wtorek, 8 września 2026

SZKOŁA PODSTAWOWA NR 221 I OTOCZENIE — HISTORIA MAŁEGO FRAGMENTU WARSZAWY (CZĘŚĆ 2/4)

POPRZEDNI ODCINEK: TUTAJ

Zajęcia Praktyczno-Techniczne i moje wybitne uzdolnienia techniczno-manualne — Magazyny techniczne, Adam Słodowy i banknot stuzłotowy — Brzęczyk i nieoczekiwana interwencja dyrektora szkoły — Mój wkład w grupowy projekt techniczny w szkole średniej.


Szkoła posiadała w piwnicy kuchnię oraz stołówkę, w której można było wykupić obiady, jak też przez jakiś czas serwowano nam rano mleko. Za pomieszczeniem kuchenno-stołówkowym mieściła się pracownia, w której odbywały się Zajęcia Praktyczno-Techniczne (ZPT). Były one przeznaczone jedynie dla męskiej części klasy — dziewczęta miały w tym czasie odrębne zajęcia, zapewne bardziej skupiające się na prowadzeniu gospodarstwa domowego — pomimo swego czasu popularnego hasła „Kobiety na traktory!” i związanego z nim plakatu propagandowego.

Chociaż interesowałem się m.in. elektroniką i nawet udało mi się zmajstrować kilka prostych urządzeń elektronicznych, to zazwyczaj podczas zajęć tworzyliśmy nieużyteczne przedmioty bardziej związane z mechaniką. Przypominam sobie, że jednym z nich był… znacznik, również zwany punktakiem (taką znalazłem definicję tego ustrojstwa: „Narzędzie uderzeniowe, którym wykonuje się niewielkie wgłębienie w materiale. Wyznacza ono dokładny środek przyszłego otworu i zapobiega ślizganiu się wiertła”). Pomimo że ogólnie było ono niezmiernie proste, nauczyciel tego przedmiotu, p. P., wymagał, aby wszystkie jego wymiary i kąty idealnie pokrywały się z tymi na rysunku technicznym (którego, nota bene, nigdy w życiu się nie uczyłem). Oczywiście, biorąc pod uwagę moje „wybitne” umiejętności techniczne i manualne (w postaci dwóch lewych rąk), przypuszczam, że nie otrzymałem oceny wyższej niż dostateczna.

Tak wygląda znacznik, zwany też punktakiem, który mieliśmy swego czasu wykonać na zajęciach technicznych. Rzeczywiście, niezmiernie użyteczne urządzenie...😁 Z pewnością każdy z nas był zachwycony tym arcyciekawym projektem i dumnie chwalił się nim rodzicom, znajomym i sąsiadom! Sądzę, że wycieczka Barta Simpsona do nudnej fabryki kartonowych opakowań, która produkuje pudełka wyłącznie na gwoździe, była o wiele bardziej ekscytująca  ("The Simpsons", sezon 5, odcinek 12)

Co najgorsze, w kwietniu 1975 roku, w szóstej klasie, groziła mi na koniec roku z ZPT ocena niedostateczna (!) z powodu niezadowalającej jakości prac technicznych. Przed końcem roku mieliśmy wykonać dowolny gadżet i to on miał zadecydować o moim końcowym stopniu.

Wówczas istniały popularne magazyny techniczne dla dzieci i młodzieży, zawierające w każdym numerze dział pokazujący krok po kroku, jak własnoręcznie stworzyć różne ciekawe projekty i przedmioty codziennego użytku. Bardzo lubiłem czytać „Młodego Technika”, jednak wszelkie prezentowane tam konstrukcje były dla mnie zbyt zaawansowane.

Istniał też miesięcznik popularnonaukowy dla dzieci i młodzieży w wieku 7–14 lat — „Kalejdoskop Techniki”, zawierający „kącik konstruktora” oraz intrygujące projekty do samodzielnego wykonania — które również uważałem za zbyt wymagające, pracochłonne i trudne.

Oczywiście posiadałem też książkę słynnego Adama Słodowego, który prowadził w telewizji niezwykle popularny program „Zrób to sam”. Pokazywał w niej, jak samodzielnie wykonać m.in. namiot, gitarę, telegraf, zabawkowe łodzie, pralki i tysiąc innych rzeczy. Jednak pomimo prób, dla większości ludzi wykonanie tego rodzaju projektów pozostawało jedynie w sferze marzeń. Nic więc dziwnego, że Ludwik Jerzy Kern zamieścił w „Przekroju” wiersz, którego fragment cytuję:

            W okresach tych swoich rzemieślniczych wzlotów
            Zrobiłem sporo całkiem zbędnych mi przedmiotów.
            A to klatkę dla ptaszka (którego nie kupię),
            A to magnes (co włosy wyszukuje w zupie),
            A to album na znaczki (których nie posiadam),
            A to śliczne akwarium (choć rybek nie jadam),
            A to przyrząd ze starych, niepotrzebnych szmatków
            Do polewania kwiatków (chociaż nie mam kwiatków).
            Teraz czekam cierpliwie,
            Aż mi pan Słodowy
            Pokaże,
            Jak samemu zrobić banknot stuzłotowy.

Niestety, tego ostatniego projektu (jak samemu zrobić banknot stuzłotowy) w książce Słodowego nie było — zresztą, gdyby nawet się pojawił, obawiam się, że jego wykonanie stanowiłoby dla mnie równie nieosiągalne marzenie, jak 99% pozostałych projektów!

Na szczęście redakcja „Kalejdoskopu Techniki” opracowywała również kwartalnik „ABC Techniki” dla młodszych dzieci i majsterkowiczów w wieku 5–8 lat. I właśnie w tym periodyku (nr 1, Wiosna 1975) znalazłem konstrukcję idealnie odpowiadającą poziomowi moich umiejętności — a mianowicie brzęczyk.



I tu ciekawostka — okazuje się, że w Internecie dostępne są wszystkie numery „ABC Techniki” i udało mi się odnaleźć ów projekt. Powyżej zamieszczam pierwszą stronę tego numeru oraz dwie strony poświęcone konstrukcji tego urządzenia (gdyby ktoś chciał je wykonać — a ja mogę służyć praktyczną poradą 😁).

Z zapałem zabrałem się do pracy — w tym przypadku nie miałem żadnych problemów ze znalezieniem odpowiednich materiałów — i po podłączeniu baterii rozległ się dźwięk brzęczyka!

W moim ocalałym pamiętniku znalazłem nawet dwa rysunki tego ustrojstwa, które powyżej i poniżej zamieszczam. Widocznie musiałem być z niego niezmiernie dumny — no i zależało mi na otrzymaniu dostatecznej oceny na koniec roku. Z tych rysunków raz jeszcze dobitnie widać, że nie tylko nie posiadałem zdolności technicznych, ale także artystycznych — obawiam się, że moje techniczne „blueprinty” stanowiłyby zagadkę dla większości inżynierów i techników!

Patrząc dziś na te szkice, dochodzę do wniosku, że gdybym został konstruktorem, postęp techniczny mógłby zostać poważnie spowolniony…

Z dumą zaniosłem moje dzieło do szkoły na lekcję ZPT, prezentując je nauczycielowi. Nie był jednak nim zbyt zachwycony — zapewne tego rodzaju urządzenie pasowałoby raczej na zajęcia techniczne we wczesnych klasach szkoły podstawowej (a może nawet w przedszkolu). Szczególnie krytycznie ocenił jego stronę estetyczną.

Rzeczywiście, wszystko było umieszczone na zwykłej desce i byle jak do niej przymocowane, przewody plątały się ze sobą (powinny znajdować się pod deską), a zwoje drutu były nawinięte nierówno. Przypominało to raczej prymitywny, ale działający prototyp niż gotowy produkt.

Jednak los potrafi czasami się do człowieka uśmiechnąć.

Szczęśliwym trafem do pracowni technicznej znienacka wpadł pełen energii dyrektor szkoły, Andrzej P. i podchodząc do kolejnych uczniów, zaczął oglądać ich projekty. Wreszcie podszedł do mnie.

Wyjaśniłem mu zasadę działania brzęczyka:

„Przepływający prąd tworzy elektromagnes, dzięki czemu gwóźdź przyciąga blaszkę. W tym momencie obwód zostaje przerwany i blaszka odskakuje od gwoździa, co ponownie zamyka obwód. Proces ten powtarza się bez przerwy i w ten sposób sprężynująca blaszka wydaje charakterystyczny dźwięk — stąd nazwa «brzęczyk»”.

Oczywiście punktem kulminacyjnym mojej demonstracji było zaprezentowanie działającego urządzenia. Na szczęście wszystko funkcjonowało bez zarzutu i nagle rozległo się głośne brzęczenie!

Jakimś cudem dyrektor był tym tak zafascynowany i zachwycony (najwyraźniej estetyka urządzenia zupełnie mu nie przeszkadzała), że zapomniał o wszystkich pozostałych pracach moich kolegów — z których większość była zapewne znacznie lepsza od mojej — i po pogratulowaniu mi, w doskonałym humorze opuścił pracownię.

— Po tak entuzjastycznej ocenie twojego projektu przez dyrektora jestem zmuszony postawić ci ocenę dostateczną — rzekł p. P.

Odetchnąłem z ulgą!

A swoją drogą ciekawy jestem, jak wyglądałaby poprawka z ZPT? Czy nauczyciel zadałby mi wykonanie jakiegoś skomplikowanego urządzenia i zamiast cieszyć się wakacyjnymi wyjazdami oraz dobrą pogodą, musiałbym przez całe lato ślęczeć nad jego konstrukcją? *)⬇ Czy też musiałbym codziennie studiować podręczniki techniczne i przygotowywać się do egzaminu teoretycznego? A może po prostu przydzielono by mnie do pomocy szkolnemu woźnemu i byłbym zobligowany odrobić określoną liczbę godzin, pomagając mu w różnych sprawach konserwatorsko-sanitarnych?

W ostatniej, ósmej klasie (1976/1977), mieliśmy nowego nauczyciela tego przedmiotu, który posiadał tytuł mistrzowski i uczył również w szkołach budowlanych przy ul. Młynarskiej. Był to porządny, spokojny człowiek, opowiadający nam o egzaminach mistrzowskich, różnych zagadnieniach technicznych i swoim zawodzie.

Głównym projektem, którym się zajmowaliśmy, było skonstruowanie stojącej lampy. O ile pamiętam, wszyscy otrzymali całkiem dobre oceny, na czym zresztą bardzo mu zależało, i udzielał nam wszelkiej możliwej pomocy.

Jak widać, nasze koleżanki miło sobie rozmawiają podczas Zajęć Techniczno-Praktycznych w Liceum Ogólnokształcącym.

W liceum ogólnokształcącym również mieliśmy godzinę lub dwie tygodniowo zajęć technicznych, ale przedmiot ten był traktowany po macoszemu. Prawie zupełnie nie pamiętam, co właściwie robiliśmy podczas tych lekcji — poza prywatnymi rozmowami i odrabianiem prac domowych z innych przedmiotów, co zresztą widać na zamieszczonych zdjęciach, które udało mi się zrobić podczas tych zajęć.

Irek P. miał pracuje zapewne nad jakimś elektronicznym projektem. Przy biurku drzemie siedzi znudzony nauczyciel, prof. M.

Nauczyciel również niespecjalnie przejmował się tym przedmiotem, co nam (i zapewne jemu) bardzo odpowiadało.

Po kilku latach pojawiła się nowa nauczycielka i m.in. mieliśmy wykonać projekty grupowe. Moja grupa, w składzie Zenek B., Irek P. i ja, budowała jakieś urządzenie elektroniczne. Zenek B. od lat pasjonował się modelarstwem lotniczym, natomiast Irek P. zawsze interesował się elektroniką i, o ile wiem, ukończył później Politechnikę Warszawską właśnie w tym kierunku.

Już na samym początku moi koledzy dostrzegli moje wybitne zdolności mechaniczno-techniczne oraz potencjalny wkład, jaki mógłbym wnieść do projektu.

— Jeżeli rzeczywiście chcesz nam pomóc w tym dziele, to najlepiej się do niego nie wtrącaj — poradzili mi.

Była to korzystna dla obu stron sugestia, którą z przyjemnością zaakceptowałem.

Jednak podczas prezentacji projektu udzieliłem nauczycielce tak wyczerpujących wyjaśnień na temat działania urządzenia, i robiłem to z takim przekonaniem, że przypadkowy obserwator mógłby dojść do wniosku, iż to właśnie ja byłem głównym konstruktorem, podczas gdy moi dwaj koledzy pełnili jedynie role podrzędnych asystentów.

___________________________________

Przypisy

⬆ *) Czytałem historię o uczniach, którzy wpadli w spore kłopoty z władzami szkolnymi z powodu propozycji wykonania na zajęciach technicznych… krzesła elektrycznego. Ale nie sam projekt był bezpośrednią przyczyną ich tarapatów — otóż entuzjastycznie zapewnili nauczyciela, że gotowe dzieło z przyjemnością przetestują właśnie na nim. Belfer najwyraźniej nie podzielał ani ich entuzjazmu, ani poczucia (czarnego) humoru.

────────────────────────

CZĘŚĆ TRZECIA — JUŻ WKRÓTCE!

────────────────────────

W następnym odcinku:

    • Ważne miejsce spotkań Komunistycznej Partii Polski
    • Rozbiórka budynku obok szkoły
    • Tablica pamiątkowa przy ul. Żelaznej 89
    • Szokujące przedwojenne losy działaczy komunistycznych
    • Marcjanna Fornalska i jej dzieci
    • Encyklopedia PWN
    • Komunistyczne kłamstwa na temat własnych pomordowanych towarzyszy
    • Więcej informacji o tow. Bronisławie Owsianko (lektura opcjonalna 😂)

***

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

8 komentarzy:

  1. Pamiętam te rozmaite prace techniczne, ja wolałam te związane z szyciem i robótkami na drutach. Na szczęście był podział , chłopaki mieli zajęcia osobno.
    W liceum nie miałam już takich zajęć, za to była muzyka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojęcia nie mam, co dziewczyny robiły na zajęciach technicznych, nigdy się tym nie interesowaliśmy. Ale na pewno nie uczono ich, jak jeździć na traktorach!

      Na szczęście w liceum nie mieliśmy muzyki, tylko w szkole podstawowej—i uważam, że to była kompletna strata czasu: nauczycielka grała na pianinie, a my coś tam rzępoliliśmy. Szkoda, że np. nie słuchaliśmy z płyt muzyki różnych kompozytorów—uważam, że to byłaby najlepsza forma nauki, przydatna na całe życie.

      Usuń
    2. Dziewczyny uczyły się szycia, pieczenia ciastek, robienia sałatek, haftowania.
      Ja lubiłam zajęcia muzyczne, należałam do chóru oraz do zespołu ludowego Kujawy.

      Usuń
    3. Przynajmniej uczyły się czegoś, co im się w życiu przyda. My niestety nie.

      Usuń
  2. Nasza klasa ZT-P była na poddaszu podzielona na cześć dla dziewczyn z kuchnia I maszynami do szycia I warsztat dla chlopakow, nie pamietam, aby dziewczyny tam cokolwiek robiły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Je ledwie pamiętam, co my właściwie przez te wszystkie lata robiliśmy na ZPT. Szkoda, że to było raczej marnowanie czasu, a przecież mogliśmy zająć się jakimś interesującym projektem, np. zrobieniem radia.

      Usuń
  3. Miałam zajęcia techniczne, ale nie wiem, co tam się robiło, nie pamiętam... Pewnie jakiś szydełkowanie, szycie, wyszywanie serwetek. Chyba tez kiedyś robiliśmy karmniki dla ptaków na zimę.
    W szkole średniej mieliśmy podział do wyboru: albo chodzić na muzykę, albo na plastykę. Ja wybrałam plastykę. Najlepiej mi wychodziły prace wykonywane techniką wydzierankową: wydzierało się malutkie kawałeczki z kolorowych gazet i naklejało z nich obraz na kartonie. Zrobiłam pejzaż morski: niebieskie morze i białe chmury. Pani od plastyki odwróciła obraz do góry nogami, to znaczy białym do dołu, a niebieskim do góry. Nieśmiało próbowałam jej wyjaśnić, że to niebieskie to morze, a nie niebo. Ona na to, że wie lepiej i postawiła mi piątkę. Dostawaliśmy tez piątki za prasowanie jesiennych liści: gdy liście zmieniały jesienią kolor, przynosiliśmy wielkie kolorowe gałęzie i prasowaliśmy żelazkiem te liście, żeby dłużej stały gdzieś w kącie w wazonie.
    Pamiętam "Młodego Technika", mój brat go prenumerował i nawet z niego czasami korzystał. Oglądałam też program Słodowego, ale nigdy nie próbowałam realizować jego pomysłów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o jakiekolwiek użyteczne rzeczy, to my nawet nie robiliśmy karmników ani domków dla ptaków. W ogólniaku też w pierwszej klasie była tygodniowo jedna godzina lekcji rysunku—kompletnie nie pamiętam, co się na niej działo.

      Przypomniałaś mi wydzieranki—pamiętam ze szkoły podstawowej—jak również ‘wy/nakrapianki’! Jak widać, każdy inaczej patrzy na dzieła sztuki i co innego w nich widzi… Kiedyś na zajęciach plastyki/rysunku z gipsu mieliśmy zrobić… głowę! Projekt mi się oczywiście bardzo nie udał, a górną część głowy opryskałem kawałkami gipsu. O dziwo nauczycielka zobaczyła w tym moim ‘dziele’ twarz… greckiego filozofa, a kawałki gipsu wzięła za jego włosy.

      „Młodego Technika” też chyba prenumerowałem—albo regularnie kupowałem. Nawet ukazał się w nim mój list oraz artykuł, niezmiernie lubiłem to pismo. A mówiąc o tych projektach prezentowanych w nim oraz wspomnianych przeze mnie pismach, to szkoda, że właśnie ich nie robiliśmy, niektóre były naprawdę fajne i użyteczne. Ja grzebałem się trochę w elektronice—wykonałem m.in. migacz oraz urządzenie, które włączało się na światło. Tylko że dostanie części było bardzo trudne i drogie.
      Dlatego chylę czoła przed krótkofalowcami, którzy sami robili potężne nadajniki, filtry, anteny i właściwie cały potrzebny sprzęt do swojego hobby. W Polsce chciałem być krótkofalowcem, ale wówczas trzeba było znać alfabet Morse’a oraz oczywiście zrobić samemu nadajnik. Będąc w Kanadzie, uzyskałem licencję (bez potrzeby znajomości alfabetu Morse’a i skonstruowania czegokolwiek), ale zbyt ‘radio-aktywny’ nie byłem; zresztą ogromna większość znanych mi krótkofalowców już odeszła, młodych jest bardzo mało i właściwie to hobby zamiera.

      Słodowy to był swojego rodzaju geniusz, dla którego wszystko było bardzo proste, jednakże absolutna większość ludzi (przynajmniej tych, których znałem) z ogromną przyjemnością oglądała jego programy, czytała jego książki—i na tym się ich ‘aktywność’ kończyła.

      Usuń