czwartek, 25 czerwca 2026

ROK 1976: PRZEHYBA, GIŻYCKO, PODWYŻKI, PROTESTY I KARTKI NA CUKIER

Zapowiedź podwyżek cen w 1976 roku — Schronisko na Przehybie i odwołanie podwyżek przez premiera Jaroszewicza — Toksyczne słowa Edwarda Gierka i brutalne represje protestujących robotników  Jacht „Orion” w Giżycku — Spotkanie z mistrzem szpady i olimpijczykiem — Melchior Wańkowicz i Na tropach Smętka —  Prezent dla nieugiętego windsurfingowca — Wprowadzenie kartek na cukier — Żeglowanie po jeziorach Kisajno, Dargin, Mamry i Sztynorckim — Wizyta we wsi Sztynort — Pękające rowery składane firmy „Romet” — PRL-owskie kapoki — Burłaczenie jachtu kanałem do Węgorzewa — Szokujący artykuł w Wiadomościach Wędkarskich


W czerwcu 1976 roku wędrowaliśmy po Beskidzie Sądeckim. Był to dokładnie 25 czerwca 1976 roku. Szliśmy ze Szczawnicy na Przehybę (49°27'58.2"N 20°33'21.2"E / 49.466167, 20.555889). Tego dnia kupiliśmy gazetę, w której opublikowano treść przemówienia wygłoszonego dzień wcześniej przez premiera Piotra Jaroszewicza. Dotyczyło ono planowanych podwyżek cen żywności. Mięso miało zdrożeć średnio o około 69%, masło i produkty mleczne o około 50%, a cukier aż o 100%.

Premier Piotr Jaroszewicz
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Moja mama, która oczywiście zajmowała się wszystkimi zakupami, była tymi zapowiedziami oburzona. Przez całą drogę z ogromnym zainteresowaniem studiowała wszelkie informacje zawarte w gazecie. Trudno się temu dziwić — w realiach PRL nawet niewielkie podwyżki cen podstawowych artykułów spożywczych mogły bardzo mocno odbić się na budżetach rodzinnych.

Gdy dotarliśmy do schroniska na Przehybie, położonego na wysokości 1138 m n.p.m., gdzie mieliśmy spędzić noc, temat podwyżek dominował niemal wszystkie rozmowy. Turyści żywo dyskutowali o sytuacji i zastanawiali się, jakie będą jej konsekwencje.

Wieczorem zgromadziliśmy się wraz z wieloma innymi osobami w dużej sali schroniska, aby obejrzeć telewizję. Nagle na ekranie pojawił się premier Piotr Jaroszewicz i ogłosił wycofanie planowanych, drastycznych podwyżek cen żywności.

Znaczki i koperta upamiętniająca wydarzenia Czerwca '76

Niektórzy zaczęli klaskać spontanicznie, inni komentowali wydarzenie półgłosem. Chociaż w tamtym momencie nikt z obecnych nie miał jeszcze pojęcia o masowych protestach robotniczych, które tego samego dnia wybuchły w Radomiu, Ursusie, Płocku i kilku innych miastach Polski, wszyscy byli przekonani, że musiało wydarzyć się coś niezwykle poważnego, skoro władze tak błyskawicznie wycofały się z decyzji ogłoszonej zaledwie dzień wcześniej.

Dopiero później dowiedzieliśmy się, że robotnicze protesty zostały brutalnie spacyfikowane przez milicję i służby bezpieczeństwa, a wielu uczestników spotkały represje. 



Pamiątkowa srebrna moneta wydana z okazji 50. rocznicy wydarzeń Czerwca '76

Nic dziwnego: w dniu 26 czerwca 1976 roku I sekretarz KC PZPR Edward Gierek zareagował na wydarzenia w Radomiu z wściekłością. Podczas telekonferencji z pierwszymi sekretarzami komitetów wojewódzkich partii domagał się on potępienia i upokorzenia uczestników protestu. Polecił by pokazać

"jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładu elementów nieodpowiedzialnych – tym lepiej dla sprawy. […] to musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”.

I sekretarz KC PZPR Edward Gierek

I sekretarz polecił też, by w szczególny sposób upokorzono mieszkańców Radomia, miasta w którym doszło go najgwałtowniejszych starć ulicznych i podpalono m.in. gmach komitetu wojewódzkiego partii. Na wiec do tego miasta należało zwieźć aktywistów z sąsiednich województw: 

"trzeba będzie tam zebrać Radomiaków i powiedzieć im, jak my ich oceniamy, jak oni wychowali swoje dzieci, jak oni szkodzą Polsce. Po prostu, towarzysze, Radomiacy powinni odczuć, że cała Polska ich lekceważy, że cała Polska ma do nich pretensje, że cała Polska będzie im to długo pamiętała”.

Szefowi radomskiego komitetu partii, który relacjonował sytuację, Gierek przerwał, mówiąc: 

 „Powiedzcie tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w d... i te wszystkie działania też mam w d... Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”.

Natomiast tego samego dnia w wieczornym „Dzienniku Telewizyjnym” oficjalne stanowisko władz przedstawił prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji Maciej Szczepański. Nie przebierając w słowach potępił tych, którzy zakłócili rzekome konsultacje (jak kłamliwie nazywano podwyżkę cen):        

"chuligańskie i złodziejskie elementy, które demolowały mienie państwowe, rabowały majątek ogólnospołeczny i prywatny, zwłaszcza w Ursusie i Radomiu”.

Jednocześnie wydarzenia czerwca 1976 roku stały się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych w historii Polski Ludowej.

Pamiątkowa moneta wydana z okazji 30. rocznicy Czerwca '76

W rzeczywistości było to bowiem nie tylko poważne niepowodzenie, ale wręcz polityczna klęska ekipy Edwarda Gierka. To właśnie w następstwie represji wobec protestujących robotników powstał Komitet Obrony Robotników (KOR), pierwsza znacząca organizacja opozycyjna działająca jawnie w PRL. W pewnym sensie był to również początek końca epoki gierkowskiej — procesu, który doprowadził do narodzin „Solidarności” w sierpniu 1980 roku, a następnie do upadku systemu komunistycznego w Polsce.

Ale w czerwcu 1976 roku, siedząc wieczorem w schronisku na Przehybie, nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tych wydarzeniach. Wiedzieliśmy jedynie, że rząd wycofał się z podwyżek w sposób tak nagły i nieoczekiwany, iż musiało się za tym kryć coś znacznie poważniejszego, niż oficjalnie informowała telewizja.

**********

Ponad miesiąc później, 7 sierpnia 1976 roku, wraz z bliskim członkiem rodziny S.K., jego żoną K.K. oraz ich znajomym pojechaliśmy na Mazury, gdzie w Giżycku otrzymaliśmy na dwa tygodnie jacht typu „Orion” z kabiną dla pięcioosobowej załogi.

Źródło: Gazeta Olsztyńskahttps://gazetaolsztynska.pl/artykul/oczy-od-pol-wieku-patrza-n1845753

Przez pierwsze kilka dni staliśmy w Giżycku, na jeziorze Kisajno, przy przystani „Almatur” (54°02'14.1"N 21°43'58.0"E / 54.037250, 21.732778), gdzie nieustannie spoglądały na nas wymalowane, ikoniczne ogromne oczy, istniejące zresztą do dziś i doskonale znane każdemu żeglarzowi („Oczy Mazur”). 

Jacht typu "Orion"
Źródło: Wikipedia Commons. Autor: Bosek1313

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma wodniakami — odwiedzali oni nasz jacht, a my odwiedzaliśmy ich. Jednym z nich był niezwykle sympatyczny człowiek posiadający motorówkę. Wraz z żoną codziennie wracał z wędkowania z maksymalną dozwoloną przepisami ilością ryb. Kilkakrotnie obdarował nas częścią swoich połowów — o ile dobrze pamiętam, były nawet uwędzone. S.K. i K.K. kilka razy zaprosili go również na pokład naszego jachtu.

Posiadał znakomity sprzęt wędkarski, co nie powinno dziwić, ponieważ był dyrektorem firmy „Polsping”, produkującej w Polsce sprzęt wędkarski. Zresztą wielokrotnie odwiedzałem sklep tej firmy przy ulicy Krajowej Rady Narodowej 42 w Warszawie (przed wojną i obecnie jest to ulica Twarda). 

*

W tym samym budynku mieściła się również siedziba Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie wydawano karty wędkarskie i gdzie co roku ustawiały się ogromne kolejki osób chcących je przedłużyć-do jednego czynnego okienka! Był to wręcz podręcznikowy przykład biurokracji doprowadzonej do perfekcji.

Znajdowało się tam także „klubowe” kino „Delfin”. Czasami, będąc w tym budynku, spotykałem starszych panów, zazwyczaj elegancko ubranych w garnitury i noszących różnego rodzaju odznaki w klapach marynarek. Jak mi wyjaśniono, byli to „działacze” lub „aktywiści” Polskiego Związku Wędkarskiego.

Od tamtego czasu słowo „działacz” zawsze kojarzyło mi się właśnie z takimi osobami — starszymi panami w garniturach, sprawiającymi wrażenie ludzi żyjących bez większych trosk, nieco oderwanych od codziennej rzeczywistości i zapewne czerpiących pewne korzyści z pełnionych funkcji.

Zastanawiałem się jednak, na czym właściwie polegała ich działalność i aktywność. Czy rzeczywiście robili coś pożytecznego dla wędkarzy, czy też ich głównym zajęciem było uczestniczenie w niezliczonych zebraniach, wybieranie kolejnych komisji, przyznawanie (sobie?) odznak, sporządzanie protokołów i wygłaszanie przemówień, których nikt nie słuchał — jak też również komplikowanie przepisów wędkarskich i stałe podnoszenie biurokracji na coraz wyższy poziom?

W czasach PRL-u słowa „działacz” czy „aktywista” miały często szczególne znaczenie. Niekoniecznie oznaczały osobę wykonującą konkretną pracę, lecz raczej kogoś, kto 'działał' w rozmaitych organizacjach, związkach czy komitetach, poświęcając znaczną część czasu na spotkania, narady i działalność organizacyjną. Dla wielu zwykłych ludzi pozostawało jednak zagadką, jakie wymierne efekty przynosiła ta aktywność.

*

Ale powróćmy do tego wspaniałego wędkarza. Poza tym Jerzy Strzałka — bo o nim mowa — był mistrzem Polski w szpadzie z 1962 roku, zawodnikiem CWKS Legia Warszawa, drużynowym mistrzem świata z 1963 roku oraz olimpijczykiem z Rzymu z 1960 roku. Cieszę się, że mieliśmy okazję go poznać!

Najprawdopodobniej to właśnie Jerzy Strzałka opowiadał nam historię o spotkaniu Melchiora Wańkowicza gdzieś w okolicach Giżycka.

Być może legendarny pisarz, który wspominał Giżycko w swojej słynnej książce reportażowo-podróżniczej Na tropach Smętka, powrócił w te strony, aby zobaczyć, jak bardzo zmieniły się one od czasu, gdy ją napisał. Nota bene, Smętek (kaszub. Smãtk) to demoniczny diabeł złośliwie trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach i pieśniach kaszubskich i mazurskich. Najprawdopodobniej pozostałość po kulcie jakiegoś bóstwa lub demona z czasów przedchrześcijańskich.

Melchior Wańkowicz (1892–1974) był jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy i dziennikarzy, często nazywanym ojcem nowoczesnego polskiego reportażu literackiego. Jego książka Na tropach Smętka, wydana w 1936 roku, opisywała podróż po Mazurach, które wówczas znajdowały się w granicach niemieckich Prus Wschodnich. Dzieło to łączyło w sobie cechy literatury podróżniczej, reportażu, historii oraz komentarza społecznego i stało się ważnym świadectwem życia tego regionu w latach poprzedzających II wojnę światową.

Po wojnie granice Polski przesunęły się na zachód, Prusy Wschodnie przestały istnieć, a Giżycko znalazło się w granicach Polski. Jeśli Wańkowicz rzeczywiście odwiedził te okolice po wielu latach, musiał zobaczyć region odmieniony nie tylko przez wojnę, ale także przez ogromne zmiany polityczne, społeczne i demograficzne.

Sukces Na tropach Smętka był ogromny. W ciągu niespełna czterech lat od pierwszego wydania książka doczekała się aż dziewięciu wydań, co było wynikiem wyjątkowym dla reportażu w przedwojennej Polsce.

Dziewiąte, a zarazem ostatnie przedwojenne wydanie spotkał szczególny los. We wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiej inwazji na Polskę, Niemcy przejęli cały nakład bezpośrednio z maszyn drukarskich w Bydgoszczy, zanim książka trafiła do sprzedaży.

Na tropach Smętka jest powszechnie uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł polskiego reportażu okresu międzywojennego. Popularność książki wynikała nie tylko z niezwykle barwnego stylu Wańkowicza, ale również z samej tematyki. Autor dokumentował życie polskojęzycznych mieszkańców Mazur i opisywał nasilającą się germanizację regionu.

Reakcja władz niemieckich była łatwa do przewidzenia. Gestapo uznało poglądy autora za jawnie antyniemieckie i zakazało publikowania oraz rozpowszechniania jego książek na terenie III Rzeszy.

Po wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 roku Wańkowicz znalazł się na liście osób szczególnie poszukiwanych przez Niemców. W dużej mierze było to związane właśnie z autorstwem Na tropach Smętka. W pierwszych tygodniach wojny prowadzono intensywne poszukiwania pisarza.

Na szczęście udało mu się przedostać do Rumunii, zanim został aresztowany. Dramatyczne okoliczności swojej wojennej ucieczki i emigracji opisał później w autobiograficznej książce Ziele na kraterze.

Dziś Na tropach Smętka cenione jest nie tylko jako znakomita książka podróżnicza i reportażowa, ale również jako niezwykle ważny dokument historyczny. Zachowało bowiem obraz Prus Wschodnich i Mazur z ostatnich lat przed II wojną światową — świata, który został głęboko przeobrażony przez wojnę i który po 1945 roku w dużej mierze przestał istnieć (na podstawie informacji z Wikipedii).

Pamiętam, że widziałem Wańkowicza na jednym z kiermaszów książki pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Niestety, wówczas byłem za mały, aby cokolwiek o nim wiedzieć. Dopiero w wieku 20+ lat zacząłem czytać jego książki, które są fascynujące! Toteż żałuję, że wówczas nie poprosiłem o jego autograf.

Aż wstyd się przyznać, ale ze zdjęcia widać, że wówczas łowiłem więcej ryb, niż obecnie w Kanadzie...

Pewnego późnego popołudnia na przystani pojawiła się grupa osób. Jeden z mężczyzn po raz pierwszy próbował pływać na desce windsurfingowej. Nie było to łatwe zadanie. Co chwilę wpadał do wody, ale nie poddawał się, wspinał z powrotem na deskę i próbował dalej.

Po dłuższym czasie udało mu się wrócić do brzegu przy gromkich brawach swoich znajomych. Usłyszeliśmy, że nazywał się Klemens. Wówczas S.K. wpadł na pomysł, aby go uhonorować za wytrwałość.

Wysłał mnie do niego niczym kelnera. Niosłem płetwę do nurkowania pełniącą rolę tacy, na której stał kieliszek wypełniony wódką.

    — Panie Klemensie, podziwiam pana determinację! W nagrodę proszę przyjąć ode mnie ten skromny prezent! — zawołał S.K., gdy dotarłem do wyczerpanego windsurfera.

Kilkanaście minut później pan Klemens wraz ze swoimi znajomymi pojawił się na naszym jachcie. Przez kilka godzin prowadziliśmy bardzo miłe rozmowy przy przekąskach i zapewne również nieco mocniejszych napojach. S.K., dzięki swojej otwartej osobowości, nigdy nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości.

W tym samym czasie w radiu coraz częściej pojawiały się audycje, w których reporterzy rozmawiali z ludźmi skarżącymi się na brak cukru. Co ciekawe, wielu rozmówców obwiniało za ten stan rzeczy innych obywateli, którzy rzekomo „wykupili cały cukier”.

Pięć lat później, w 1981 roku, kiedy w sklepach bardzo często nie było dosłownie niczego, spotkałem kobietę, która również winą za puste półki obarczała społeczeństwo. Twierdziła, że „nic nie ma, bo ludzie wszystko wykupili”.

Faktycznie, co za okropni ludzie! Zamiast grzecznie przychodzić do sklepów, oglądać towary,  podziwiać ich piękne opakowania i cieszyć się, że sklepy są pełne, oni bezczelnie je kupowali, a potem jeszcze konsumowali! Nic więc dziwnego, że półki świeciły pustkami.

Przypominało mi to historię skąpego woźnicy, który postanowił oduczyć swojego konia jedzenia. Gdy po trzynastu dniach „eksperymentu” koń wreszcie padł z wycieńczenia, właściciel narzekał wszystkim dookoła, że jego plan był już o krok od sukcesu:

„No i pomyśleć, że wszystko szło tak dobrze! Jeszcze dzień, może dwa, i koń całkowicie odzwyczaiłby się od jedzenia. Ale to głupie zwierzę zdechło i wszystko zmarnowało!”

Ryby, które (chyba?) ja złowiłem, na jachcie "Orion". Jerzy Strzałka natomiast dostarczał nam ryby typu "szczupak", a nie nędzne płotki...😁

Wieczorem 12 sierpnia 1976 roku zostałem sam na jachcie. Słuchając radia usłyszałem zdumiewającą wiadomość: rząd postanowił wprowadzić kartki na cukier, choć oficjalnie unikano używania słowa „kartki”.

Gdy S.K. i K.K. wrócili na pokład, oznajmiłem im, że wkrótce cukier będzie w Polsce reglamentowany.

Nie mogli mi uwierzyć.

S.K. stwierdził wręcz, że „naoglądałem się za dużo filmów i naczytałem zbyt wiele książek z czasów okupacji niemieckiej”.

Wkrótce jednak musiał przyznać mi rację.

Kartki na cukier w PRL oficjalnie weszły do obiegu 12 sierpnia 1976 roku. Choć pierwsze drukowane „bilety towarowe” faktycznie nosiły datę 25 lipca 1976 roku, zaczęto je powszechnie realizować w sklepach dopiero w połowie sierpnia. Władze unikały nazwy „kartki” z powodu negatywnych skojarzeń z okupacją niemiecką, nazywając je oficjalnie „biletami towarowymi”.

Były to pierwsze kartki żywnościowe od dekad w Polsce. W latach osiemdziesiątych system reglamentacji objął wiele innych towarów, a ostatecznie zniknął dopiero w 1989 roku.

Źródło: OpenStreet Map

Po opuszczeniu przystani Almatur ruszyliśmy na północ, żeglując po jeziorach Kisajno, Dargin i Mamry. Szczególnie dobrze pamiętam silny wiatr na Mamrach — nasz jacht pędził wtedy z ogromną prędkością środkiem jeziora. Uwielbiałem tego rodzaju żeglowanie! Obecnie też lubię pływać na kanu na otwartych, bezkresnych wodach zatoki Georgian Bay w Ontario — jest to unikalne uczucie. Jednakże non-stop trzeba monitorować wówczas pogodę, bo bardzo szybko może się zmienić i nawet nieduży wiatr i fale mogą się okazać strasznie niebezpieczne dla tak malutkiej łajby.

W Sztynorcie. Od lewej: NN (członek załogi), K.K. i autor tego bloga. Nie mogę uwierzyć, jaki wówczas byłem szczupły! Może dlatego, że nie było McDonaldów, fast food.. i że wprowadzono kartki?

Wpłynęliśmy również na Jezioro Sztynorckie i odwiedziliśmy wieś Sztynort. W tamtych czasach była to niewielka osada i nie przypominam sobie, aby kręciło się tam wielu żeglarzy. Trudno porównać ją z dzisiejszym, tętniącym życiem centrum żeglarskim.

W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się także z załogą nieco większego jachtu. Jego 'kapitan' opowiadał nam o bardzo niebezpiecznej sytuacji, którą przeżył na Mamrach podczas gwałtownego sztormu. Załoga składała się z jego żony i córki (lub córek), które nie były przygotowane na tak trudne warunki.

Okazało się również, że był dyrektorem lub jednym z wysokich rangą przedstawicieli słynnej bydgoskiej fabryki rowerów „Romet”, produkującej między innymi popularne rowery składane.

Sam posiadałem taki rower i generalnie byłem z niego zadowolony. Nigdy jednak nie zapomnę sytuacji, gdy podczas jazdy nagle poczułem, że coś jest nie tak. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie popychał. Chwilę później leżałem już na ziemi.

Na szczęście nic mi się nie stało.

Okazało się, że pękła główka ramy (rura czołowa). Kompletnie pękła — w ręku trzymałem kierownicę i część ramy, a reszta roweru znajdowała się o metr dalej ode mnie.

Gdy opowiedziałem mu tę historię, przyznał bez większego zdziwienia, że rzeczywiście zdarzało się, iż ramy tych rowerów pękały. Co więcej, z tonu jego głosu wynikało, że traktował to niemal jako drobną, nieistotną usterkę.

Dzięki Bogu firma Romet nie produkowała samolotów... 

Zawsze lubiłem pływać na otwartych wodach jezior

Na środku jednego z jezior K.K. postanowiła popływać. Dla bezpieczeństwa założyła PRL-owski kapok.

Nie wiem, ilu czytelników jeszcze pamięta takie kapoki. Składały się z dwóch dużych „poduszek” wypełnionych materiałem wypornościowym i obszytych szarobiałą tkaniną. Jedna znajdowała się na klatce piersiowej, druga na plecach.

Nigdy ich nie nosiłem, ponieważ były niezwykle niewygodne.

Dzisiaj, pływając w Kanadzie na kanu, niemal zawsze zakładam nowoczesną kamizelkę asekuracyjną, która jest wygodna, nie ogranicza ruchów, a dodatkowo chroni przed chłodem i wiatrem.

Pamiętam też artykuł prasowy z czasów PRL-u opisujący młodzieżowe zawody żeglarskie. Gdy jedna z łodzi wywróciła się, zawodnicy znaleźli się w wodzie i ku przerażeniu widzów zaczęli zdejmować swoje kapoki. Okazało się bowiem, że nasiąkały wodą niczym gąbki i powoli tonęły!

Wracając jednak do K.K. — gdy weszła do wody w swoim kapoku, jego wyporność spowodowała, że zaczął mocno uciskać jej szyję i gardło. Oddychanie stało się utrudnione, a normalne pływanie niemal niemożliwe.

Widząc to, jak zawsze dowcipny S.K. stwierdził, że zadaniem kapoka jest uduszenie tonącego, aby nie musiał zbyt długo cierpieć.

I rzeczywiście miał dużo racji...

Z jeziora Mamry udaliśmy się kanałem do Węgorzewa. Pogoda była fatalna — padał deszcz, unosiła się mgła, a ponieważ jacht nie posiadał silnika i nie było wiatru, sporą część trasy pokonałem, idąc brzegiem kanału i ciągnąc jacht na linie.

Po pewnym czasie tak się rozpędziłem, że gdy S.K. oddalił się na chwilę, po powrocie nie mógł odnaleźć jachtu. Przeciągnąłem go bowiem dobre kilkaset metrów dalej.

Ogólnie była to dla mnie wspaniała i niezapomniana wyprawa żeglarska. Do dziś jestem ogromnie wdzięczny S.K. i K.K., że umożliwili mi udział w tej przygodzie.

W następnych latach kilkakrotnie uczestniczyłem jeszcze w obozach żeglarskich organizowanych przez klub żeglarski Polskiej Akademii Nauk. Być może kiedyś opiszę te wydarzenia w osobnym wpisie.

Kilka miesięcy później, przeglądając miesięcznik „Wiadomości Wędkarskie”, natrafiłem na obszerny, kilku stronnicowy fotoreportaż poświęcony Jerzemu Strzałce.

Powód publikacji był jednak bardzo smutny.

Jerzy Strzałka zmarł zaledwie dwa miesiące po naszym spotkaniu — 13 października 1976 roku, w wieku zaledwie 43 lat.

Zarówno ja, jak i S.K. & K.K., byliśmy tą wiadomością głęboko zaskoczeni i zasmuceni.

~ ~ ~ ~ ~ 

Na zakończenie mogę dodać, że wkrótce potem mój kontakt z S.K., którego zawsze bardzo lubiłem, nagle się urwał — do dzisiaj z niewiadomych mi przyczyn 😯. Natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych K.K., już po zmianie stanu cywilnego (i nazwiska 😉), wyemigrowała do Kanady i wielokrotnie spotykaliśmy się w mojej adoptowanej ojczyźnie.

***********

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

***********

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/



22 komentarze:

  1. Jesteś skarbnicą niesamowitych opowieści, kartka na cukier stała się jedynie zaczynem historii twojego żeglowania i wędkowania, a ryb faktycznie nałowiłeś sporo!
    Dzięki tobie przypomniałam sobie tamte lata, bo jako 14-latka nie interesowałam się polityką, a do prowincjonalnego miasteczka mało co docierało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      Taka właśnie jest intencja blogu—zacząć od małej, często niepozornej rzeczy (autografu, przypinki, zdjęcia czy innego przedmiotu) i przy okazji opowiedzieć coś ciekawego, pośrednio związanego z nią.

      Może i do Warszawy docierało więcej informacji, ale dla mnie i tak źródłem prawdziwych wiadomości stały się zachodnie stacje radiowe, bo w oficjalnych mass media cenzura skutecznie eliminowała cokolwiek krytycznego i negatywnego w stosunku do władzy i panującego systemu politycznego.

      Usuń
  2. W sumie to były ciekawe czasy, biorąc pod uwagę, że nie było Internetu, a radio i telewizja podlegały władzy reżimowej, o wielu sprawach człowiek dowiadywał się dopiero z gazety, a o tym, co działo się naprawdę podczas strajków robotniczych to od znajomych droga przekazywanych ustnych wiadomości. Nawet nie wszyscy posiadali telefony (zresztą często na podsłuchu), żeby się kontaktować z kimś z innej części kraju.
    Pamiętam, ze gdy obowiązywały kartki na produkty żywnościowe już też inne, w takich bloczkach z kwadracikami do wydzierania na mięso, cukier, czekoladę, papierosy, to właśnie kartki dla osób do 18 roku życia miały kwadracik na czekoladę, a dorośli mieli na papierosy. Te na papierosy można było zamienić na czekoladę (raczej produkty czekoladopodobne), a ponieważ u mnie w rodzinie nikt nie pali, to my dzieci mieliśmy za to tych słodyczy więcej.
    Zabawną sytuację miałam w dziekanacie, gdy rozpoczęłam studia, bo miałam 18 lat, ale nie ukończyłam jeszcze 19-tu i pani była zdziwiona, że dla mnie były kartki żywnościowe z kwadracikiem na czekoladę. Aż sprawdzała moją datę urodzin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Jak napisałem w odpowiedzi do komentarza Jotki, wkrótce po 1976 roku zacząłem nagminnie słuchać zachodnich stacji radiowych i one stały się głównym źródłem informacji. Na szczęście zagłuszanie nie było zbyt efektywne. Chociaż posiadaliśmy telefon, rozmowy zamiejscowe trzeba było, o ile pamiętam, zamawiać i tanie nie były — zresztą nie mieliśmy żadnych znajomych w innych częściach Polski z telefonami, do których mogliśmy zadzwonić i zapytać się, „czy u was były protesty?”

      Twój opis o kartkach to jakby pochodził z mojego blogu o szkole podstawowej, nad którym od jakiegoś czasu pracuję! Uchylam dla Ciebie rąbka tajemnicy i cytuję ten fragment:

      „Natomiast gdy alkohol zaczął być reglamentowany na kartki, każdy członek naszej rodziny kupował maksymalną liczbę butelek wódki, które niczym żołnierze stały w szeregu pod ścianą ("Oho, szykuje się jakaś duża impreza!" – żartowali koledzy). Rzecz jasna, NIE służyły one do konsumpcji, lecz okazywały się – wraz z papierosami – doskonałą walutą, za którą można było kupić towary kosztujące o wiele więcej niż ich cena detaliczna.”

      A więc działaliśmy w podobny sposób—tym bardziej, że w mojej rodzinie również nikt nie palił i nie pił. Ale wyobrażam sobie, jakie to musiały być ciężkie czasy dla palaczy i alkoholików lub osób, które po prostu „lubiły sobie czasem wypić”!

      Usuń
  3. Ekstra ciekawy wpis!
    I super kapoki 🤣🤣🤣
    O tym ciągnięciu jachtu przez kanał było właśnie w niedawno czytanej przeze mnie książce "Starszy pan na bicyklu". Gdy tak ciągnął jacht, którym podróżowali ze znajomymi, doszedł do wniosku, że ciekawiej będzie pokonać tę trasę na rowerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      „I super kapoki 🤣🤣🤣”

      Starałem się znaleźć ich zdjęcie na Internecie, ale bezskutecznie. To był chyba jeden z najgorszych produktów w PRL-u. Dlatego mało kto nosił to ustrojstwo, bo było strasznie niewygodne i z trudnością można było wykonywać jakiekolwiek ruchy, mając go na sobie (a już nie wspominam, że mogło to to zatonąć). Nic dziwnego, że tyle ludzi topiło się.

      „...doszedł do wniosku, że ciekawiej będzie pokonać tę trasę na rowerze.”

      To podobnie jak ja. Gdy na początku mojej kariery „kanuisty” musiałem nieść kanu na plecach (tzw. „portaż”), doszedłem do wniosku, że o wiele ciekawiej i przyjemniej jest siedzieć W kanu, NA wodzie, niż iść POD kanu, NA lądzie. I od tego czasu praktycznie zaprzestałem portaży.

      Usuń
  4. Wspanialy zestaw wspomnien, wychodze z podziwu , ze pamietasz wszystkie te detale, nazwy, przebieg wydarzen. Moje wspomnienia z tamtych lat zlaly sie jakby w jeden dlugi dzien :)) Chcialabym sobie to wszystko przeczytac jeszcze raz w spokoju i na duzym ekranie, ale moj komputer w pracy nie wpuszcza mnie Twojego bloga, a na telefonie to nie to samo. Moze jutro uda mi sie na domowym laptopie. Z nostalgia czytam opisy tamtych lat, to moje dziecinstwo, a ten akurat wpis od razu skojarzyl mi sie ulubionym serialem " Podroz za jeden usmiech" i " Pan Samochodzik i Templariusze" 😍 Kitty A pozniej zaczely sie burzliwe czasy Stanu Wojennego i drogi do upadku Komuny ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Ja w 95% używam desktopu, a czasem Chromebook do przeglądania Internetu, może dlatego nie lubię komórek—uwielbiam duże ekrany. Ale właśnie szukam nowego telefonu komórkowego… cóż, trzeba iść z postępem.

      Te lata to było również moje dzieciństwo. Jednakże podczas gdy w czasie Protestów w Gdańsku w 1970 roku byłem za mały, aby cokolwiek zrozumieć (poza tym wówczas mieszkałem w małej wsi, bez radia, telewizji i gazet—o czym też zamierzam napisać w jednym z blogów), to rok 1976 o wiele bardziej pozostał w mojej pamięci, a lata 1980-1981 stały się dla mnie niezmiernie ważnym okresem formacyjnym (ostatnia klasa ogólniaka, matura).

      „Podróż za jeden uśmiech” oglądałem oczywiście, jak też czytałem książkę, wspaniałe opowiadanie i film, jak też edukacyjne—wówczas starałem się prześledzić ich podróż na mapie Polski. „Pan Samochodzik i Templariusze” też świetnie pamiętam i nie dziwiłbym się, abym ją przeczytał przynajmniej 2 razy—film też oglądałem, z Mikulskim. Muszę przyznać, że mało które książki nauczyły mnie tak dużo historii, jak seria o Panu Samochodziku. Nawet sceptycznie nastawieni moi rodzice zakochali się w „Panu Samochodziku i Fantomasie”!

      Usuń
  5. Ależ miałeś bogaty rok!
    W roku 1976 nasz syn miał kilka miesięcy więc nie zwracałem zbytnio uwagi na inne sprawy - w lipcu 1976 byliśmy z dziećmi na wczasach.
    Ale jednak polityka też mnie dotknęła.
    W tym okresie pracowałem w instytucji, która miała spory udział w nadzorowaniu wielkich Gierkowskich inwestycji. W połowie 1975 roku nasz system komputerowy - byłem jego współautorem - alarmował - inwestycje opóźnione, koszty przekroczone. Raporty wysyłaliśmy m.in. do KC PZPR.
    Pod koniec 1975 r dostaliśmy list od KC PZPR - proszę nam już tych raportów nie wysyłać.
    Mój szef był zbulwersowany - właśnie teraz są one najbardziej istotne!
    Polecił przygotować kolejny raport i wysłać z adnotacją, że robimy to za darmo.
    Za dwa dni - przychodzę do pracy - zamknięta, wszędzie krąży milicja. Dowiedzieliśmy się, że nasz szef został aresztowany.
    Po 3 dniach otworzyli biuro, zabrali wszystkie dokumenty. Oficjalne oskarżenie - niewłaściwe przechowywanie dokumentów o wadze państwowej.
    Rzecz w tym, że wiele miesięcy wcześniej zamówiliśmy szafy, ale sklepy meblowe dostały zakaz sprzedaży mebli instytucjom państwowym - żeby zaspokoić potrzeby ludności.
    Szefa zwolnili z aresztu po 2 tygodniach, załatwili mu jakąś neutralną posadę, naszą pracownię zlikwidowano.
    Nic dziwnego, że czasem gdy się spotkałem ze starymi kolegami to snuliśmy fantazje - a gdyby przeczytali nasz ostatni raport (grudzień 1975) to może nie byłoby lipca 1976.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Niesamowita historia — naprawdę warto ją szerzej spopularyzować, bo doskonale pokazuje mechanizmy funkcjonowania systemu w czasach PRL. Bardzo lubię takie relacje z pierwszej ręki, dużo można się z nich nauczyć.

      Dawno temu czytałem książkę Edwarda Gierka „Przerwana dekada” i muszę przyznać, że pozostawiła we mnie negatywne odczucia. Szkoda, że Gierek nie przeczytał tego, co Ty napisałeś — podobnie jak raportów, które wysyłaliście do KC PZPR. W swojej książce wielokrotnie twierdził, że o wielu sprawach po prostu „nie wiedział”. Moim zdaniem wypadł przez to niezbyt przekonująco. Być może rzeczywiście część informacji była przed nim ukrywana, statystyki fałszowano, a podwładni przedstawiali rzeczywistość w zbyt optymistycznym świetle. Nie zmienia to jednak faktu, że jako przywódca państwa ponosił za ten system odpowiedzialność.

      Zawsze mógł przecież wezwać do siebie ludzi spoza najbliższego kręgu współpracowników, porozmawiać bezpośrednio z robotnikami, ekonomistami czy nawet zwykłymi obywatelami, omijając własnych sykofantów. Mógł też — mówiąc kolokwialnie — podnieść d..ę zza biurka, przebrać się w mniej oficjalny strój (zapewne koledzy z SB chętnie pomogliby mu stać się nierozpoznawalnym) i po prostu przejść się po ulicach Warszawy, postać w kolejkach, posłuchać rozmów ludzi i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda codzienne życie. Ale w tamtym systemie przywódcy funkcjonowali zupełnie inaczej — byli odgrodzeni od rzeczywistości szczelnym murem urzędników, partyjnych działaczy i własnej propagandy.

      Twoja historia pokazuje też, jak system reagował na niewygodne informacje. W PRL często walczono nie z samym problemem, lecz z tymi, którzy o nim mówili.

      Czy większa liczba takich raportów i mądrzejsi doradcy mogliby zapobiec wydarzeniom Czerwca '76? Być może opóźniliby kryzys lub złagodzili jego przebieg. Sądzę jednak, że system oparty na centralnym planowaniu i ideologii komunistycznej był w dłuższej perspektywie skazany na niepowodzenie. Kryzys prędzej czy później i tak musiał nadejść. A poza tym słowa wypowiedziane przez Gierka po wydarzeniach czerwcowych — o których dopiero dowiedziałem się parę dni temu — jasno pokazują prawdziwe oblicze tego człowieka i jego kompletne oderwanie się od codzienności zwykłych, ciężko pracujących obywateli, którzy z marnych pensji z trudem utrzymywali siebie i rodziny—i to przed planowanymi podwyżkami.

      Usuń
  6. Znam tę Polske tylko z opowieści i filmów. :) Jestem ostatnim rocznikiem urodzonym w PRLu... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie między innymi po to piszę te wspomnienia—dla tych, którzy nie mieli okazji doświadczyć tego okresu personalnie. A swoją drogą, to zawsze ciekawy jestem, jak takie osoby postrzegają czasy PRL-u, które były tak odmienne od rzeczywistości, w której się wychowały.

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Skoro Cię to interesuje, to pozwolę sobie odpowiedzieć na Twoje pytanie. Urodziłam się w końcowej fazie PRL-u, więc naturalne, że nie mogę pamiętać, jak wtedy było – byłam zbyt małym dzieckiem. "Znam" ten trudny okres głównie z opowieści starszyzny rodowej. Wielokrotnie słyszałam historie m.in. o wspomnianych w poście kartkach, pustych półkach, niekończących się kolejkach, cinkciarzach, trudach życia, opresjach, jakże pożądanych paczkach z zagranicy i Pewexach, które jawiły się ludziom niczym El Dorado.

      Usuń
    3. Dziękuję!

      Ponieważ z tamtego okresu istniej wiele filmów dokumentalnych, zdjęć i rzetelnych opracowań, z pewnością można sobie go dość dobrze wyobrazić. Ja wyjechałem w wieku 19 lat, toteż nie pracowałem, nie zajmowałem się przysłowiowym „płaceniem rachunków” i nie doświadczyłem tego tak, jak osoby które musiały pracować, robić zakupy, stać w kolejkach i liczyć każdą złotówkę. Wówczas zdarzały się sytuacje, że dosłownie nie było co postawić na stół, bo pobliskie sklepy były zamknięte z tej prostej przyczyny, iż NICZEGO nie posiadały na składzie, nawet przysłowiowego octu. Ludzie byli zdesperowani.

      Dżinsy z PEWEX-ów ($20) były marzeniem i do tej pory pamiętam, jak byłem szczęśliwy, gdy je dostałem, wraz z dżinsową kurteczką, a do tego skórzanym kapeluszem. Wówczas mało kto otrzymywał paczki z zagranicy, one się stały chyba popularne po 1981 roku.

      Usuń
  7. Nie wiem, czy Ci pisałam (pewnie tak), ale masz duszę gawędziarza.
    Bardzo zgrabnie Ci ten wpis wyszedł. Wspomnienia przeplatają się z historycznymi wydarzeniami. Są ciekawostki i prywatne zdjęcia. Bardzo miło mi się czytało.
    A rowery składaki potrafiły składać się podczas jazdy!🫣
    Dobrej niedzieli i kolejnego tygodnia
    🤗🫶

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Jak już wielokrotnie wspominałem, bardzo lubię pisać, szczególnie na tematy, które mnie interesują i z którymi wiążą się jakieś wspomnienia. Zakładając ten blog, w ogóle nie przypuszczałem, że będę poruszał aż tyle różnych tematów. Czasami planuję napisać krótki wpis na jedną czy dwie strony, a ostatecznie powstaje kilkanaście, bo jedno wspomnienie przywołuje następne, potem jeszcze kolejne — i tak można by pisać bez końca.

      Bardzo się cieszę, że wpis przypadł Ci do gustu. Zawsze jest mi niezwykle miło, gdy ktoś poświęca swój czas nie tylko na przeczytanie tak długiego tekstu, ale jeszcze znajduje chwilę, by zostawić komentarz.

      Na szczęście mój składak nigdy nie złożył się podczas jazdy, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby coś takiego się wydarzyło. W tamtych czasach jakość wielu produktów pozostawiała dużo do życzenia — ale obecnie również.

      Tobie również życzę dobrej niedzieli oraz udanego, spokojnego tygodnia!

      Usuń
  8. W tamtym czasie, o którym piszesz, zaczynałam szkołę podstawową i często jeździłam z rodzicami na Mazury, tam też najbardziej lubiłem pływać na otwartych wodach, bywało, że i na maleńkich łodziach żaglowych Optymistach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje początki żeglowania to na żaglówkach typu „Mak 303”, mające jeden żagiel o powierzchni 5 m2. Chociaż pierwszy rejs okazał się trochę niefortunny—już od początku żaglówka nie chciała płynąć tam, gdzie ja chciałem, nie reagowała na sterowanie i wiatr ją poniósł na pełne jezioro. Byłem zdumiony, jak trudne jest żeglowanie! Dopiero pomógł mi jakiś wodniak—okazało się, że ktoś… wykręcił płetwę sterową i łajba nie powinna być w ogóle wypożyczona! Nic dziwnego, że nie potrafiłem nią manewrować. Później były „Omegi”, jak też pływałem na dwumasztowej i trójżaglowej dezecie, posiadającej też 10 wioseł.

      Usuń
    2. Na makach i omegach też pływałam.
      I raz na środku jeziora sama w łódce (mak) się wywróciłam, zgubiłam płetwę sterową i musiałam wrócić do portu wpław holując tę łódkę ręcznie...

      Usuń
    3. Zdarza się... Będąc kiedyś na jeziorze, przed północą nieprzywiązane kanu zsunęło się z hukiem do wody i szybko zaczęło odpływać. Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, to natychmiast rozebrać się, wskoczyć do wody, dopłynąć do niego, chwycić za linę i płynąć do brzegu, holując go. Dzięki Bogu, że mieliśmy latarkę o mocy 1000 lumenów, jak też że nie pojawił się legendarny potwór jeziorowy (jedynie pływały węże wodne).

      Ale przynajmniej takie zdarzenia długo się pamięta!

      Usuń
  9. Ależ miałeś ciekawą młodość, Jacku! Z zainteresowaniem przeczytałam te Twoje opowieści, śmiejąc się przy okazji pod nosem, kiedy dowiedziałam się o uporze Klemensa i duszących kapokach :)) No i nic dziwnego, że byłeś wtedy szczupły – byłeś młokosem, a i brak wspomnianego McDonalda też przyłożył do tego cegiełkę :) W ogóle ludzie byli wówczas szczuplejsi (wraz z przybywającymi latami trudno jest utrzymać nienaganną sylwetkę). I jacyś tacy bardziej zahartowani życiem w trudnych realiach PRL-u. Mam wrażenie, że obecne realia rozmiękczyły i rozleniwiły ludzi.

    A propos połowów, to przypomniała mi się wędzona makrela, którą w moim dzieciństwie dość często jadłam. Tata przywoził ją zawiniętą w biały utłuszczony papier – to było niebo w gębie. Nie wiem, czy to moja pamięć (i tęsknota za dzieciństwem) płata mi figle i ona faktycznie tak wybornie smakowała, czy to ja ją idealizuję. Nigdy bowiem – w czasach dorosłości – nie udało mi się później jeść już tak dobrej wędzonej makreli. Parę lat temu nawet musieliśmy jedną wyrzucić, bo była wręcz ohydna! Kupiliśmy ją w tutejszym Lidlu, kiedy był "tydzień polski" i okazała się niezjadliwa.

    Próbowałeś odnowić kontakt z S.K.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz.

      Czasy PRL-u miały swój specyficzny „urok”, który jednak często mógł okazać się niebezpieczny — jak w przypadku tonących/duszących kapoków lub pękających na pół rowerów.

      Co ciekawe, na Kubie też absolutna większość mieszkańców jest szczupła. Ci z masywnymi brzuchami to byli zazwyczaj policjanci oraz pracownicy hotelowi, szczególnie ci pracujący w kuchni 😁

      Wędzone ryby to zawsze „niebo w gębie”. Niedawno jadłem wędzonego łososia — przepyszny! W Ontario na jeziorach nadal istnieją komercjalni rybacy i można kupić wędzone ryby — ale tanie nie są. Gdy widzę ponad stuletnie zdjęcia wędkarzy i ich połowy (m. in. ogromne jesiotry), to naprawdę im zazdroszczę, bo obecnie nie jestem w stanie nawet złapać jednej marnej ryby na obiad!

      Tu jest wiele polskich sklepów, sprzedających bardzo dużo produktów z Polski, jak też ogromny wybór przepysznych polskich kiełbas i innych wyrobów garmażeryjnych, które są wyśmienite! Czasami dosłownie boję się do nich wstępować, bo następnego dnia moja waga idzie znacznie w górę. Zresztą Polaków nie da się okłamać na jakości — były takie sklepy polskie, które próbowały to zrobić, ale po kilku miesiącach się zamknęły.

      Natomiast w kanadyjskich supermarketach też można kupić coś, co nazywają „Polish Sausage” lub nawet „Polska Kiełbasa”. Poza nazwą z prawdziwą polską kiełbasą to nie ma żadnego związku i używanie takich nazw powinno być zakazane. Raz, będąc na północy, kupiłem taką tzw. polską kiełbasę i zrobiliśmy ją z rożna nad ogniskiem. Nie dało się jej jeść. Tak więc jeszcze bardziej ją podpiekliśmy, pokrajaliśmy i dodaliśmy do zupy. Dopiero wtedy z trudem ją zjedliśmy.

      Niestety z S.K. kontaktu nie mam, chociaż w końcu lat 80. XX w. miał okazję na jego odnowienie.

      Pomijając już tę bardzo starą sprawę, którą dawno puściłem w niepamięć — czasami dziwię się, że niektórzy przestają utrzymywać kontakt z członkami rodziny, właściwie z niewiadomych powodów. I nie chodzi tutaj o pisanie wielostronicowych listów, ale życzenia raz w roku z dopiskiem paru zdań lub przez FB. To jest forma „networking”, która zawsze może się w przyszłości bardzo przydać. Nawet u mnie czasem zatrzymują się osoby z Polski na pierwsze kilka dni, co jest dla nich ogromnym ułatwieniem i oszczędnością. A jeden kolega co roku spędza tu po kilka tygodni.

      Pamiętam, że moi klienci zapewnili bezpłatne mieszkanie i wyżywienie dość odległej nastoletniej kuzynce na cały rok — chodziła tutaj do szkoły — i właściwie dzięki nim mogła pozwolić sobie na taki wyjazd. Natknąłem się też na sytuacje, gdy rodziny utrzymują kontakty przez ponad 100 lat: pomimo iż ich protoplasta wyemigrował do Kanady bardzo dawno temu, do dzisiaj mają łączność ze swoimi kuzynami w „starym kraju” i nawet odwiedzają się.

      Usuń