

      AI również podał powody tej decyzji: Jako główne przyczyny podaje się rygorystyczne przepisy przeciwpożarowe, względy bezpieczeństwa oraz problemy z nadużywaniem tej opcji przez turystów, którzy traktowali ją po prostu jako tani sposób na nocleg w weekendy, zamiast szukać miejsc w normalnym trybie.

      Muszę przyznać, że nigdy nie musieliśmy spać na podłodze i nawet śpiworów ze sobą nie zabieraliśmy ani też namiotów. Ale w kilku-nasto (-dziesięcio?) osobowych pokojach to spaliśmy.

      Usuń