Obóz płetwonurkowy na wyspie Szeroki Ostrów — Olsztyn: krótki pobyt i trochę wspomnień o tym mieście — Nocny marsz z Piszu na Szeroki Ostrów — Spadająca flaga 22 lipca 1979 r., czyli zwiastun początku końca PRL-u — Kreskówka Szymona Kobylińskiego w „Polityce” — Zaniedbany cmentarz mazurski — Nieoczekiwany mocny sen — Kwestionowanie Zbrodni Katyńskiej — Ponad 50 lat „Wandy”
To jest cześć druga. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.
Rzecz jasna, bardzo miło wspominam moje „płetwonurkowe” czasy i niezmiernie się cieszę, że doświadczyłem tego raczej rzadkiego hobby. W lipcu 1979 roku spędziłem parę tygodni na obozie szkoleniowym na wyspie Szeroki Ostrów na jeziorze Śniardwy. Chociaż był to teoretycznie klub harcerski, nie istniał żaden wymóg należenia do ZHP, a samo członkostwo w klubie nie czyniło ze mnie automatycznie harcerza. Na wyspie faktycznie znajdował się żeglarski obóz harcerski, bodajże z Pałacu Młodzieży w Warszawie, składający się z „autentycznych” skautów w mundurkach harcerskich — my jedynie musieliśmy nosić niebieskie koszule ze sznurem. Był on oddalony od nas o kilkaset metrów. Do tego obozu codziennie chodziliśmy na posiłki i czasami uczestniczyliśmy wraz z jego mieszkańcami w imprezach przy ognisku.
![]() |
| Krzyż Harcerski |
Z obozu płetwonurkowego na wyspie Szeroki Ostrów posiadam kilkanaście zdjęć — w tym kolorowe. Po raz pierwszy w życiu kupiłem wówczas barwny film fotograficzny. Kolory niestety wyszły kiepskiej jakości — nie wiem, czy była to moja wina, czy zakładu fotograficznego. W każdym razie zdjęcia czarno-białe podobają mi się o wiele bardziej — nawet w dobie fotografii cyfrowej!
Z Warszawy dojechaliśmy pociągiem do Olsztyna, gdzie, czekając na dalsze połączenie, przeszliśmy się po mieście, a nawet wpadliśmy do EMPiK-u (Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki) na dość ciekawą pogadankę na temat znaczenia Polski w świecie. EMPiK w czasach PRL-u był nie tylko księgarnią, ale także ważnym miejscem spotkań, odczytów i kontaktu z zagraniczną prasą oraz kulturą.
![]() |
| Herbem Olsztyna jest postać świętego Jakuba Większego Apostoła w białych szatach na niebieskim polu. Święty trzyma laskę i muszlę pielgrzymią, tradycyjne atrybuty szlaku Camino de Santiago. |
~ ~ ~ ~ ~
W Olsztynie byłem przynajmniej raz, w sierpniu 1977 roku, i kilkakrotnie chodziłem na ryby na pobliskie jeziora. Kiedyś podczas wędkowania spotkaliśmy starszego, sympatycznego mężczyznę, który również przyszedł nad jezioro i wdaliśmy się z nim w rozmowę. Powiedział nam, że po niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku znalazł się na terenach zajętych przez Związek Sowiecki i trafił do Armii Czerwonej, uzyskując stopień kapitana. Po „wyzwoleniu” pojawił się właśnie w Olsztynie, o którym opowiedział kilka historii, które doskonale zapamiętałem:
• Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Olsztyna samo miasto było stosunkowo mało zniszczone. Żołnierze sowieccy, wiedząc, że miasto przypadnie Polsce, zazdrościli Polakom, że dostanie się im tak piękne miasto. Chodzili więc po ulicach i rzucali granatami do ocalałych budynków, powodując liczne pożary. (Polecam krótki artykuł Straszy w mieście! Mieszkańcom Warmii i Mazur Sowieci zgotowali w 1945 r. piekło. Nie zasługują na naszą wdzięczność, a tym bardziej na pomnik w centrum Olsztyna autorstwa dra Karola Nawrockiego, ówczesnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a od 2025 roku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).
• Sowieci również lubili łowić ryby — nie potrzebowali jednak wędek. Łowili je, wrzucając do jezior granaty, a następnie zbierając ogłuszone ryby.
• Wielu nowo przybyłych do Olsztyna Polaków mogło zajmować najlepsze domy i często poszczególne rodziny zajmowały po kilka nieruchomości. Twierdził, że do dziś pozostają one własnością ich potomków. On sam, jako kapitan Armii Czerwonej, mógł otrzymać najlepszy dom, z najnowocześniejszym wyposażeniem dostępnym w mieście.
• Nie pamiętam już dokładnie, z jakich powodów, ale ów człowiek przyłączył się do zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Po pewnym czasie zaprzestał działalności i skorzystał z amnestii, dobrowolnie zgłaszając się do władz. Przez pewien czas był więziony, ale później odzyskał wolność. Ze względu na swoją przeszłość polityczną przez resztę życia pozostawał na „celowniku” Urzędu Bezpieczeństwa i nie miał łatwego życia.
~ ~ ~ ~ ~
Z wyjazdu na Szeroki Ostrów utrwaliło mi się w pamięci kilka epizodów, o których chciałbym wspomnieć.
Nasze obozowisko znajdowało się mniej więcej vis-à-vis obecnego (2026 r.) pola namiotowego, po drugiej stronie drogi, na polance w lesie, bardzo blisko wody (53°43'57.9"N 21°44'38.0"E / 53.732750, 21.743889). Centralny plac był osłonięty kanopą spadochronu. Zbudowano również prymitywny „pomost” do cumowania łodzi.
![]() |
| Nasze obozowisko "pod spadochronem" |
Był to rok 1979, ostatni pełny rok rządów Edwarda Gierka (zwanego Edwardem Dłużnikiem — ponieważ ogromne kredyty zagraniczne zaczynały coraz bardziej obciążać polską gospodarkę) i jego kolegi, premiera Piotra Jaroszewicza. Braki w sklepach stawały się coraz bardziej widoczne, a sytuacja gospodarcza Polski stale się pogarszała.
Mieszkaliśmy w namiotach wojskowych i codziennie odbywał się apel, podczas którego jeden z nas wciągał flagę na maszt — było to wyróżnienie (mnie również spotkał ten zaszczyt, i to już pierwszego dnia, w uznaniu za dzielny nocny marsz).
W tym pamiętnym dniu, noszącym znamienną datę — 22 lipca 1979 roku (tego dnia w Polsce Ludowej obchodzono Narodowe Święto Odrodzenia Polski, najważniejsze święto państwowe w latach 1944–1989, upamiętniające ogłoszenie Manifestu PKWN w 1944 roku) — a dodatkowo było to 35-lecie PRL-u — jeden z uczestników zaczął wciągać flagę na maszt.
Gdy biało-czerwona bandera powoli dotarła na sam szczyt, nagle oderwała się i poszybowała z powrotem na ziemię!
Wielokrotnie komentowaliśmy później to zdarzenie jako złowieszczy zwiastun — i rzeczywiście się nie pomyliliśmy. Już rok później rozpoczęły się strajki, niebawem powstała „Solidarność”, Gierek odszedł na polityczną banicję, został potępiony przez własną partię, a nawet z niej usunięty.
Ale i tak dostał jedynie przysłowiowego „prztyczka”, podczas gdy powinien otrzymać solidnego kopa — i to nie jednego — podobnie jak cała jego komunistyczna gangsterska zgraja. Dziesięć lat później nastąpił koniec komunizmu.
W numerze „Polityki” (tygodnika społeczno-politycznego wydawanego w Warszawie jako organ prasowy KC PZPR) przypadającym na Święto Odrodzenia Polski, jak zwykle na pierwszej stronie ukazała się kreskówka znanego grafika, karykaturzysty i satyryka Szymona Kobylińskiego.
Pomimo ilustrowania komunistycznego tygodnika, samych komunistów Kobyliński nigdy nie darzył sympatią. Na łamach „Trybuny” z 2–3 września 1991, powiedział:
„W 1947 roku grzmiały armaty po wyborach Bierutowskich i wtedy przysięgłem, że tym komuchom będę dowalał przez całe życie. I rzeczywiście — nigdy nie byłem po ich stronie w sensie aprobaty…”
Ilustracja przedstawiała dziadka, ojca i syna. Ojciec zwraca się do syna:
„Dziadek ma tyle lat, co niepodległa Polska, ja tyle, co Polska Ludowa, a ty masz 9 lat.”
Oczywiście wszyscy zrozumieli aluzję — Edward Gierek pozostawał u władzy od 1970 roku, a więc właśnie od niemal dziewięciu lat.
Na wyspie Szeroki Ostrów znajdował się przy drodze, blisko naszego obozowiska, stary, zaniedbany i zarośnięty cmentarz, z wypisanymi gotykiem, prawie nieczytelnymi inskrypcjami na nagrobkach. Jeden z uczestników obozu postanowił to miejsce trochę oczyścić, a nawet ogrodzić je barierką zrobioną z konarów drzew, bo jak powiedział: „Nie chciałbym, aby ktoś śmiecił i chodził po moich szczątkach”. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że był to cmentarz ewangelicki, a pochowane tam osoby to zamieszkujący wyspę autochtoni. Według strony internetowej www.mazury24.eu:
„Na przełomie lat 1944/1945 Szeroki Ostrów składał się z 6 siedlisk, których właścicielami byli: Michael Adamy, Auguste Dudda, Kayka, Max Prystawik, August Sbresny”.
Mazurzy byli mieszkańcami Mazur, w większości wyznania ewangelickiego, wywodzącymi się głównie od osadników z Mazowsza. Przez stulecia znajdowali się pod silnym wpływem kultury i państwowości pruskiej, co sprawiło, że ich tożsamość była złożona i łączyła elementy polskie oraz niemieckie.
Posługiwali się lokalną gwarą i byli poddani silnej germanizacji. Określali siebie często jako Masuren (Mazurzy); ich kultura była mieszanką polskich korzeni z pruską organizacją państwową. Byli zazwyczaj rolnikami i rybakami, silnie związanymi z mazurską przyrodą, a po 1945 roku większość z nich opuściła te tereny lub została wysiedlona.
Jeden z namiotów przeznaczono na skład sprzętu nurkowego i co noc ktoś musiał w nim samotnie spać, „pilnując” tych rzeczy. Pewnej nocy i mnie przypadł ten obowiązek. Nawet byłem zadowolony, bo w moim namiocie przyległe łóżko polowe zajmował muzyk, którego co rano budził wartownik — a on, półprzytomny, chwytał za trąbkę i grał na niej pobudkę — prosto w moje ucho! Byłem więc z pewnością pierwszą osobą, która zrywała się z łóżka.
Ale wracając do samotnie spędzonej nocy — mogę tylko powiedzieć, że NIGDY w życiu tak mocno nie spałem. Zasnąłem momentalnie i rano z trudnością mnie dobudzono — przez dłuższy czas byłem niczym odurzony środkami farmakologicznymi. Gdyby tamtej nocy ktokolwiek chciał ukraść znajdujący się tam sprzęt, mógłby tego dokonać bez najmniejszych problemów, a nawet zabrać namiot i wynieść moje łóżko — razem ze mną! Do tej pory zastanawiam się, co było tego przyczyną. Czy przebiegała pode mną jakaś żyła wodna lub występował inny geologiczny fenomen? A może po prostu był to przypadek...
![]() |
| Zebranie towarzyskie i dyskusja w naszym obozowisku |
Zaczęliśmy o tej zbrodni dyskutować i wymieniać różne informacje. Był z nami jeden z „szefów” klubowych i obozowych, zresztą bardzo miły, wykształcony, inteligentny i fajny facet, będący dość wysokiej rangi harcerzem (instruktorem lub nawet harcmistrzem), a także pedagogiem. Milcząco przysłuchiwał się naszej dyskusji i w pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:
— Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?
Muszę przyznać, że takie pytanie było kompletnie nie na miejscu. Zapanowała niewygodna cisza i na tym nasza dyskusja się zakończyła.
Był to jedyny Polak, który w „prywatnej” rozmowie zakwestionował sprawców tej masakry. Przykre, bo nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Niestety, jak wielokrotnie zaobserwowałem, inteligencja i wykształcenie nie zawsze idą w parze z otwartym umysłem oraz umiejętnością samodzielnego, krytycznego myślenia i analizowania faktów, niezależnie od narzucanych odgórnie interpretacji i ideologii.
Nawet nasi nauczyciele w szkole albo ten temat pomijali, albo wprost sugerowali wschodnich sprawców jako jedną z możliwych tez — ale NIGDY bez ogródek nie powiedzieli, że był to czyn Niemców. Ba, nawet esbecy, z którymi miałem "koleżeńskie" spotkanie wyrazili przypuszczenie, iż zbrodni tej nie dokonali Niemcy (chociaż rzecz jasna, mogli to zrobić w celach strategicznych).
Czytałem też, że powodem, dla którego w czterotomowej „Encyklopedii Powszechnej PWN” z lat 70. XX wieku nie pojawiło się hasło „Katyń”, była odmowa redaktorów napisania nieprawdy o tym wydarzeniu. Toteż postanowiono wybrać neutralną opcję i w ogóle takiego hasła nie zamieszczać, co samo przez się dawało czytelnikom bardzo dużo do myślenia o tym akcie ludobójstwa.
Przez cały okres istnienia Polski Ludowej oficjalna propaganda przypisywała zbrodnię katyńską Niemcom. Dopiero przed upadkiem komunizmu władze radzieckie oficjalnie przyznały odpowiedzialność NKWD za zamordowanie polskich oficerów w 1940 roku.
Natomiast w Kanadzie natknąłem się na emigrantów ze Związku Sowieckiego i niektórzy nadal twierdzili, iż była to zbrodnia popełniona przez Niemców, trzymając się twardo oficjalnej wersji rządu sowieckiego. Ale w ich przypadku powinno się im współczuć — chyba takie mają geny i DNA i przez to najbardziej właśnie oni wycierpieli (i nadal cierpią) z powodu tego systemu, który de facto popierają — lecz na narodowy masochizm i wrodzoną poddańczość nie ma rady.
![]() |
| Mój dziadek, Jerzy Kismanowski (1894-1940) |
Tu zresztą pragnę dodać, że Katyń ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk: mój dziadek (ojciec mojej mamy), Jerzy Kismanowski, został zamordowany w Katyniu i przez wiele dekad ona oraz moja babcia musiały żyć otoczone tym kłamstwem, a na dodatek były prześladowane przez władze komunistyczne (a mnie również lekko to dotknęło w 1981 roku).
![]() |
| O ile pamiętam, to ten facet po prawej stronie był instruktorem nurkowania. A ten po lewej jedynie adeptem 😁 |
Wracając natomiast do samego klubu — od 1975 roku cały czas prężnie działa, organizuje liczne kursy szkoleniowe i wyjazdy, a jego założyciel, Piotr Kowalski, dopiero niedawno, w 2025 roku, po 50 (tak, pięćdziesięciu!) latach zrezygnował z funkcji prezesa, przekazując pałeczkę (a raczej 🤿 rurkę do nurkowania 😁) komuś młodszemu.
Podziwiam tego rodzaju pasję, poświęcenie i zaangażowanie — a samemu klubowi życzę powodzenia i sukcesów przez następne 50 lat!
A na koniec coś zabawnego. Jeden z moich kolegów, widząc odznakę klubu, sugerował, że do jego nazwy powinienem dopisać literę „L” i wówczas powstałby Klub Podwodny WANDAL!
******
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
******
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.










Jack, Twoj dziadek byl bohaterem i czesc jego pamieci! I czesc pamieci wszystkich bestialsko zamordowanych oficerow w Katyniu🙏🏻 Klamstwo katynskie znowu zaczyna zarastac , tak samo jak klamstwo o Wolyniu, ktory teraz jest " polskim" wladzom bardzo niewygodny. Chyba wiesz dlaczego. Pisze " polskim" w cudzyslowiu, bo ten rzad nie pracuje na dobro naszego kraju, o nie , za to sluzy pieknie swoim mocodawcom z Niemiec i Brukseli. Wymazywanie i tuszowanie historii jest im bardzo na reke. Za 20-30 lat juz nikt nie bedzie drazyl i dazyl do prawdy, to co wtlocza dzieciom do glow teraz, bedzie trudno naprawic. Kitty
OdpowiedzUsuńDziękuję za miłe słowa, Kitty!
UsuńOd naszych wschodnich sąsiadów (szczególnie jednych z nich) można spodziewać się niemal wszystkiego.
Na Zachodzie również zachodzi wiele niepokojących zmian w sposobie przedstawiania historii. Można by o tym napisać niejeden artykuł. Wystarczy wspomnieć choćby zastępowanie słowa „Niemcy” enigmatycznym określeniem „naziści”, do których niekiedy próbuje się zaliczać nawet… Polaków!
Mam też wrażenie, że zbrodnie popełnione na Polakach nie wywołują większych emocji ani zainteresowania. Natomiast każdy przypadek, w którym Polacy byli choćby domniemanymi sprawcami, bywa nagłaśniany i stawiany na pierwszym planie.
Obawiam się, że za 20–30 lat niektórzy będą już zadawali pytanie, czy Polska podczas II wojny światowej walczyła z Niemcami (a właściwie z „nazistami”), czy może była ich sojusznikiem.
Dokladnie tak Jack. Dobre masz " wrazenie". To sie odbywa jakby niezauwazalnie, ale z kazdej strony i malymi kroplami sacza informacje nieprawdziwe, wypaczone, badz wrecz klamliwe. Trzeba byc wyczulonym na to, a wiekszosc ludzi w ogole nie zwraca uwagi, ze niemieckie obozy koncentracyjne nazywa sie " polskimi obozami koncentracyjnymi", ze mowi sie , ze onobozie Auschwitz w Polsce , a nie w okupowanej Polsce zwanej Generalna Gubernia, wielka roznica, ze na Polakow probuje zrzucic sie zbrodnie niemieckie i sowieckie, a teraz jeszcze przekreca sie prawde o masakrach na Wolyniu. Popatrz jak ladnie jest to koordynowane ze Wschodu i Zachodu, daje fo myslenia, prawda? O tym trzeba krzyczec, i nigdy nie pozwolic, aby wypaczono nasza historie. To co robia w UK jest podobne. Zadnych informacji na temat tego , jak Polacy walczyli w II wojnie ( bylismy czwarta najwieksza sila militarna), mimo okupacji niemieckiej, jaki wklad mielismy w rozszyfrowanie Enigmy, ktora chelpia sie Brytyjczycy czy wklad w Bitwe o Anglie. Smiem twierdzic, ze Wielka Brytania bez polskich pilotow nie wygralaby tej biwty. To wszystko jest przemilczane, o tym nie uczy sie dzieci w szkolach, za to maja obowiazkowa wycieczke do " polskiego" Auschwitz , gdzie ginely wylacznie Zydzi ( wg nich). Ech. Kitty
UsuńOjciec mojego klienta zginał w Auschwitz. Gdy o tym mówił w Kanadzie, najczęstsza reakcja to „nie wiedziałem, że jesteś Żydem!”
UsuńOd dłuższego czasu twierdzę, że historię Polski piszą nie-Polacy i nawet, jeżeli nie jest ich zamiarem, to popełniają błędy. Nie raz otrzymałem pytania na temat drugiej wojny i pytające się osoby nie bardzo wiedziały nawet, po której stronie walczyli Polacy. Poza tym stosunkowo często spotykałem się ze stwierdzeniami, że „Polacy prześladowali/zabijali Żydów”-i nieraz to była JEDYNA wiedza, jaką posiadali o Polsce okresu wojennego.
Ale czy się dziwić? Jakby nie było, 2 najsłynniejsze filmy na temat Holocaustu ukazują niemieckiego oficera Wehrmachtu oraz niemieckiego przedsiębiorcę ratującego Żydów.
Tak, masz racje Jack, nasza historie pisze nie-Polacy. Za duzo jest tych "pomylek " i dziwnym trafem sa one powtarzane wciaz i wciaz, zbyt duzo w tym ko-ordynacji , zeby byl to przypadek. Co ciekawe , bedac w Polsce tego sie nie zauwaza tak bardzo, bo w Polsce jestesmy jakby z tym obeznani ( choc okrojona nasza historie okrutnie i mnostwa rzeczy sie nie uczy ), natomiast jak sie pomieszka troche zagranica, to widac jak na dloni ... Mieszkalam w Niemczech , w Anglii , widze i slysze jak media relacjonuja , co pomijaja, o czym sie w ogole nie mowi...Tu tez tluczona jest wersja jak to Polacy przesladowali Zydow - ciekawe, ze Polska jest jedynym narodem, ktory dostal najwieksza ilosc tytulow " Sprawiedliwy wsrod narodow Swiata " - nadawany przez Izrael ludziom niezydowskiego pochodzenia , za bezinteresowna pomoc Zydom przesladowanym przez nazistow. Na 28.000 nadanych Polacy otrzymali ponad 7000 ( wsrod 51 narodow ). O czym to swiadczy ? Teraz bardzo modne sa filmy o "dobrych nazistach", o tym jacy byli ludzcy , pomagajacy, jak to biedni zostali wciagnieci do wojny... i jacy zli byli Polacy... Powiem ci, ze patrzac na to co sie obecnie robi, toleruje, albo co wrecz promuje "polski rzad" , jak mocno dziala przeciwko , to czasem mysle, ze za Komuny mielismy u wladzy patriotow - od czasu jej upadku mamy tylko zdrajcow , mniejszego badz wiekszego kalibru, pracujacych dla zachodnich mocodawcow... Kitty
UsuńCZĘŚĆ 1/2
UsuńDziękuję za komentarz, Kitty.
Zawsze z perspektywy pewne rzeczy wyglądają kompletnie inaczej i warto na swoje ‘podwórko’ spojrzeć z innego punktu widzenia. Sądzę, że wiele osób piszących o Polsce popełnia historyczne błędy nieświadomie, czerpiąc wiedzę z innych opracowań, zawierających nieścisłości.
Podam kilka przykładów, które zresztą wiele razy przytaczałem (i pewnie będę w przyszłości przytaczać) w różnych komentarzach lub blogach.
• Jakieś 35 lat temu w wiadomościach TV w Toronto pokazano krótki wywiad z kilkunastoma młodymi Kanadyjczykami pochodzenia żydowskiego, którzy właśnie wrócili z Polski, z wizyty w obozie w Oświęcimiu. Ich główne wrażenie? "To straszne, że ludzie mieszkający dookoła obozu byli bierni i nic nie zrobili, aby pomóc uwięzionym."
• W latach 80. XX w. w kanadyjskiej gazecie katolickiej ukazał się artykuł, w którym dziennikarz pisał o Katyniu, „zbrodni popełnionej przez Niemców”. Interweniowałem i to poprawił—ale początkowo mi wyraźnie nie wierzył.
• W 1994 roku obchodziliśmy 50-tą rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego. Ileż to wtedy pojawiło się „niezwykłych” informacji w mass media o „obchodach 50-tej rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim!” W jednej gazecie polonijnej nawet ktoś zrobił zestawienie tego rodzaju „wiadomości”—takich ‘perełek’ było sporo!
• Natomiast jednemu polskiemu dziennikarzowi dobrze się dostało od amerykańskiej dziennikarki (czy też historyczki), mocno wzburzonej i zbulwersowanej, iż nie wspomniał ani słowa o Żydach, pisząc o 50-tej rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim (oczywiście, on pisał o Powstaniu WARSZAWSKIM). Muszę tu dodać, że bardzo zawstydzona kobieta przeprosiła go, widząc swój definitywny błąd.
• W 1994 roku, jadąc samochodem, słuchałem torontońską stację radiową głównie nadającą wiadomości. Właśnie mówił historyk, doktor lub profesor, ze Smithsonian Institution w USA, że w tym roku [tzn. 1994] obchodzimy bardzo dużo doniosłych 50-tych rocznic—Lądowania w Normandii, wyzwolenia Paryża, Ofensywy w Ardenach (Battle of the Bulge) oraz… POWSTANIA W GETCIE WARSZAWSKIM!
Jako że telefony komórkowe mało kto wówczas posiadał, zatrzymałem się przy budce telefonicznej, wyszukałem w książce telefonicznej numer stacji radiowej i zadzwoniłem do niej informując, że ów „historyk” NIE miał racji i się pomylił, bo Powstanie w Getcie Warszawskim miało miejsce rok przedtem, w 1943 roku. Raczej z niedowierzaniem i dużym sceptycyzmem przyjęto moje wyjaśnienie—z pewnością nie mogli uwierzyć, iż znany historyk i naukowiec prestiżowej instytucji mógł popełnić tak skandaliczny błąd. Przez następne kilka godzin słuchałem tej stacji radiowej—jedynie, co wskórałem, to usunęli jego błędną wypowiedź, ale NIE skorygowali jej. Cóż, taka historia, jacy historycy!
CZĘŚĆ 2/2
Usuń• Prezydent Roosevelt ogólnie niechętnie zwracał uwagę świata na pełen rozmiar nazistowskich okrucieństw i przytacza się różne powody jego zachowania. Podaję jeden z nich:
Jan Karski, polski bojownik ruchu oporu podczas II wojny światowej, po osobistym doświadczeniu okrucieństw popełnionych przez Niemców na Żydach w okupowanej przez Niemcy Polsce, udał się do Stanów Zjednoczonych i spotkał się z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem w Gabinecie Owalnym w lipcu 1943 roku. Był pierwszym naocznym świadkiem, który opowiedział Rooseveltowi o sytuacji w Polsce i Holokauście Żydów. Roosevelt nie zadawał pytań o Żydów.
Karski spotkał się również z sędzią Sądu Najwyższego Felixem Frankfurterem. Sędzia Frankfurter powiedział Karskiemu, że jest Żydem i zapytał go, co dzieje się z Żydami w Polsce, ponieważ „docierają do nas sprzeczne doniesienia”. Karski był pewien, że ten człowiek mu nie będzie przerywał i że będzie mógł mu wszystko opowiedzieć. Przez następne 20-25 minut Karski opowiadał mu wyłącznie o tym, co widział i co dzieje się z Żydami w Polsce. Następnie sędzia Frankfurter powiedział: „Panie Karski, człowiek taki jak ja, rozmawiając z człowiekiem takim jak pan, musi być całkowicie szczery. Dlatego mówię panu, że NIE MOGĘ UWIERZYĆ W TO, CO MI PAN POWIEDZIAŁ”.
• Gdy 11 listopada 2018 roku Polska obchodziła 100 lat niepodległości, akurat byłem na Kubie i specjalnie oglądałem wiadomości (najprawdopodobniej CNN), będąc ciekawy, co powiedzą o Polsce. Owszem, ukazała się jedno albo półminutowa wzmianka o tej doniosłej rocznicy, pokazująca tłumy ludzi w Warszawie, a narrator powiedział coś w stylu, że odbyły się demonstracje prawicowe i szowinistyczne—i to wszystko.
• W latach 80. ktoś wymalował symbol faszystowski, czy też napisał jakieś antysemickie hasło na pomniku na Umschlagplatz w Warszawie (miejsca, skąd Niemcy wywozili Żydów do Treblinki). Oczywiście, czyn powinien być potępiony—jednakże zdjęcie tej profanacji znalazło się w wielu gazetach, jako przykład polskiego antysemityzmu—i z pewnością zachodni czytelnicy odnieśli wrażenie, iż w Polsce coś takiego ma miejsce na porządku dziennym.
• A na koniec-to pokazuje, jaka jest wiedza na świecie, także w USA o obozach: Ludzie za oceanem, słysząc jakie potworności się tam działy - czasem pytają się naiwnie ,,Dlaczego nie wystawiliście tam pikiety?’’…
Pozdrawiam!
Masz niesamowita pamiec Jack! Twoje przyklady pokazuja jasno , jak zaciemnia sie nasza historie, jak zmienia sie kontekst zaleznie od przekazu... Ten przekaz caly czas idzie w swiat , kropla po kropli, Polacy w Polsce nie alarmuja, bo zajmuja sie wlasnym podworkiem, czesto nie znaja na tyle jezyka, aby oceniac obce media itp. A w Polsce mlodemu pokoleniu wtlacza sie caly czas poczucie winy za cudze zbrodnie i rozmydla winy niemieckie czy sowieckie. Ze szkol usunieto ogromny material z historii Polski , to jeszcze za pierwszej kadencji PO i nadal to sie kontynuuje, a mlodziez modeluje sie na wzorce zachodnie, smartphone jest najwazniejszym gadzetem w ich zyciu i to co z niego wyplywa, to wsiaka. Nie ma juz komu korygowac i przekazywac prawde historyczna. Mnie sie nieraz chce krzyczec do ekranu jak slysze , co tu sie wygaduje. Kiedys kolega z pracy , Anglik, bardzo duza madrala rzucil mi taki tekst przy wszystkich :- No tak, Hitler zaczal wojne i zajal Polske , i wyscie przez 5 lat nic nie robili, az musielismy wkroczyc My ( czyli Anglicy) i zrobic tam porzadek. Tak mnie wtedy zatkalo, ze po prostu zamarlam. Reszta sie tylko zasmiala i powrocili do swoich zajec. Moment na riposte minal. Do dzis zaluje, ze nie wyliczylam mu tej " pomocy" brytyjskiej ...Kitty . I tego gdzie i jak walczyli Polacy w II wojnie.
UsuńAż się boję głębiej odpowiadać na Twój post, bo odpowiedź pewnie byłaby dłuższa od całego mojego blogu. Ale niestety tak jest.
UsuńMam minimalne pojęcie, jak wygląda edukacja na tym polu w Polsce, bo od 1981 nie byłem w kraju i nie oglądałem ani razu żadnych polskich programów w polskiej TV (od ok. 25 lat w ogóle nie oglądam telewizji). Ale zdaję sobie sprawę, że w Polsce istnieją duże podziały na tle politycznym, o wiele ostrzejsze, niż np. w Kanadzie, jak też ludzie o stokroć bardziej biorą sobie do serca sprawy polityczne—niektórzy rodacy posiadający polską TV w Kanadzie mówili, że po każdej debacie w Sejmie dosłownie się trzęśli i musieli brać tabletki na zmniejszenie ciśnienia. To o czymś świadczy, niestety.
Pozdrawiam,
Jacek
Dorzucę do Waszej ciekawej wymiany zdań swoją małą cegiełkę.
UsuńKilka lat temu czytałam książkę Harlana Cobena – niestety już nie pamiętam tytułu, nie mam tak genialnej pamięci jak Jacek – i aż się zagotowałam, kiedy natrafiłam na określenie "polskie obozy koncentracyjne". Mam do książek duży szacunek, ale wtedy bez jakichkolwiek skrupułów przekreśliłam "Polish" i napisałam, że to były niemieckie obozy w Polsce. Od razu lepiej się poczułam ;)
Dziękuję za Twoją cegiełkę!
UsuńSwego czasu wyrażenie „polskie obozy koncentracyjne” pojawiało się bardzo często, dopiero zmasowana reakcja polskiego rządu i Polonii spowodowała, że środki masowego przekazu zaczęły eliminować to kłamliwe sformułowanie, ale nie zawsze. I pamiętam przypadki, gdy po zwróceniu uwagi na błędność tego wyrażenia, zostały poprawione, jednakże był dodany też komentarzy nieprzychylny Polsce i Polakom—po prostu musiano na koniec wbić nam przysłowiową szpilkę.
A co do książek, to też w niektórych znalazłem na marginesach ciekawe komentarzy i notatki, a nawet grubo napisane „Nieprawda!” i podane wyjaśnienia. Niektórzy się posunęli do tego, że wkleili (!) artykuły z gazet, które korygowały, klarowały lub rozwijały pewne zagadnienia zawarte w książkach.
Ja też nieraz piszę swoje uwagi o książce (na froncie, ale nieraz na marginesach). Dość dużo napisałem na temat „Malowanego Ptaka” Kosińskiego, aby przyszli czytelnicy nie sądzili, że była to autobiograficzna książka, zawierająca prawdziwe fakty. A tak początkowo podawał autor i niestety, niektórzy po lekturze tej książki wyobrażali sobie Polskę w sposób przedstawiony przez Kosińskiego. Tym bardziej nie jestem w stanie pojąć, iż podczas wizyty w Polsce, pisarzy był tak dobrze podejmowany przez swoich wielbicieli. Masochiści?
Czy w tym zacytowanym zdaniu "Czy jesteście pewni, że Katyń zrobili Niemcy?" nie zgubiło się "nie"? Jakoś nie ma to sensu jako podważenie udziału Sowietów. Co innego, gdyby było: "Czy jesteście pewni, że Katyń nie zrobili Niemcy?" - wtedy rzeczywiście by to znaczyło, skąd wiecie, że nie zrobili tego Niemcy.
OdpowiedzUsuńArtykuł doktora Karola Nawrockiego, czyli obecnego prezydenta, byłego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
Dziękuję—po raz drugi!
UsuńJesteś niezmiernie spostrzegawcza i oczywiście, miałaś rację. Poprawiłem na „Czy jesteście pewni, że Katynia nie zrobili Niemcy?”
To też pokazuje, że jeżeli sprawdza się swój własny tekst, nawet kilka razy, to po prostu się nie widzi swoich błędów. Z podobnym problemem zetknąłem się przy tłumaczeniu dokumentów—chociaż sprawdzałem je dokładnie kilka razy, to nieraz zdarzyło się, że nie zauważyłem rażących błędów. Dlatego jeżeli miałem okazję, to prosiłem albo moich pracowników, albo nawet znajomych, aby dokładnie wszystko skontrolowali—w tym przypadku nie chodziło o żadną dobrą znajomość języka angielskiego, ale polskiego.
Kompletnie nie skojarzyłem, że ówczesny prezes IPN to obecny prezydent. Też ten ważny fakt dodałem—dziękuję!
Będąc przy IPN—wczoraj wysłałem do tej instytucji list polecony z wnioskiem o udostępnienie do wglądu dokumentów dotyczących mojej osoby. Na pewno taka teczka istnieje (chociaż przypuszczam, że cieniutka) i być może jej zawartość urozmaici jeden z moich blogowych wpisów, nad którym pracuję.
Raz jeszcze dziękuję za bystrość i pozdrawiam!
Myślałam, że specjalnie nie chcesz podawać, że to obecny prezydent. Teraz jest dobrze :-)
UsuńAle w takim razie jeszcze jedna uwaga w sprawie skrótu.
Można napisać dwojako
- autorstwa dra Karola Nawrockiego - wtedy bez kropki po "dra", co znaczy doktora
albo
- autorstwa dr. Karola Nawrockiego - wtedy z kropką, ponieważ skrót nie kończy się ostatnią literą wyrazu (doktora)
W zapisie , jaki Ci wyszedł wypadałoby czytać: autorstwa doktor Karola Nawrockiego", co by oznaczało, że autor jest kobietą, jak w zdaniu np. autorstwa dr Ewy Piskorskiej (czytane jako: autorstwa doktor Ewy Piskorskiej)
Dziękuję ponownie -- poprawiłem!
UsuńWiesz, nigdy na to nie wpadłbym. W ogóle, gdy piszę po polsku, to często głupieję od tych przypadków i różnych końcówek i wielokrotnie muszę korzystać z gramatycznych pomocy online (np. przypadki), z Googla albo pytam się AI, jak ma być dobrze. Nie wiem, czy jest możliwe tego języka nauczyć się perfekcyjnie dla cudzoziemców. Ale biorąc pod uwagę, że skończyłem w Polsce jedynie ogólniak, to i tak jestem podziwu dla samego siebie...😁
Jak napiszę książkę, to może Ciebie zaangażuję jako edytora tekstu. Kilkanaście lat temu zatrudniłem taką firmę—jeden z moich klientów napisał kilkadziesiąt stron, wymagających edycji—i muszę przyznać, że sam się dużo przy okazji nauczyłem, tym bardziej, że wszystkie znaki edycyjne były widoczne na czerwono.
A propos, czy Ty masz wykształcenie polonistyczne lub pokrewne?
Tak, jestem maturalnym egzaminatorem języka polskiego, ale cicho sza, tego nikt nie wie ;-)
UsuńO, nie wiedziałem nawet, że coś takiego istnieje—sądziłem, że to po prostu robią dowolnie nauczyciele! Właśnie niedawno pisałem w (nieopublikowanym jeszcze) blogu o moich maturach. Z polskiego zdawałem obowiązkową pisemną, a później również ustną z tego języka, bo go sam wybrałem. Egzaminatorem głównym była moja nauczycielka z polskiego, ale w komisji zasiadały chyba 2 dodatkowe osoby.
Usuń„ale cicho sza, tego nikt nie wie ;-)”
Czy w takim razie mam komentarz usunąć 24 godziny po zamieszczeniu? Albo nawet zniszczyć PRZED przeczytaniem 😁?
Tak, najlepiej zniszczyć przed przeczytaniem ;-) Chodzi o to, że na blogu nie chcę występować ani z imienia i nazwiska, ani zawodu.
UsuńKiedyś tak było, sprawdzali wszyscy nauczyciele danego przedmiotu w szkole.
Ale odkąd istnieje Centralna Komisja Egzaminacyjna i ona przygotowuje arkusze maturalne, żeby mieć prawo sprawdzać, trzeba przejść szkolenie o dostać certyfikat egzaminatora. Każdy nauczyciel danego przedmiotu może to szkolenie przejść, ale nie wszystkim się chce. Znam wielu, nie tylko polonistów, którzy po prostu na szkolenia się nie zgłaszali, więc nie mogą egzaminować.
Co też ciekawe teraz, uprawnienia nie wygasają wraz z przejściem na emeryturę i można sobie nawet na emeryturze dorabiać pracując w komisji egzaminacyjnej - przy sprawdzaniu matur pisemnych. Na czas sprawdzania pospisuje się umowę z CKE i to jest płatne. Wysokość zapłaty przedstawia wiele do życzenia, ale to już inna kwestia. Mam koleżanki, które tak dorabiają. Bywa też odwrotnie: wielu nauczycieli ma uprawnienia, ale nie egzaminują, bo nie zgłaszają się na coroczne ćwiczenia (online) w swoim OKE (Okręgowa Komisja Egzaminacyjna) i nie chcą marnować majowych weekendów na ślęczenie nad pracami. Gdy prac jest dużo, siedzi się i sprawdza po 10-12 godzin dziennie, od rana do wieczora. Były takie lata, że kończyliśmy o 22:00 wieczorem. Tylko z przerwą na obiad. Na korytarzu mieliśmy prowizoryczny barek z kawą, herbatą, kupowaliśmy sobie jakieś ciasteczka, przynosiliśmy z domu kanapki. Mój kręgosłup też już tego nie wytrzymuje.
Całkowicie rozumiem Twoją anonimowość i nawet jeżeli ja (czy inni) się o coś pytają, to nie musisz udzielać odpowiedzi. Ja byłem jedynie ciekawy, bo wychwyciłaś takie niuanse językowe, jak mało kto.
UsuńNie miałem pojęcia, że to tak obecnie działa! Muszę powiedzieć, że nie lubiłbym być egzaminatorem prac pisemnych języka polskiego, bo jednak interpretacje mogą być różne. Pamiętam, że dawano te same wypracowania do sprawdzenia różnym nauczycielom i oceny znacznie się różniły. Jedno z wypracować otrzymało m.in. piątkę, najwyższy stopień, jak też i dwóję, najniższy.
Będąc członkiem klubu fotograficznego, trzy razy w roku były zawody i ‘komisja egzaminacyjna’ złożona z członków oceniała zdjęcia. Nierzadko w najwyżej nagrodzonych zdjęciach ja nic specjalnego nie widziałem; raz zdjęcie, które otrzymało pierwsze miejsce, to bym po prostu od razu usunął z aparatu. A co najciekawsze, jedno z moich zdjęć otrzymało wysoką punktację i zachwyt audiencji, chociaż ja nie sądziłem, że jest jakieś specjalne. W każdym razie NIGDY nie podjąłbym się oceniania zdjęć. Może to, że nie mam zacięcia artystycznego też gra rolę.
różne interpretacje --- to trochę bardziej skomplikowane, a może łatwiejsze dzisiaj. Dawniej matura pisemna z polskiego polegała na napisaniu wypracowania. Dzisiaj są dwa osobne arkusze. W pierwszym zadania w zasadzie na umiejętność czytania ze zrozumieniem tekstów współczesnych. Są dwa fragmenty do przeczytania i kilkanaście zadań do wykonania. Teksty mogą mieć różną tematykę, mają charakter publicystyczny lub popularnonaukowy. Pamiętam, że był kiedyś z genetyki, innym razem z kosmologii, bywają też z historii czy zjawisk społecznych. To są teksty autentyczne z czasopism i książek popularnonaukowych. Trzeba je porównać, umieć streścić, znaleźć tezę, argumenty, ocenić trafność argumentacji autora itp.- tak więc tu za dużo swobodnej interpretacji nie ma, bo albo ktoś rozumie tekst o budowie kosmosu, albo nie.
UsuńDrugi arkusz dotyczy znajomości historii literatury i na końcu jest do napisania wypracowanie. W teście są pytania z kolejnych epok, o utwory, nurty artystyczne, zjawiska kulturalne, więc tu też albo się wie, albo nie.
Dopiero w wypracowaniu można się popisać elokwencją i oczytaniem. Jednak całość jest standaryzowana i wpisana w tabelki: ocenia się poprawność językową, bogactwo składni, kompozycję, argumentację, szerokość spojrzenia na problem, spójność itd. W zasadzie nie ocenia się poprawności interpretacyjnej, chociaż rzecz jasna nie można napisać, że "Pan Tadeusz" to powieść science fiction, bo to by już nie była dowolność interpretacji, tylko zwyczajna bzdura. Nie chcę Cię tu zanudzać szczegółowymi wytycznymi, bo jest tego kilkanaście stron pisanych maczkiem ;-)
Tak na marginesie dodam, że każdą pracę, to znaczy każdy arkusz czytają i oceniają zasadzie dwie osoby niezależnie, dodatkowo może ją jeszcze przejrzeć tzw. weryfikator.
Na koniec pochwalę się, że chociaż co roku są odwołania dotyczące błędnej czy zaniżonej punktacji i oceny, nigdy żadna moja ocena maturalnej pracy nie została podważona. Nawet wtedy, gdy okazywało się, że niestety maturzysta nie zdał.
Tak, ja zdawałem jeszcze „starą maturę” i musiałem napisać wypracowanie. Co ciekawe, dopiero na uniwersytecie dowiedziałem się, jak naprawdę powinno wyglądać porządne wypracowanie (ang. essay). W szkole jakoś nigdy nas tego nie uczono—po prostu przelewało się na papier swoje myśli.
UsuńTo, co piszesz o pierwszej części matury, przypomina mi egzaminy, które musiałem zdawać w Kanadzie: TOEFL (Test of English as a Foreign Language) - test sprawdzający znajomość języka angielskiego osób, dla których nie jest to język ojczysty oraz GMAT (Graduate Management Admission Test) – egzamin wstępny do szkół biznesu. Oba zawierały obszerną sekcję z tekstem do przeczytania, po którym należało odpowiedzieć na wiele pytań sprawdzających jego zrozumienie, umiejętność wyciągania wniosków i analizowania argumentów. Pamiętam, że właśnie ta część GMAT-u uchodziła za najtrudniejszą i praktycznie wszyscy zdający byli co do tego zgodni.
„Jednak całość jest standaryzowana i wpisana w tabelki.”
To z pewnością ułatwia ocenianie prac, a jednocześnie znacznie ogranicza różnice pomiędzy egzaminatorami. Bardzo podoba mi się również zasada, że każdą pracę sprawdzają dwie osoby. Jeżeli ich oceny znacząco się różnią, może ją ocenić także trzeci egzaminator. To wydaje się naprawdę rozsądnym rozwiązaniem.
„Na koniec pochwalę się…”
Gratuluję! 😊 Nie miałem nawet pojęcia, że od wyników matury można się odwołać. Uważam, że to bardzo dobra możliwość, bo pomyłki mogą zdarzyć się każdemu.
Przypomniała mi się przy tej okazji historia opowiedziana przez nauczycielkę języka polskiego. Jedna z maturzystek przeczytała temat wypracowania, napisała pracę, była z siebie bardzo zadowolona i oddała arkusz. Dopiero po egzaminie, rozmawiając z innymi uczniami, zorientowała się, że temat dotyczył... Słowackiego, podczas gdy ona – ze stresu – przez cały czas była przekonana, że chodzi o Mickiewicza, i właśnie o nim napisała całe wypracowanie! Natychmiast zgłosiła to nauczycielce. Nie pamiętam już, jak zakończyła się ta historia, ale wydaje mi się, że jej pomyłkę ostatecznie uwzględniono. Cóż, ogromny stres potrafi spłatać naprawdę niezwykłe figle.
Nota bene, ja sam kilka razy odwoływałem się od ocen egzaminów na studiach. Były one sprawdzane przez asystentów i zdarzało się, że błędnie ocenili odpowiedź albo źle zinterpretowali to, co miałem na myśli. Był jednak pewien szkopuł. Jeżeli zgłaszałem zastrzeżenie do jednego pytania, egzaminator miał prawo ponownie sprawdzić cały egzamin. Nieraz z tego prawa korzystał. W efekcie mogłem zarówno zyskać, jak i stracić punkty. Dlatego zanim zdecydowałem się na odwołanie, bardzo dokładnie analizowałem wszystkie odpowiedzi, żeby mieć pewność, że nie ma w nich innych błędów. Pamiętam nawet studenta, który po odwołaniu... otrzymał niższą ocenę!
Pozdrawiam!
Masz mnóstwo ciekawych zdjęć i niesamowitych wspomnień, podziwiam pamięć do szczegółów. Czy to tylko pamięć, czy robiłeś kiedykolwiek notatki?
OdpowiedzUsuńNo i te rodzinne ciekawostki, super.
Gdybyś spisał wszystko w postaci książki, to byłaby ciekawa ogromnie!
Dziękuję!
UsuńPosiadam pamiętniki, z których zawartość korzystałem w nieopublikowanych jeszcze blogach, jednakże nie obejmowały one okresu, o którym piszę w blogu o klubie Wanda, toteż w tym przypadku 100% to moja pamięć.
Sądzę, że życie każdego człowieka to jak ciekawa książka, tylko trzeba potrafić to przedstawić we właściwy sposób—szczególnie Melchior Wańkowicz był w tej sztuce mistrzem.
Fascinating post and wonderful photos! Thank you so much for sharing. Warm greetings from a retired lady living in Montreal, Canada.
OdpowiedzUsuńThank you, Linda, for your comment. You can find this blog in the English language as well, https://collections-memories.blogspot.com/2026/07/scouting-and-diving-wanda-diving-club_0825131545.html
UsuńBTW, I’ve been in Montreal several times. A very nice city—and at least it’s possible to easily communicate in English there, unlike in some other towns and cities in Quebec.
Witaj Jack
OdpowiedzUsuńIleż to wspomnień masz. Piszesz, że pamięć każdego człowieka jest jak książka. Twoja jest niezwykła. Może więc coś większego napiszesz?
Przywiałeś wspomnienia z mojego dzieciństwa. Dziękuję
Pozdrawiam końcówką lipca
Dziękuję za miły komentarz, Ismena!
UsuńNie przypuszczam, aby moje wspomnienia były czymś niezwykłym. Staram się raczej traktować je jako punkt wyjścia i pretekst do opisywania wydarzeń, ludzi oraz czasów, w których przyszło mi żyć. Mam nadzieję, że dzięki temu mogą zainteresować również innych i przywołać ich własne wspomnienia.
Gdy przeczytałem: „Może więc coś większego napiszesz?”, dosłownie wybuchnąłem śmiechem! 😄 Odkąd ponad trzy miesiące temu rozpocząłem ten projekt, napisałem już około 250 stron i wciąż przybywają kolejne.
Na przykład wspomnienia ze szkoły podstawowej miały początkowo zająć najwyżej pięć–sześć stron. Ostatecznie wyszło ich dwadzieścia pięć, więc musiałem podzielić całość na cztery części.
Podobnie było z wpisem o moim dwuletnim pobycie w okolicach Sandomierza — z planowanych kilku stron zrobiło się dwadzieścia siedem, również podzielonych na cztery części.
Z kolei wpis poświęcony okresowi „Solidarności” (1980-1981) liczy już 36 stron, a przypuszczam, że dojdzie jeszcze co najmniej pięć kolejnych.
A dzisiaj udało mi się napisać trzy strony o autografie Janusza Głowackiego.
Tak więc materiału z pewnością wystarczy na bardzo długi czas. 😊
Prawdę mówiąc, od wielu lat chciałem spisać te wspomnienia — przede wszystkim dla samego siebie. Blog stał się po prostu świetną okazją, aby robić to systematycznie i przy okazji dzielić się nimi z innymi.
To, co napisałaś („Przywiałeś wspomnienia z mojego dzieciństwa”) przypomniało mi słowa C.W. Jefferysa — kanadyjskiego artysty, ilustratora, autora i historyka — umieszczone na tablicy pamiątkowej na jego domu w Toronto, w którym mieszkał i zmarł:
„Jeśli moja twórczość wzbudziła jakiekolwiek zainteresowanie naszym krajem i jego przeszłością, wynagrodzono mnie z nawiązką”.
Parafrazując tą myśl, mogę ze swojej strony powiedzieć, że jeśli moje wpisy potrafią przywołać czyjeś własne wspomnienia, to sprawia mi to ogromną satysfakcję.
Serdecznie pozdrawiam i życzę pięknej końcówki lipca!
Podpinam się pod to, co napisała Ismena: z tego byłaby świetna książka - historia najnowsza Polski
UsuńDziękuję, Bluemoonka! Może i będzie, kto wie… na razie „się pisze” i zawartość się non-stop powiększa!
UsuńPozdrawiam!
Cieszę się, że nie tylko ja jestem tego zdania.
UsuńDobrze, że książka się pisze.
Dziękuję! Czy to będzie książka, zobaczymy. Najpierw to wszystko będzie zamieszczone tutaj.
UsuńCiekawe wspomnienie. Ja też byłam harcerką, uczestniczką obozów na Jurze Krakowsko Częstochowskiej, dokładnie w tych samych latach. Cudowne czasy, wspaniali ludzie, las, Jura, namioty, warty nocne, capstrzyki, alarmy nocne. Wspomnienia, które zostają na zawsze... Co do interpretacji historii-przemilczę...
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz.
UsuńTrochę żałuję, że nie byłem harcerzem i nie uczestniczyłem w obozach harcerskich, to z pewnością były niezapomniane chwile, pozostające na całe życie w pamięci. Mój ojciec był harcerzem po wojnie i m.in. opowiadał mi o zdobywaniu sprawności „Trzy pióra”.
Czasami będąc na wakacjach miałem okazję zawitać do obozów harcerskich, a nawet zaproszono nas na ognisko i posiłek—i było naprawdę super! A na Szerokim Ostrowiu kilkakrotnie uczestniczyliśmy w różnych harcerskich imprezach przy ognisku i niezmiernie miło je wspominam.
Pozdrawiam!
That 14 km midnight trek with heavy gear sounds absolutely brutal, but those core memories from camp always make the struggle worth it. The story about the flag dropping on the anniversary is wild, almost like a scene straight out of a movie foretelling the future. It's fascinating how a place like EMPiK held such a unique cultural role back then compared to what we think of bookstores today. Thank you for sharing such a personal piece of history about your grandfather, as moments like those truly put the whole narrative into perspective.
OdpowiedzUsuńThanks for your comment, Melody!
UsuńWell, when you're 17, a lot of things seem much easier. 😊 Besides, by then I had already hiked hundreds of kilometers in the mountains carrying a very heavy backpack, so that the 14-kilometre midnight trek didn't seem like such a big challenge.
The falling flag did, indeed, seem to foreshadow the events that were soon to unfold.
Yes, EMPiKs often had reading rooms where people could browse both Polish and foreign newspapers and magazines. Nowadays it's becoming difficult even to find a bookstore, let alone a place where people gather to read various newspapers.
By the way, this blog post is also available in English:
https://collections-memories.blogspot.com/2026/07/scouting-and-diving-wanda-diving-club_0825131545.html
Although, from what I've seen, Blogger's automatic translation into English works surprisingly well, too.