Tarcze szkolne — Dwie nazwy szkoły — Węgierski komunista Ferenc Münnich — Sklepik szkolny i zapasowe schody — Schron — Woźny i kupowanie piwa — Alkohol i ja.
******
Gdy zabrałem się do pisania kilku wspomnień związanych nie tylko z moją szkołą podstawową, ale także z przylegającymi do niej terenami, sądziłem, że wyjdą z tego dwie, najwyżej trzy strony. Jak się jednak okazało, wspomnień pojawiło się znacznie więcej i musiałem podzielić je na cztery części. Będzie więc o szkole, moich „technicznych” zdolnościach, Komunistycznej Partii Polski oraz o pomordowanych Polakach i Żydach w czasie Powstania Warszawskiego.
*****
W szkole podstawowej — przynajmniej w kilku początkowych klasach — tarcze szkolne, podobnie jak mundurki, były obowiązkowe. Tarcze musiały być przyszywane do ubrania, a nie przypinane szpilką, jak robili to niektórzy uczniowie. Velcro, czyli rzep, był wówczas w Polsce praktycznie nieznany. Nie przypominam sobie jednak, aby w naszej szkole jakoś szczególnie ścigano lub karcono uczniów za brak tarczy. Czytałem natomiast, że w niektórych szkołach wymagano noszenia tarcz nawet po lekcjach, na ubraniu „cywilnym” — co już wtedy uważałem za przesadę. Nie pamiętam, aby u nas istniał taki wymóg. Chętnie dowiem się, jak wyglądało to w innych szkołach. Natomiast liceum ogólnokształcące, do którego później uczęszczałem, w ogóle nie posiadało tarcz — a przynajmniej ja ich nie pamiętam.
Szkoły Podstawowej nr 221 w Warszawie przy ulicy Ogrodowej 42/44 (52°14'19.4"N 20°59'11.1"E / 52.238722, 20.986417). Szkoła znajdowała się dosłownie kilka metrów od mojego bloku. Gdy z okna pokoju wychodzącego na budynek szkolny słyszałem ostrzegawczy, krótki dzwonek o godzinie 7:55 rano, mogłem wtedy całkowicie beztrosko udać się do szkoły i bez najmniejszego problemu pojawić się w klasie przed godziną 8:00.Paradoksalnie, pułk miał w nazwie przymiotnik „kołobrzeski”, chociaż nie brał udziału w bitwie o Kołobrzeg. Nazwą tą został jednak wyróżniony w maju 1945 roku na podstawie rozkazu Naczelnego Dowódcy Armii Radzieckiej, Józefa Stalina, toteż owo historyczne nieporozumienie stało się z czasem nietykalne.
I jeszcze interesujący szczegół. W Piątym Kołobrzeskim Pułku Piechoty służył w 1956 roku Ryszard Kukliński, którego osobiście spotkałem na początku lat siedemdziesiątych podczas przyjęcia ślubnego. Według mojego ojca istniało nawet zdjęcie, na którym obaj stoimy obok siebie.
![]() |
| Znalazłem ten wycinek z gazety, prawdopodobnie z Życia Warszawy z lipca 1974 roku, który ukazuje zdjęcie Szkoły Podstawowej nr 221. |
W 2010 roku, w pięćdziesiątą rocznicę istnienia szkoły, nastąpiła zmiana patrona. Podczas uroczystości jubileuszowych szkole nadano imię Barbary Bronisławy Czarnowskiej — bohaterki Powstania Listopadowego i pierwszej kobiety oficera Wojska Polskiego.
![]() |
| To logo szkoły zostało zastąpione tym poniżej: |
![]() |
| Nowe logo szkoły (nie podoba mi się) |
Co ciekawe, na początku lat siedemdziesiątych istniały plany nadania szkole imienia Ferenca Münnicha (1886–1967), zatwardziałego węgierskiego komunisty i stalinowca, który odegrał kluczową rolę w stłumieniu Rewolucji Węgierskiej w 1956 roku, a następnie pełnił funkcję premiera Węgier w latach 1958–1961. W węgierskiej pamięci historycznej jest on przez wielu uważany za zdrajcę.
W roku szkolnym 1969/70 przyjechała do naszej szkoły delegacja węgierska, składająca się między innymi ze starszej kobiety — być może wdowy po Münnichu (druga jego żona zmarła dopiero w 2001 roku, a pierwsza też go przeżyła). Brat mojego kolegi otrzymał od delegacji pamiątkowy znaczek podczas spotkania w sali gimnastycznej. Przez pewien czas w szkole wisiała również gablota poświęcona Münnichowi, a ostatecznie jego imieniem nazwano szkolny szczep harcerski. Być może jednak po dojściu Edwarda Gierka do władzy Münnich zaczął uchodzić za postać zbyt dogmatycznie stalinowską i nie bardzo pasował do nowego wizerunku władz PRL.
W 1970 roku na pierwszym piętrze otwarto sklepik szkolny (nazywał się „Żak” lub „Żaczek”), gdzie można było kupić różne drobne przybory szkolne, a także sprzedać lub nabyć używane podręczniki. Czasami pojawiały się tam ciastka i pączki, błyskawicznie wykupywane przez uczniów — po dwa złote za sztukę.
Oczywiście ceny w sklepiku były takie same jak w zwykłych sklepach, ponieważ w PRL większość produktów miała odgórnie ustalone i wydrukowane ceny. Raz pojechałem z nauczycielką do składu papierniczego po „towar” do sklepiku i okazało się, że szkoła otrzymywała niewielki rabat. Ta różnica stanowiła jedyny „zysk”, jaki sklepik generował.
Co znamienne, mimo życia w państwie komunistycznym i mojego młodego wieku, temat zysku zaczął mnie już wtedy interesować od strony czysto teoretycznej, chociaż było to zagadnienie dość abstrakcyjne, a wręcz antysocjalistyczne.
![]() |
| Nowa tarcza szkolna |
W budynku szkolnym znajdowały się dwie klatki schodowe. Jedna z nich, zapasowa, z pewnością miała służyć na wypadek pożaru. Problem polegał na tym, że była ona okratowana — słowo „klatka” schodowa pasowało tu wyjątkowo trafnie — i niemal zawsze zamknięta na klucz. Być może dlatego, aby woźne nie musiały jej sprzątać? Już wtedy zastanawiałem się, jaki był sens istnienia tych dodatkowych schodów, skoro w razie pożaru czy innej sytuacji kryzysowej dostęp do nich mógł okazać się niemożliwy.
![]() |
| Szkoła Podstawowa nr 221, klasa VII A, rok szkolny 1976-1976. Dwadzieścia jeden (na trzydzieści cztery) z tych osób widnieje również na poprzednim zdjęciu grupowym z I klasy z roku szkolnego 1969/70 |
Szkoła posiadała również własny schron. Wejście do niego znajdowało się w podpiwniczeniu, gdzie były szatnie, ale schron pozostawał stale zamknięty i nigdy nie udało mi się do niego wejść.
Na jednej części boiska znajdowały się dwa murowane „grzybki”. Jeden z nich prawdopodobnie pełnił funkcję wywietrznika oraz zapasowego wejścia lub wyjścia, drugi, mniejszy, służył jedynie jako wywietrznik.
A swoją drogą do dziś zastanawiam się, co znajdowało się w środku schronu. Łóżka? Krzesła? Toalety? Zapas wody? Żywność? W szkole podczas lekcji przebywało zazwyczaj kilkaset osób i trudno mi sobie wyobrazić, aby wszyscy mogli się tam pomieścić i przebywać przez dłuższy czas. Sądzę jednak, że w latach siedemdziesiątych władze uznały prawdopodobieństwo wojny za na tyle niewielkie, że regularne przeglądy schronów, uzupełnianie zapasów czy organizowanie próbnych alarmów dla dzieci nie były priorytetem.
Przez cały okres mojej nauki pracował w szkole ten sam woźny, Ryszard M., typowy Warszawiak. Prawdopodobnie to on każdego ranka jako pierwszy otwierał budynek i niemal zawsze można go było spotkać gdzieś na terenie szkoły.
Pewnego ranka obserwowałem z okna mojego mieszkania, jak uczniowie i nauczyciele nie mogli dostać się do szkoły, ponieważ wszystkie wejścia były zamknięte. W krótkim czasie przed budynkiem zgromadził się kilkusetosobowy tłum. W końcu udało się otworzyć jedno z okien na parterze i odryglować główne drzwi. Później okazało się, że z powodu ciężkiej choroby żony — która wkrótce zmarła — woźny nie był w stanie przyjść do pracy na czas.
Oczywiście, jak przystało na prawdziwego szkolnego woźnego, odpowiadał również za dzwonek szkolny. Dzwonek był elektryczny, ale istniał także ręczny, na wypadek braku prądu.
Piwo było wtedy zasadniczo albo „jasne”, albo „ciemne”, rozlewane do niemal identycznych charakterystycznych butelek. Gdy w sklepie była kolejka, woźny czekał z dzwonkiem, przedłużając przerwę, i dopiero po moim powrocie oznajmiał uczniom koniec przerwy.
Jednak nie przypominam sobie, aby którykolwiek z moich kolegów regularnie pił piwo czy inny alkohol. Ja sam piwa nie lubiłem.
Pamiętam, jak podczas jednej z podróży pociągiem po wagonach chodził mężczyzna sprzedający piwo — zapewne całkowicie nielegalnie. Był potwornie upalny dzień. O czymś takim jak klimatyzacja nikt wtedy nawet nie marzył, a samo słowo było mi zupełnie obce. Wiele osób korzystało więc z jego usług.
Moja mama również kupiła butelkę i podała mi ją, ponieważ obojgu bardzo chciało się pić. Miałem wtedy około dwunastu lub trzynastu lat. Niektórzy pasażerowie patrzyli na to z dezaprobatą, uznając, że „wciąga mnie w alkoholizm”. Tymczasem ja z ogromnym trudem wypiłem ten trunek. Nie znosiłem gorzkiego smaku piwa, a dodatkowo było ono ciepłe. Była to więc doskonała metoda skutecznego zniechęcenia mnie do alkoholu.
Zresztą w naszym domu praktycznie się nie piło. Nie przypominam sobie nawet, aby stały u nas jakieś butelki z alkoholem. Jeżeli były, to zapewne od lat pokrywały się kurzem gdzieś w szafce.
![]() |
| Kartki na żywność, włącznie z alkoholem, przysługiwało pół litra wódki na miesiąc. Dla alkoholików była to znikoma (dzienna?) ilość, dlatego też alkohol posiadał dużą wartość. |
Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy alkohol zaczął być reglamentowany na kartki. Każdy członek naszej rodziny kupował wtedy maksymalny przydział wódki. Butelki, niczym żołnierze na defiladzie, stały rzędem pod ścianą.
— Oho, szykuje się jakaś wielka impreza! — żartowali koledzy.
Oczywiście alkohol nie był przeznaczony do konsumpcji. Wraz z papierosami stanowił doskonałą walutę wymienną, za którą można było zdobyć towary znacznie cenniejsze niż ich oficjalna cena.
A swoją drogą alkoholu spróbowałem już w wieku dwóch lub trzech lat. Tę historię rodzice opowiadali później wielokrotnie.
Byliśmy wtedy w Rewalu nad Bałtykiem. Z okazji moich urodzin zabrali mnie do nadmorskiej kawiarni na ciastko i herbatę. Gdy na chwilę zostawili mnie samego i po minucie wrócili, ujrzeli niesamowity widok: z wielkim zapałem dopijałem pozostawione przez gości resztki alkoholu z kieliszków stojących na stolikach!
Moja przerażona mama krzyknęła, że tak nie wolno i żebym natychmiast przestał.
— Ale to jest bardzo dobre! — odpowiedziałem spokojnie i kontynuowałem swoją libację.
Na szczęście nigdy więcej podobnych eksperymentów nie prowadziłem i alkohol nie stał się moim stałym kompanem. W późniejszych latach lubiłem jednak latem wypić dobre, zimne piwo, a przy ognisku delektować się kieliszkiem czerwonego, wytrawnego wina.
Co ciekawe, w drugiej połowie 2024 roku całkowicie zrezygnowałem z alkoholu. Decyzja ta, podjęta głównie ze względów zdrowotnych, okazała się zaskakująco łatwa — ba, przy moim stole znajduje się stojak na wino z 30-40 butelkami win i wódek, które cierpliwie czekają na gości. A nawet od ponad roku nie piję piwa bezalkoholowego, jedynie codziennie polską wódkę bezalkoholową 😁.
[Ponieważ wódka 40% składa się głównie z dwóch składników: 40% czystego alkoholu etylowego (etanolu) oraz 60% wody, to znaczy, że pijąc zwykłą lub mineralną wodę, de facto spożywam wódkę bezalkoholową. A najbardziej lubię Muszyniankę!]
────────────────────────
CZĘŚĆ DRUGA — JUŻ WKRÓTCE!
────────────────────────
W następnym odcinku:
• Zajęcia Praktyczno-Techniczne i moje wybitne „uzdolnienia” techniczno-manualne
• Magazyny techniczne, Adam Słodowy i banknot stuzłotowy
• Brzęczyk i nieoczekiwana interwencja dyrektora szkoły
• Mój wkład w grupowy projekt techniczny w szkole średniej
***
Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim
******
Więcej od autora
Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.










A wiesz, ja tez pamiętam woźnego z mojej pierwszej podstawówki. To była postać ważna dla uczniów, bo chodził z dużym ręcznym dzwonkiem i dzwonił na lekcje i na przerwy.
OdpowiedzUsuńTarcze, szkolne sklepiki, woźny... wiele podobnych elementów tamtych lat łączy wszystkie ówczesne szkoły. Moja szkoła podstawowa była na wsi, nie miała żadnego patrona, podobnie i liceum, które imię otrzymało dopiero wiele lat po tym, jak je ukończyłam. Co innego w stolicy, zapewne wielu prominentnych osób chciało nadać szkołom imiona komunistycznych działaczy. Stąd późniejsze zmiany, gdy te nazwy i patronów zastępowano.
W różnych książkach wspomnieniowych z XIX czy początków XX wieku bardzo często pojawia się postać woźnego, który grał dość ważną rolę w funkcjonowaniu szkoły i w życiu uczniów. Niektórzy pełnili tę funkcję przez całe życie i pewnie znali dziadków niektórych uczniów ze szkolnego podwórka!
UsuńPrzez 2 lata uczęszczałem do szkoły na wsi (oczywiście, 4-ro odcinkowy blog już jest w robocie—nie o szkole, ale o samym pobycie), była to tzw. „Tysiąclatka”, bez imienia, ale obecnie nosi nazwę „Batalionów Chłopskich”.
Czytałem, że gdy zmieniono nazwę szkoły, to były pewne głosy sprzeciwu. Osobiście o stokroć wolę nazwy związane z osobami lub bardzo znamiennymi wydarzeniami. Natomiast owy pułk piechoty był dla nas jedynie nazwą i niczego nam nie mówił. Nie pamiętam, aby nawet wówczas były organizowane spotkania z jego b. żołnierzami.
W trzeciej części bloga piszę o potencjalnym imieniu naszej szkoły, jako że w miejscu, gdzie ją wybudowano, znajdował się coś à la „Dom Partii” (komunistycznej), jednak odgórne władze postanowiły ten rozdział historii wypaczyć i zepchnąć na drugie tory, co również poruszam w blogu.
Niezły kawał wspomnień. fajnie poznać lepiej te czasy. Ja trochę młodsza :)
OdpowiedzUsuńW moim roczniku też pojawił się mundurek, jak byłam w gimnazjum, na chyba tylko jeden rok i zrezygnowali z tego :P. To były takiej kiepskiej jakości kamizelki. W tym krótkim czasie wielu uczniom udało się go zniszczyć. Do owego gimnazjum miałam tak samo blisko, mieszkałam tuż obok ale ostrzegawczego dzwonka nie było ;p
Co do alkoholu to czasem właśnie taki najbardziej zakazany owoc smakuje najlepiej i te najbardziej pilnowane dzieci chętniej po niego sięgały :)
Hah już się zdziwiłam, że faktycznie wódkę bezalkoholową pijasz xD. Raz spróbowałam whisky bezalkoholowe, paskudne. Też już dłuższy czas nie pije ale piwo 0 lubię, ogółem lubię gorzkie smaki :).
Te „mundurki” na zdjęciu też nie były zbyt dobrej jakości, a nawet z b. tanich i sztucznych materiałów, co nawet widać. Dla niektórych rodzin stanowiły zbyt duży wydatek—wtedy nikomu się nie przelewało. Ale jak widzę z późniejszych zdjęć klasowych, mundurków już nikt nie nosił.
UsuńMoi rodzice byli dość liberalni i jak chciałem, to mogłem i wypić, i zapalić. Po raz pierwszy zrobiłem to w wieku 7 lat: od wódki się zakrztusiłem, a po jednym „sztachu” papierosem długo kaszlałem. Po tym nieprzyjemnym doświadczeniu przez lata nie dotknąłem tych używek. Ojciec zawsze mówił, że jak chcę zapalić, to mogę zrobić to w domu, ale żebym nie robił w szkole—sporo osób w ostatnich klasach paliło w ubikacjach, co świetnie było widać z okien naszego mieszkania. Może dlatego NIE był to dla mnie „zakazany owoc” i dlatego nie smakował 😁.
Piwo bezalkoholowe, którego cena nieraz jest prawie identyczna z tym z alkoholem, jest bardzo dobre i nawet raz udało mi się nabrać kolegę, który był przekonany, że pije normalne piwo. Ale mi po prostu przeszło. Raz kupiłem wino bezalkoholowe—toż to był po prostu niesmaczny sok! A o bezalkoholowej whisky to nigdy nie słyszałem… To ja już wolę trzymać się mojej bezalkoholowej polskiej wódki 😂!
Twoje wspomnienia są często podobne do moich. Na przykład te tarcze... ja też je nosiłam w szkole podstawowej obowiązkowo. No i te wspólne zdjęcia z wychowawczynią której już dawno nie ma.
OdpowiedzUsuńWspominaj dalej proszę bo lubię Cię czytać chociaż ostatnio mało komentuje
Szczególnie w prywatnych szkołach w Kanadzie i USA uczniowie muszą często nosić coś w rodzaju „garniturów”, wraz z krawatami, a na marynarce (blazer) znajduje się emblemat szkoły. Również w Toronto (zależy to od regionalnego zarządu szkół, „school boards”) szkoły katolickie (finansowane przez podatników katolickich) wymagają mundurków szkolnych.
UsuńO, to jesteśmy rówieśnikami.
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe wspomnienia, u nas też nie ścigano za tarcze, nosiłam na agrafce. Moja pierwsza wychowawczyni był więźniarką obozu, pamiętam jej numer wytatuowany na przedramieniu.
Wtedy nikt nie sprawdzał kto i dla kogo kupuje alkohol, papierosy, a nauczyciele wysyłali nas po rózne zakupy:-)
Witam rówieśniczkę!
UsuńNiesamowite z tą wychowawczynią! W Polsce widywałem ludzi z numerami; niestety, tylko razy czy dwa rozmawiałem z nimi na tematy obozowe. Potem już w Kanadzie miałem kilku klientów Polaków, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne. W 2004 roku przyszedł klient Żyd, z numerem z Oświęcimia. Opowiadał, że jako młodziutki chłopak, stanął przed dr Josef Mengele, który go skierował na ‘stronę życia’, a jego rodzinę do gazu.
Nauczyciele wysyłali nas m.in. po kawę—była sprzedawana w takich 100 gramowych torebeczkach.
Witaj cieplutko
OdpowiedzUsuńTeż nosiłam tarcze na fartuszku, a teraz ani tarczy ani fartuszków. Dobrze że chociaż zakażą telefonów na lekcjach. Dosyć tego. Dawniej się dostawało burę za czytanie czasopism na lekcji, a teraz uczniowie relacje na Instagrama kręcą na lekcjach. Ciekawa notka Jacku, miło mi się czytało.
Dziękuję!
UsuńPomijając telefony komórkowe, które muszą być okropną dystrakcją na lekcjach, nie wiem, jak sobie poradzą szkoły, włącznie z (a może szczególnie) wyższymi uczelniami, z AI. Nawet gdy nie będę używał tej nowej technologii do napisana za mnie wypracowania, to jednak ona może mi niesamowicie ułatwić życie i w ciągu kilku sekund dokonać analiz, które normalnie zajęłyby mi godziny. Może więc powrócą egzaminy pisane ręcznie, długopisem na kawałku papieru.
Pamiętam, jak w ogólniaku zaczęły pojawiać się kalkulatory i były kontrowersje, czy wolno je używać podczas zajęć szkolnych, czy nie. Tym bardziej, że nauczyciele nie byli w stanie zakazać ich używania w domu i wówczas ci, co je posiadali, mieli bardzo ułatwione zadanie i mogli zaoszczędzić kupę czasu, robiąc obliczenia na kalkulatorach.
Nigdy nie przyszłości mi do glowy zachowac tarcze. U nas nosilo sie fartuchy, albo takie z falbanką, albo jak płaszcz z długimi rękawami. Nasza szkoła dla odmiany sie kurczyła, duży trzy piętrowy budynek stopniowo wynajmowano dla jakiś biur, az w końcu został tylko parter I trzy zmiany lekcji, zaczynałam o 14tej I ciągle się spóźnionałam, bo wcześniej zawsze gdzieś się włoczyłam.
OdpowiedzUsuńTarcza szkolna trafiła na moją matę z ponad setką innych przypinek i tylko dlatego się zachowała.
UsuńMoja szkoła posiadała kilka mieszkań, zamieszkiwanych pewnie przez szkolny personel lub nauczycieli—którzy dawno już przestali pracować w szkole i nie można było ich wyrzucić. Czytałem, że jednak udało się ich wykolegować, toteż szkoła się powiększyła.
Niestety ja nie mogłem usprawiedliwić spóźnienia np. „że tramwaj/autobus nie przyjechał lub się nie zatrzymał”. Technicznie, mógłbym powiedzieć, że winda stanęła między piętrami… ale generalnie nie pamiętam, abym się do szkoły podstawowej spóźniał.
Temat bardzo aktualny! Ja zaczęłam swoją edukację w fartuszku z falbanką. Do dziś mam sentyment. Nie wiem czemu teraz wszystko się tak upraszcza! Niedługo ktoś namaluje kreskę na płótnie, a krytycy stwierdzą, że to dzieło sztuki.
OdpowiedzUsuńPoprzednia tarcza i logo dużo ładniejsze. A woda najlepsza na upał. A u nas takie tropiki! Szkoda, że dzieci poszły już do szkoły. Miałyby frajdę nad wodą. Może się uda w długi weekend? 🤔
„Niedługo ktoś namaluje kreskę na płótnie, a krytycy stwierdzą, że to dzieło sztuki”.
UsuńJuż namalował w 1967 roku—dokładnie trzy pionowe pasy, dwa zewnętrzne pomalowane są na niebiesko, a środkowy na czerwono. Obraz autorstwa Barnett Newman zwie się Y„Voice of Fire” (Głos Ognia). Narodowa Galeria Kanady zakupiła go w 1989 roku. Zgadnij za ile?
Na stronie szkoły było wytłumaczenie tego nowego symbolu, które kompletnie do mnie nie przemawia.
U nas temperatury normalne, dzisiaj były ostrzeżenia „czerwone” (najwyższe), że mogą być straszne burze, wiatry, ulewy i grad wielkości piłeczek golfowych. I rzeczywiście, w Toronto powodzie, zniszczenia i grad o wielkości małych jabłek, natomiast u mnie, zaledwie 20-25 km dalej, spokój i cisza. Miałem szczęście!
Niedawno zakupiłem 30 butelek „Muszynianki” i przynajmniej piję jedną dziennie. Co ciekawe, jest tańsza od Coca-Coli, a nawet zwykłych, nie-mineralnych wód gazowanych.
P.S.
Galeria zapłaciła w 1989 roku za ten obraz 1,8 miliona dolarów (obecna siła nabywcza tej kwoty to prawie 4 miliony dolarów kanadyjskich).
I nadal tam się znajduje.