Na mecze piłkarskie chodziłem bardzo rzadko. Pamiętam jednak, że stadion Legii na ulicy Łazienkowskiej wiązał się wówczas nie tylko ze sportem, ale także z różnymi incydentami kibicowskimi. Zdarzały się bijatyki i akty wandalizmu, które dotykały nawet autobusy dojeżdżające na stadion.
Miało to dla mnie bardzo praktyczny skutek: kilka metrów od mojego bloku znajdował się przystanek linii „366”, która dojeżdżała właśnie na Łazienkowską. Po niektórych meczach — zwłaszcza tych o podwyższonym „ładunku emocji”, jak spotkania Legii z Górnikiem Zabrze — oczekiwanie na autobus potrafiło się dramatycznie wydłużać, ponieważ część pojazdów była wycofywana z powodu zniszczeń.
Na szczęście mecz Legia Warszawa – Zagłębie Sosnowiec, rozegrany 3 sierpnia 1974 roku i zakończony remisem 1:1, przebiegł spokojnie. Dla mnie okazał się natomiast wyjątkowo szczęśliwy.
Po wyjściu ze stadionu spotkałem Roberta Gadochę (ur. 1946), złotego medalistę olimpijskiego z 1972 roku i wicemistrza świata z 1974 roku.
![]() |
| Robert Gadocha |
| Źródło: Wikimedia Commons |
![]() |
| Daniel Olbrychski |
| Źródło: Wikimedia Commons |
![]() |
| Maryla Rodowicz |
| Źródło: Wikimedia Commons |
Co ciekawe, kilka lat później nasze drogi z Olbrychskim skrzyżowały się pośrednio w dość nieoczekiwany sposób. Trafiłem do niewielkiej, trzyosobowej sali w szpitalu przy ul. Lindleya w Warszawie (obecnie Szpital Kliniczny Dzieciątka Jezus). Okazało się, że zaledwie kilka dni wcześniej na tym samym łóżku leżał Daniel Olbrychski, który doznał złamania nogi podczas jazdy konnej.
******
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
******
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.




No, no piękne zestawienie. Czasem można wpaść na znane osoby w różnych okolicznościach. Ja za dużo szczęścia do tego nie mam. Autografy tylko przy koncertach, a i z tego często rezygnowałam, ze względu na długie kolejki. Na mecze też nie chodziłam, właściwie tylko raz byłam za namową :)
OdpowiedzUsuńTo był „obfity” dzień i do dzisiaj go pamiętam. Dlatego starałem się zawsze przy sobie mieć albo mój albumik do autografów, albo przynajmniej „kawałek kartki i długopisa” 😁 Jednak rzadko kiedy rozpoznawałem „celebrytów” na ulicach.
UsuńPo koncertach lub występach teatralnych też czekaliśmy z małymi grupkami podobnych „łowców autografów” na pojawienie się aktorów. Kolejki były zazwyczaj na kiermaszu w Warszawie (jedna do kupienia książki, druga do uzyskania autografu).
Na imprezy sportowe też nie chodziłem—z powodzeniem policzyłbym wszystkie moje wyjścia na palcach jednej ręki. Dopiero dzisiaj rano dowiedziałem się, że wczoraj zaczęły się rozgrywki piłkarskie World Cup—przekonany byłem, że dopiero za tydzień—a przecież praktycznie mają miejsce w moim mieście! Kiepski jest ze mnie kibic...
W tym wieku, takie zdobycze, to niewątpliwy sukces!
OdpowiedzUsuńNo i zachowanie ich w domowym archiwum, bo z tym różnie bywa...
Ja miałam autograf Toniego Halika, ale gdzie on jest? może kiedyś znajdę w jakiejś książce...
O tak, wówczas ogromny sukces!
UsuńPomijając, że sporo książek z autografami nie udało mi się z Polski wyciągnąć, to kilka z nich ‘zniknęło’ z moich zbiorów jeszcze w latach 70. XX wieku—m. in. te z dedykacją Arkadego Fiedlera i Jarosława Iwaszkiewicza.
Moja znajoma w latach 70. XX wieku poszła na spotkanie z młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem, kupiła jego książkę i otrzymała od niego dedykację. Gdy stał się on bardziej znany, często pokazywała ją znajomym i gościom. Gdy kilkanaście lat temu chciała ją zlokalizować, okazało się, że ‘wyparowała’—pewnie ktoś docenił jej (monetarną) wartość—bo autorem był nie kto inny, jak Stephen King!
Muszę przyznać, że dopiero parę minut temu z Wikipedii dowiedziałem się, kto to był Tony Halik. Natomiast posiadam autograf Wandy Rutkiewicz!
W Toruniu jest muzeum Halika i innych podróżników, bardzo ciekawe zbiory!
UsuńTo on rzeczywiście musiał być niezmiernie znaną postacią. A muzeum podróżników do dobry pomysł. Wszedłem na jego stronę i przeczytałem, że "impulsem do jego powstania był dar ponad 800 eksponatów kultur pozaeuropejskich przekazany mieszkańcom Torunia w roku 1999 przez Elżbietę Dzikowską."
UsuńChociaż podróże obecnie są o niebo łatwiejsze niż w latach 60. czy 70. ub. wieku, to nadal wiele lokacji pozostaje absolutnie fascynujących (czego ja dowiaduję się głównie z blogów, a ostatnimi laty z vlogów). Sądzę, że jest świetnym pomysłem przekazywanie różnego rodzaju ORYGINALNYCH I AUTENTYCZNYCH pamiątek (vs. tych "Made in China") do takich placówek. Sam posiadam ponad 50 rzeźb ludowych z drzewa, głównie o tematyce religijnej, i zastanawiam się, co z nimi zrobić--to znaczy, komu (a bardziej jakiej instytucji) je przekazać.
Wspaniałe trio. Te osoby akurat znam i kojarzę, nawet Gadochę, choć sportem się niezbyt interesuję. Miałeś fart :-) Olbrychski miał wspaniałe role, a historia polskiej piosenki nie istniałaby bez Rodowicz. Oczywiście to też zasługa tekściarzy, zwłaszcza Osieckiej. Nie da się ukryć, że tych piosenek chciało się słuchać. Dzisiejsza scena już nie jest tak świetna, nie słucham, bo teksty nijakie, muzyka powtarzalna, nudna lub za głośna, za krzykliwa.
OdpowiedzUsuńŻyjąc w czasie Mundialu 1974 trudno było nie znać, chociażby ze słyszenia, nazwisk polskich piłkarzy. A do tego u mnie w pokoju wisiał ogromny plakat całej zwycięskiej drużyny, wraz z trenerami.
UsuńOlbrychskiego nawet niespodziewanie widziałem w filmach zachodnich. A niedawno oglądałem krótki film z 1968 roku „Zaliczenie” z Olbrychskim i Aleksandrem Bardinim.
Piosenki Rodowicz to moje dzieciństwo i absolutnie zgadzam się, że bez Rodowicz nie istniałaby historia polskiej piosenki. O polskiej muzyce mógłbym bardzo długo mówiąc—w latach 90. XX wieku mój ojciec zaczął mi przysyłać ogromne ilości płyt CD z polską muzyką i wówczas na nowo ją odkryłem—jest przepiękna i słuchałem wielokrotnie, jak też czasem puszczałem w biurze.
W 2010 roku poszedłem do ogromnego sklepu elektronicznego kupić HD Telewizor—zamiast tego kupiłem… radio internetowe, które miało jakoby dostęp do 13 tysięcy stacji i ponad 10 lat non-stop grało muzykę i w biurze, i w domu. Jedną z moich ulubionych stacji była „Radio PRL”, puszczająca przeboje z tego okresu—a poza tym to stacje typu „Sinatra” oraz jazz. Niestety, kilka lat temu firma, która wyprodukowała radio zakończyła działalność w tym zakresie i stało się bezużyteczne.
Faktycznie, obecnej muzyki—nie tylko polskiej—z trudem się słucha i dlatego praktycznie w ogóle nie słucham. Chyba dużo nie tracę… Zazwyczaj lecą na przemian stacje z muzyką klasyczną oraz jazzową i to mi wystarczy.
No i proszę - Szpital Dzieciątka Jezus się pojawia 😁
OdpowiedzUsuńZawsze powtarzam, że świat jest mały, naprawdę!
UsuńMasz niesamowicie wartościowy zbiór autografów wybitnych osób. Gratuluję i trochę zazdroszczę...
OdpowiedzUsuńDziękuję! To było, pod wieloma względami, wspaniałe hobby, szczególnie dla dwunastolatka.
UsuńWitaj jeszcze wiosenne Jack
OdpowiedzUsuńNiezwykłe trio. Jeżeli jednak miałabym wybierać jeden autograf z tych trzech, to byłby ten Gadochy.
Pozdrawiam najdłuższymi dniami w roku
Ja wybrałbym autograf Maryli Rodowicz, potem Olbrychskiego, a na końcu Gadochy.
UsuńPozdrawiam późno-wiosennie!
O! Dziś prawdziwa uczta! Sama śmietana. 😉😊😋
OdpowiedzUsuńMoże odniosę się do królowej polskiej estrady - Maryli Rodowicz.
Byłam ze znajomymi we wrześniu 2024 na koncercie Maryli i cała sala śpiewała i bawiła się wyśmienicie. Niech sobie gadają, psy szczekają, karawana jedzie dalej.
Świetnie powiedziane—dla mnie to była również uczta, gdy natrafiłem na te trzy słynne osoby.
UsuńDoskonale pamiętam Twój wpis na blogu o koncercie Rodowicz w Chicago. Ona nadal pozostaje legendą polskiej muzyki.
Jack, pamietam te fantastyczne Mistrzostwa swiata , choc dzieckiem maluczkim bylam, to pamietam jak cale osiedle w tym samym momencie darlo sie przez otwarte balkony : Gooooool!!! Okrzyk wydobywajacy sie z setek, a nawet tysiecy gardel po prostu mrozil krew w zylach, a my na sekunde zamieralismy w piaskownicy z lopatka w reku , po czym wracalismy do kopania. Meczu z Haiti w zyciu nie zapomne, bo myslelismy ze od sily i czestotliwosci tego ryku zawali sie nasz falowiec. Moj Tata nauczyl
OdpowiedzUsuńmnie regul gry w pilke nozna i nazwisk wszystkich pilkarzy i od tamtej pory ogladam wszystkie Mistrzostwa Swiata nieprzerwanie. Choc smutno, ze Polska nie daje rady sie przebic wyzej. Co do Olbrychskiego : sadzac po Twoim wpisie u Taity, obecnie nie podalbys temu czlowiekowi reki. Kitty
Dziękuję za komentarz, Kitty!
UsuńMundial 1974 to było niesamowite wydarzenie! Ja jeszcze pamiętam meczę kwalifikujące, man nawet znaczek z meczu Polska-Walia, jak też nie sposób zapomnieć meczu Polska-Anglia na Wembley, gdy ulice były kompletnie puste, w kinach najlepszych filmów, na które normalnie były długie kolejki, nie wyświetlano z powodu braku widzów i wszyscy byli przyklejeni do telewizorów. Wówczas już nie bawiłem się łopatką w piaskownicy, ale nie byłem o wiele starszy! Mecz z Haiti to rekordowy festiwal goli polskiej drużyny.
Ja się jednak przestałem i piłką nożną, i generalnie sportem interesować wiele dekad temu. Chociaż rozgrywki tegorocznych Mistrzostw Świata m.in. odbywają się w Toronto, nawet nie wiedziałem, że się już rozpoczęły.
Nota bene, podoba mi się Twój nick. Podobnie często zwracam się do mojej przyjaciółki!
Jack, probowalam sie wpisac z telefonu, ale nic sie nie zapisalo z moich pikarskich wspomnien z dziecinstwa! A byly wspaniale i do dzis pozostawily milosc do pilki noznej. A propos pana Olbrychskiego - jesli sadzic po Twoim wpisie u Taity, to mamy podobne poglady - i dzis nie podalbys temu panu reki. Ja na pewno nie. Kitty
OdpowiedzUsuńKomentarz się wgrał, tylko że stosuję moderację, inaczej pojawiałoby się tu trochę spamu, a nie chciałbym, aby nawet przez chwilę zaśmiecał mój blog.
UsuńWpis u Taity pamiętam, ale nie bardzo wiem, o co chodzi z tym podaniem ręki. Muszę zaznaczyć, że właściwie od 1981 roku oglądałem może 10 nowych polskich filmów, a od 1990 roku przestałem się kompletnie interesować sprawami Polski i bieżącymi wydarzeniami. Mnie interesuje generalnie historia i wydarzenia w Polsce przed 1990 rokiem.
P.S.
UsuńKitty et al: Dla Polaków jestem "Jacek", dla 'zagranicznych' Jack
W języku angielskim moje polskie imię jest bardzo trudne do wymówienia, brzmi jak "dżejsek" lub "dżajsek" i dlatego od razu po przyjeździe do Kanady zacząłem używać "Jack", które stało się de facto moim praktycznie oficjalnym imieniem i widnieje na wszystkich dokumentach, łącznie z paszportem.
Jack, mnie sie tez podoba Twoj nick, pasuje do bloga i Kanady, i do tego ,ze juz wlasciwie nie jestes tym dawnym Jackiem, ale Jack'iem. A poniewaz ja mieszkam od 20 lat w UK , jest to dla mnie zupelnie naturalne. Na Olbrychskiego szkoda czasu i slow. Ale naprawde chcesz zyc tylko wydarzeniami do 1990 roku? Mysle, ze po
Usuńpierwsze nie poznalbys obecnej Polski, ktora stala sie wyjatkowa perla w Europie , ale niestety , szykuja nam nastepny historyczny zwrot, ktory moze to wszystko zniweczyc. Kitty
Kitty: Niektórzy imigranci — nie tylko Polacy — twardo trzymają się swoich rodzimych imion, nawet gdy są one nie do wymówienia przez innych. Nawet i mi się dostało parę pstryczków od rodaków za „Jack”.
UsuńTu nie chodzi o życie wydarzeniami do 1990 roku. Historia Polski, szczególnie okresu komunistycznego, bardzo mnie interesuje — i nie tylko Polski, ale ogólnie system komunistyczny, szczególnie okres ZSRS (prawdę mówiąc, moja edukacja powinna iść w tym kierunku, ale zdawałem sobie świetnie sprawę, że po tym kierunku na chleb niełatwo jest zarobić). A jako że od 1981 mieszkam poza krajem, po prostu przestałem się tymi sprawami interesować, a w szczególności tamtejszą polityką.
Gdy sobie spaceruję za pomocą Google Street View po moich warszawskich ulicach, na których się wychowałem, to często mam duże problemy z ich rozpoznawaniem — a niektóre obszary to w ogóle się zmieniły prawie w 100%. Dlatego zdaję sobie świetnie sprawę ze zmian, jakie od tamtej pory nastąpiły. A poza tym, ani razu nie byłem w Polsce od prawie 45 lat.
Jack, tak generalnie , to interesuje cie raczej historia niz obecna sytuacja polityczna na swiecie, w Kanadzie , czy w Polsce? W tej chwili sa to naczynia polaczone i nie mozna rozpatrywac tego w izolacji, dyrektywy sa , ze tak powiem" swiatowe" i wiekszosc krajow zaczyna przypominac te sama matryce. Lokalne prawo czy specyfika dzialaja tylko na mala skale, a ogolny kierunek krajow zachodnich jest jakby ten sam. Polska jest pod niego podlaczona rowniez poprzez EU. Kitty
UsuńZawsze byłem raczej „generalistą” — interesowało mnie po trochu niemal wszystko. Jednak obecnie najbardziej zajmuje mnie ogólna sytuacja na świecie, a także wydarzenia w Kanadzie i USA, ponieważ to one mają najbardziej bezpośredni wpływ na moje życie. Natomiast sytuacja polityczna w Polsce interesuje mnie stosunkowo niewiele.
UsuńW Kanadzie wielu moich klientów miało dostęp do polskiej telewizji i niemal bez przerwy ją oglądało — łącznie z debatami sejmowymi i wszelkiego rodzaju programami politycznymi. Oni o wiele więcej wiedzieli, co powiedział radny z Warszawy niż premier Kanady. Co ciekawe, niektórzy wręcz gratulowali mi mojego braku zainteresowania polską polityką, ponieważ sami przyznawali, że po takich programach „ciśnienie i tętno natychmiast im skaczą”.
Historia również niezmiernie mnie interesuje, zwłaszcza ta, którą pamiętam z własnego podwórka i której byłem świadkiem.
Przez wiele lat prenumerowałem brytyjski tygodnik „The Economist”. To bez wątpienia periodyk na niezwykle wysokim poziomie, ale ostatecznie zrezygnowałem z prenumeraty z trzech powodów. Po pierwsze, zwyczajnie nie nadążałem go czytać — każdy numer liczył ponad sto stron. Po drugie, momentami wydawał mi się zbyt „politically correct”. Po trzecie, poświęcał bardzo dużo miejsca sprawom europejskim, a zwłaszcza Unii Europejskiej, które interesowały mnie mniej niż wydarzenia w Ameryce Północnej.
Obecnie czytam głównie gazety i portale kanadyjskie oraz amerykańskie, ale regularnie zaglądam także do publikacji z wielu innych krajów, w tym europejskich i polskich. Dzięki temu mogę porównywać różne punkty widzenia i spojrzeć na te same wydarzenia z kilku perspektyw.
Jack, jak znajdujesz na to wszystko czas?? Podroze , blogi, czytanie? Zgaduje, ze nie jestes pracownikiem korporacji jak niektorzy z nas :)) 3/4 mojego dnia znika w czelusciach pracy, to co zostaje z zycia ledwie ogarniam. Owszem tez czytam i ogladam, i to z roznych zrodel , ale po pracy i ogarnieciu spraw zyciowych niewiele tego czasu zostaje. W kazdym razie jedno jest dla mnie pewne: nie mozna opierac swojego zdania na tym, co podaja oficjalne media. Generalnie powielaja ten sam przekaz i podaja ludziom gotowy punkt widzenia , taki ktorego sie nie kwestionuje. Wyroslismy w systemie, w ktorym kwestionowalo sie wszystko, wtedy byla to norma, gorzej, ze wiekszosc ludzi uznala , ze " teraz" nie ma juz takiej potrzeby i wszystko co leci z gardel TV i gazet przyjmuja jako jedynie sluszne. A jestesmy karmieni bajkami z " Mchu i paproci". Nie kazdy to dostrzega😉 Kitty
UsuńKitty,
UsuńWyobraź sobie, że pracowałem dla korporacji... z tą różnicą, że byłem nie tylko jej pracownikiem, ale też właścicielem! 😁 Niestety oznaczało to również, że często musiałem pracować za kilku, m. in. też jako starszy technik komputerowy, konserwator i młodszy sprzątacz 🧹 Zdarzały się okresy, kiedy spędzałem w pracy po 12, 14, a nawet 18 godzin dziennie. Niemal nie wychodziłem z biura i pracowałem siedem dni w tygodniu.
Na szczęście ten szalony okres trwał zwykle 5-6 miesięcy w roku. Później było już znacznie spokojniej i mogłem funkcjonować niemal „na luzie”. Wtedy zdarzało mi się wyjeżdżać nawet na trzy tygodnie. Oczywiście po powrocie praca cierpliwie czekała. 😊
Trzy lata temu sprzedałem firmę i od tego czasu mam bardzo mało obowiązków zawodowych. Cieszę się więc wolnością — choć nie do końca w taki sposób, jak sobie to wyobrażałem, ale to już zupełnie inna historia.
Ja nigdy nie opieram swoich poglądów na jednym źródle informacji. Staram się czytać gazety i portale o różnych orientacjach: konserwatywne, liberalne, lewicowe, a nawet komunistyczne. Te ostatnie głównie dla rozrywki, bo często mam wrażenie, że ich autorzy żyją w jakimś równoległym, mało realistycznym świecie. 😁
Wychowałem się w czasach, gdy powiedzenie „Telewizja kłamie” było w PRL powszechnie znane. Dlatego do dziś podchodzę do wszelkich mediów z pewną dozą sceptycyzmu. Zawsze też powtarzam, że bardzo rzadko mamy dostęp do pełnej prawdy — zwykle znamy jedynie jej fragmenty, przedstawione z różnych punktów widzenia. I uważam, że NIE istnieje coś takiego jak „absolutna prawda”.
Wielu Kanadyjczyków nadal bez większego zastanowienia przyjmuje to, co usłyszy w mediach. Z drugiej strony coraz więcej ludzi ma już dość politycznej poprawności i lewicowej ideologii, które próbują przenikać do niemal każdej dziedziny życia. Na ten temat mógłbym napisać bardzo dużo, ale szkoda mi czasu — wolę go przeznaczyć na podróże, książki, blogi i inne przyjemności. 😉
I slusznie! Przez ostatnie pare lat tak mocno udzielalam sie na paru blogach ( niektorych zamknietych), ze wypalilam sie politycznie i fizycznie i nie mam juz sil na pisanie. Kto ma oczy szeroko otwarte ten wie, kto nie to nie. Fajnie spotykac po drodze ludzi, z ktorymi
Usuńnie trzeba sie meczyc , a co gorsza politycznie szarpac. Moje sily ida teraz w zupelnie innym kierunku. Gratuluje ( i po cichutku) zazdroszcze ci tej wolnosci, ktora osiagnales. Enjoy!!😊 Kitty
Lubię czytać blogi—często są one dla mnie wspaniałymi przewodnikami turystycznymi, znakomitymi opracowaniami historycznymi, kopalnią wiedzy i ogólnie źródłem ciekawych dyskusji—ale raczej unikam wdawanie się w głębsze debaty czy polemiki. Zabierają one zbyt dużo czasu, a gdy nasze poglądy są przeciwstawne, po prostu nie mają sensu—jak wspomniałem wcześniej, nie istnieje „absolutna prawda” i nieraz po prostu trzeba zaakceptować fakt, że na dany temat mamy odmienne opinie („let’s agree that we don’t agree”).
UsuńDawno temu gdzieś przeczytałem, aby unikać dyskusji na temat polityki, religii i aborcji. Od tego czasu starałem się ją zawsze stosować i raczej dobrze na tym wychodzę.
Dziękuję—jest to w pewnym sensie duża ulga, szczególnie jeżeli się ma sporo planów i zainteresowań. Bo niestety spotkałem wiele osób, dla których emerytura była tragedią—nie wiedziały, co ze sobą zrobić, jak sobie ułożyć nie tylko każdy dzień, ale całe pozostałe życie i niektórzy nawet powrócili do pracy, która była dla nich źródłem zadowolenia i satysfakcji, jak też zmuszała ich do unormowania codziennej rutyny.
Pozdrawiam,
Jacek
Gratuluje kolejnego bardzo ciekawego wpisu.
OdpowiedzUsuńDziękuję i pozdrawiam.
Usuń