środa, 27 maja 2026

Górska Odznaka Turystyczna

Po górach zacząłem chodzić dawno, dawno temu — jeszcze w latach 60. XX wieku. Do dziś pamiętam spływy Dunajcem i wejście na Trzy Korony. Miałem wtedy zaledwie kilka lat, a inni turyści byli zdziwieni, że taki mały szkrab dał sobie radę z podejściem.

W tamtych czasach mieszkaliśmy „na kwaterach”, czyli w prywatnych pokojach wynajmowanych turystom, i stamtąd robiliśmy jednodniowe wycieczki. Będąc w Muszynie, weszliśmy m.in. na Pustą Wielką (1061 m), gdzie stała drewniana wieża triangulacyjna, która później się zawaliła. Po dotarciu na szczyt ojciec zrobił nam niespodziankę i wyjął tabliczkę czekolady — w tamtych realiach była to prawdziwa nagroda.

Gdy mieszkaliśmy w Rabce, często wybieraliśmy się na wzgórze Grzebień (677 m), którego pasma lasu przypominały zęby grzebienia, oraz na Banię (612 m). Pewnego dnia weszliśmy także na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) — i to zimą. Na szczycie znajdowało się schronisko oraz stacja nadawcza radiowo-telewizyjna. Wracaliśmy już po zmroku, co nie było łatwym zadaniem.

Z czasem te krótkie wypady przerodziły się w kilkutygodniowe górskie wyjazdy. Przez wiele lat intensywnie wędrowałem po polskich Karpatach z plecakiem ważącym nawet 30 kilogramów, wypełnionym m.in. jedzeniem (realia PRL-u!) Szliśmy od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, od miasta do miasta.

Wędrówka po Beskidach w 1977 roku

Nocowaliśmy albo w schroniskach, albo u prywatnych gospodarzy w miasteczkach i wsiach — często nawet nie chcieli za to zapłaty. Na górskich halach zatrzymywaliśmy się w bacówkach, gdzie pośrodku paliło się ognisko, a pod dachem wisiały sery, wędzone w dymie i stopniowo zmieniające się w słynne oscypki. Kupowaliśmy je razem z żętycą (zwaną też zyntycą), tradycyjnym napojem serwatkowym powstającym przy produkcji sera.

Już wtedy prowadziłem swoiste pamiętniki, w których dokładnie notowałem nasze trasy, opisywałem wyprawy, wklejałem pocztówki i zbierałem pieczątki ze schronisk. Niestety, dzięki pewnemu członkowi rodziny wszystkie te zeszyty zaginęły.





Dość wcześnie zainteresowałem się połączeniem przyjemnego z pożytecznym — czyli zdobywaniem Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT), nadawanej przez PTTK. Kupiłem specjalną książeczkę-regulamin, w której określano liczbę punktów za przejście poszczególnych tras. Punkty zależały od trudności szlaku, długości, przewyższeń, kierunku marszu i innych czynników.

Aby potwierdzić przejście trasy, należało prowadzić książeczkę wycieczek i zbierać pieczątki ze schronisk, urzędów, sklepów czy innych miejscowości położonych na trasie. Po zdobyciu wymaganej liczby punktów składało się wniosek i należało stawić się na spotkaniu weryfikacyjnym.

Najczęściej była to bardzo sympatyczna rozmowa z doświadczonym działaczem (przodownikiem) PTTK, dobrze znającym górskie szlaki. Do dziś pamiętam nazwisko wyjątkowo życzliwego człowieka, który mnie „egzaminował” — Tadeusza Gurbiela. Po kilku latach spotkaliśmy go przypadkiem i od razu wiedzieliśmy, skąd go znamy.

Z ciekawości przejrzałem Internet i okazało się, że w publikacji „Uczestnicy Powstania Warszawskiego 1944 roku w szeregach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego” Włodzimierz Majdewicza jest jego zdjęcie, zdjęcie tablicy pamiątkowej w kościele w Warszawie oraz jego krótki i bardzo interesujący życiorys.

Tadeusz Gurbiel
Tadeusz Gurbiel „Góra” (1908–1993) był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego oraz zasłużonym działaczem turystycznym PTTK. Od 1940 roku działał w Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim i przeszedł długi  bojowy — od walk na Woli, przez Stare Miasto, aż po ewakuację kanałami do Śródmieścia. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Powstania trafił do niewoli niemieckiej, z której wrócił do Polski dopiero w 1947 roku.

Po wojnie poświęcił się swojej wielkiej pasji — turystyce górskiej. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w komisjach turystyki górskiej w Warszawie, a szczególnie zasłużył się jako wieloletni przewodniczący Referatu Weryfikacji Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT). To właśnie on sprawdzał książeczki turystów, potwierdzał przejścia tras i weryfikował zdobyte odznaki.

Po jego śmierci uhonorowano go tablicą pamiątkową w warszawskim „Panteonie PTTK”.

Tablicą pamiątkową Tadeusza Gurbiela w warszawskim „Panteonie PTTK”

[Napisałem maila do PTTK z prośbą o pozwolenia na przedruk zdjęć p. Gurbiela z tej publikacji—niestety, nie otrzymałem odpowiedzi i postanowiłem to pomimo wszystko zrobić. 
Wielokrotnie na podobne prośby kierowane do instytucji lub autorów nie otrzymywałem odpowiedzi.]

Już w 1977 roku (a może nawet w 1976), mając zaledwie 14–15 lat, udało mi się zdobyć cztery odznaki GOT: Popularną, Brązową, Srebrną i Złotą.

Muszę dodać, że od wielu lat nie pociągają mnie żadne medale, ordery czy oficjalne wyróżnienia. Podchodzę do nich z dużym dystansem. Być może to jeszcze echo czasów PRL, gdy różnego rodzaju odznaczeniami obwieszano, niczym bożonarodzeniowe choinki, polityków, wojskowych czy działaczy (szczególnie sowieckich), przez co same nagrody często traciły swój sens i wartość.

Te cztery skromne odznaki cenię jednak bardzo wysoko, ponieważ sam musiałem na nie zapracować. Nikt nie przyznał mi ich decyzją zza biurka. Są dla mnie symbolem niezapomnianych wypraw, młodości, wysiłku i wspaniałych wspomnień.

Pozostało po nich także wiele metalowych znaczków, których zdjęcia postaram się zamieszczać w kolejnych wpisach wraz z opisami tras i dawnych wędrówek.

********************

Na koniec przytoczę jeszcze pewną znamienną historię. Jeden z moich szkolnych kolegów również chodził po górach, ale nie zdobył jeszcze złotej odznaki GOT i najwyraźniej bardzo mi jej zazdrościł. Zaczął wypytywać mnie o szczegóły zdobywania odznak — nie po to, by poznać ciekawe szlaki, lecz by próbować podważać moje osiągnięcia, a nawet legalność (!) otrzymania tych odznak.

W tym samym okresie przygotowywaliśmy projekt szkolnej wycieczki (którego wtedy nie zrealizowaliśmy), a moim zadaniem było opracowanie tras górskich wycieczek, co zrobiłem z ogromną przyjemnością. Po prezentacji byłem zaskoczony jego gwałtowną reakcją — kompletnie niespodziewanym i nieuzasadnionym atakiem pod moim adresem. Nie mógł znieść, że ktoś inny zabiera głos w dziedzinie, którą uważał za swoją wyłączną specjalność i domenę.

Długo wspominałem te sytuacje z pewnym zdumieniem, ale też współczuciem-dla niego. Z czasem zrozumiałem, że często za podobnymi zachowaniami kryją się kompleksy i niskie poczucie własnej wartości, co zresztą w przyszłości ujawniło się w innych sytuacjach. Na szczęście później nasze relacje wróciły do normy, a tamte incydenty odeszły w niepamięć.

Blogs are also available in the English language / Blogi są również dostępne w języku angielskim

******

Więcej od autora

Również prowadzę od 2010 roku blogi podróżnicze, zawierające dużo ciekawych informacji o przyrodzie, historii i podróżach w Ameryce Północnej i na Kubie.

Blog o podróżach: http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/

21 komentarzy:

  1. Przeczytałam z przyjemnością, nie tylko ciekawe wspomnienia, a le i kawał historii. Wcześnie zacząłeś przygodę z górami, a odznaki kapitalne!
    Atak kolegi zupełnie niezrozumiały, czyżby chciał mieć monopol na turystykę?
    Ja żałuję, ze nie prowadziłam pamiętnika wycieczek, zaczęliśmy dopiero z moim synem takie zapiski, dziś to źródło wielu wspomnień i wzruszeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz!

      Przygoda z górami była rzeczywiście wspaniałym rozdziałem mojego życia. Spotykaliśmy bardzo ciekawych i życzliwych ludzi, nieraz godzinami nie widziało się na szlaku nikogo, a miejscowi zazwyczaj byli niezwykle pomocni. Pomimo trudnych realiów PRL-u wspominam tamte wyprawy bardzo ciepło.

      Pamiętniki i blogi naprawdę warto prowadzić. Gdyby nie moje blogi podróżnicze, dziś często nie miałbym już pojęcia, gdzie i kiedy byłem ani co dokładnie widziałem — a trochę tego przez lata się nazbierało. Do dziś żałuję utraty dawnych zapisków, bo znajdowały się w nich również kartki pocztowe i różne drobne pamiątki.

      Tak, kolega rzeczywiście zdawał się chcieć mieć niemal monopol na tę pasję… Ale chyba głębszym problemem było jego niskie poczucie własnej wartości. Zazdrość potrafi być bardzo destrukcyjna i u niektórych osób przybiera niemal obsesyjny charakter. Czasami spotkałem się z tym problemem wśród moich klientów.

      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
    2. Zazdrość może być inspirująca, a to raczej była zawiść, niefajna cecha, niestety!

      Usuń
    3. Myślę, że każdy z nas od czasu do czasu czegoś zazdrości i że takie uczucie może nawet stać się inspiracją do działania. Świetnie to ujęłaś — zazdrość bywa motywująca, natomiast zawiść jest już czymś zupełnie innym i rzeczywiście potrafi być bardzo destrukcyjna.

      Ja na szczęście nie posiadam tej cechy — zawsze raczej szczerze gratulowałem innym ich osiągnięć i autentycznie cieszyłem się z ich sukcesów oraz zachęcałem do dalszego działania.

      Pozdrawiam serdecznie,

      Jacek

      Usuń
  2. Zacznę od końca: czy ten kolega zmienił się i przestał Ci zazdrościć? Wydaje mi się, że takie zachowania są cechą charakteru i trudno je wykorzenić.
    Rzeczywiście, takie odznaki są efektem osobistego wysiłku i cieszą bardziej niż jakieś medale przyznawane nieraz z sufitu. Mogłeś i możesz być dumny, że tak uparcie dążyłeś do ich zdobycia, bo przecież wymagały zaangażowania, zwłaszcza dla młodego chłopca, jakim wtedy byłeś.
    Dziękuję za przypomnienie postaci Gurbiela, wspaniały człowiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Bezpośredni kontakt z tym „kolegą” urwał się pod koniec lat 70. Niestety, miał on bardzo małe poczucie własnej wartości, co przejawiało się również w innych sytuacjach — i z tego, co później słyszałem, raczej niewiele się pod tym względem zmieniło.

      Wówczas patrzyłem na odznaki zupełnie inaczej niż dziś. W górach spotykało się wielu doświadczonych turystów, którzy z dumą nosili różne odznaki PTTK. Od razu było wiadomo, że ma się do czynienia z ludźmi obytymi ze szlakami, od których można było dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy — tym bardziej, że wielu z nich lubiło opowiadać o swoich wyprawach i doświadczeniach.

      Cieszę się również, że zapamiętałem nazwisko egzaminatora i że po latach udało mi się odnaleźć tyle interesujących informacji o jego życiu. W tamtym czasie nie miałem pojęcia o jego barwnym życiorysie — zresztą byłem jeszcze za młody, by w pełni docenić tego rodzaju historie i życiowe losy. A poza tym p. Gurbiel posiadał niezwykle czarującą i miłą osobowość — takich ludzi nie ma dużo i dlatego zapamiętuje się ich na całe życie.

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. I ja wędrowałam po górach - ale głównie po Tatrach. Przeszłam właściwie cały łańcuch Tatr, oczywiście w kilku etapach i w ciągu kilku lat. Na niektórych szczytach byłam kilka razy. Potem miłością do Tatr zaraziłam męża, a potem synów. A potem przeszło na wnuki.
    Ja już niestety teraz tylko pod tatrzańskimi reglami spaceruję i w niektóre dolinki wchodzę. Tatry to moja największa miłość.
    Ale bardzo też lubię Karkonosze i Pieniny...
    Odznak nigdy nie zdobywałam bo wychodziłam z założenia że wędruję dla siebie i własnego zachwytu a nie dla tych odznak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!

      Gratuluję przejścia po Tatrach! Ja właściwie po nich nie wędrowałem — głównie z dwóch powodów: były bardziej „zatłoczone” niż Beskidy oraz z powodu mojego ogromnego lęku wysokości. Poza tym bardziej odpowiadała mi zielona, leśna sceneria Beskidów niż surowy, skalisty krajobraz Tatr. Gdyby jednak nie moja wysokościowa fobia, kto wie — może nawet zainteresowałbym się taternictwem.

      W jednym z przyszłych wpisów wspomnę o wejściu na Babią Górę Percią Akademików… Do dziś dostaję gęsiej skórki na samo wspomnienie tego przeżycia!

      W tamtych latach inaczej podchodziłem do odznak niż obecnie. Dziś prawdopodobnie nie stanowiłyby już dla mnie aż takiej atrakcji, ale wtedy były ważną częścią górskiej przygody. A ich zdobywanie praktycznie nie powodowało żadnych perturbacji w moich planowanych trasach — chodziłem, gdzie chciałem, a nie „na punkty” — tym bardziej, że każda trasa się liczyła. Obecnie tworzenie vlogów sto razy bardziej ingeruje w prawdziwą przyjemność podróży, bo zabiera bardzo dużo czasu i wysiłku. Być może jest to jeden z głównych powodów, że pomimo dużej chęci zrobienia vlogów, często zamiast chwycić telefon czy aparat i nagrywać wideo, po prostu wolę rozkoszować się widokami, relaksować, rozmawiać czy też czytać książkę. Natomiast blogi mogę pisać w 95% po powrocie z wyjazdów.

      Od dziesiątek lat z różnych powodów po górach już nie wędruję. Zresztą w Ontario najwyższy szczyt ma niewiele ponad 700 m n.p.m., więc jak widać, prowincja jest raczej płaska. Kiedy jednak podróżowałem samochodem przez Góry Skaliste w Kanadzie i USA, a wokół nas wznosiły się skaliste masywy przekraczające 3000 metrów wysokości, od razu odżywała dawna ochota, by znów ruszyć na szlak.

      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
    2. Zapraszam do siebie bo tam właśnie o niesamowitym spotkaniu w Tatrach piszę...

      Usuń
    3. Uwielbiam takie historie!

      Usuń
  4. Wielka szkoda, że nie przetrwały te Twoje podróżnicze scrapbooki. Chyba można Cię nazwać innowatorem, skoro prowadziłeś je już w tamtych latach ;) Stanowiłyby dzisiaj bezcenną pamiątkę dla Ciebie. Widzę jednak, że i bez nich świetnie sobie radzisz, bo pomimo upływu wielu dekad, Twoje wspomnienia są nadal żywe i barwne.

    A tak na marginesie, to jestem pod wrażeniem Twojej polszczyzny! Jest na lepszym poziomie niż polski wielu rodaków mieszkających w kraju! Nie lubię niechlujności językowej, więc zwracam uwagę na takie rzeczy.

    Widzę też, że chyba masz duże pokłady empatii, bo znalazłeś w sobie szlachetne uczucia wobec zawistnego kolegi – samozwańczego eksperta górskiego. Zgadzam się z Twoimi końcowymi wnioskami – również uważam, że za takim brzydkim zachowaniem często stoi niskie poczucie wartości i duże kompleksy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapomniałam dodać, że brak odpowiedzi na ważnego maila bywa naprawdę frustrujący! Tak się składa, że parę tygodni wysłałam jednego do pewnej instytucji i do dziś zero odzewu. Nie wiem, po co w ogóle podają adres mailowy na swoje stronie, jeśli nikt tej skrzynki nie monitoruje, albo nie chce mu się odpowiadać na zapytania. Ja zawsze lubiłam to robić – kontakt mailowy z klientami to była jedna z ulubionych czynności w mojej pracy. Na moje nieszczęście nie lubię dzwonić. Zawsze wolę wysłać maila.

    A Twoje odznaki to doskonały dowód na to, że to, co zapracowane bardziej cieszy. Tak właśnie jest z pieniędzmi – ciężko i uczciwie zarobione mają większą wartość dla ich posiadaczy. I chyba trudniej też się je wówczas wydaje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak rozległy i bardzo miły komentarz!

      Na szczęście przetrwało wiele innych rzeczy i dotarło ze mną do Kanady. Faktem jednak jest, że choć pamiętam nazwy wielu miejsc, które odwiedziłem, to często niewiele więcej szczegółów potrafię dziś o nich odtworzyć. Te podróżnicze scrapbooki byłyby nieocenioną pomocą i wspaniałą pamiątką.

      Dziękuję również za miłe słowa o mojej polszczyźnie. Ukończyłem jedynie ogólniak w Polsce, ale język polski mieliśmy na wysokim poziomie, a poza tym zawsze lubiłem pisać. Co ciekawe, moim pierwszym większym zakupem po przyjeździe do Kanady była… elektroniczna maszyna do pisania za 500 dolarów — co w dzisiejszej wartości oznaczałoby przynajmniej 1500, jeśli nie więcej (wtedy minimalna płaca godzinowa była $3,50, a obecnie $17,95), biorąc pod uwagę panującą okropną recesję, brak pracy i moją opłakaną sytuację finansową! Pisanie blogów bardzo pomogło mi utrzymać, a nawet poprawić znajomość języka polskiego — a łatwy on przecież nie jest. Może jednak kiedyś go „Óproszczom”… 😁

      Co do kolegi, to — jak wielokrotnie wspominałem — tak naprawdę bardziej należało mu współczuć niż się na niego gniewać.

      A propos maili i odpowiedzi… wielokrotnie pisałem do autorów książek (nie do sław pokroju Stephena Kinga, lecz raczej do twórców mniej znanych, często autorów jednej czy kilku książek biograficznych), do średnio-znanych artystów, aktorów, autorów artykułów prasowych i innych twórców. Moje wiadomości zawsze zawierały życzliwe słowa, podziękowania za ich pracę, kilka własnych refleksji i życzenia dalszych sukcesów. Muszę przyznać, że do dziś trochę mnie dziwi i zaskakuje, jak rzadko — właściwie niemal nigdy — otrzymywałem jakąkolwiek odpowiedź. Nie oczekiwałem przecież długiej korespondencji, ale zwykłe „dziękuję” byłoby bardzo miłym gestem.

      Doskonale rozumiem więc Twoją frustrację związaną z brakiem odpowiedzi na maile. Sam również zdecydowanie wolę kontakt pisemny niż telefoniczny — mail pozwala spokojnie zebrać myśli i odpowiedzieć wtedy, gdy człowiek ma chwilę czasu i skupienia. Jednakże kilka razy zadzwoniłem do tego rodzaju ‘ciekawych’ ludzi (podali telefony) i muszę przyznać, że mieliśmy ciekawe konwersacje, raz nawet półgodzinną.

      „Tak właśnie jest z pieniędzmi – ciężko i uczciwie zarobione mają większą wartość dla ich posiadaczy. I chyba trudniej też się je wówczas wydaje ;)”

      Oj, o tym mógłbym pisać bardzo długo — zarówno z własnego doświadczenia, jak i z obserwacji moich klientów. Nieraz widziałem, jak zupełnie inaczej podchodzi się do pieniędzy ciężko wypracowanych niż do tych zdobytych łatwo lub bez większego wysiłku.

      Serdecznie pozdrawiam!

      Jacek

      Usuń
    2. Teraz tym bardziej jestem pod ogromnym wrażeniem, skoro edukację w Polsce zakończyłeś na liceum i w tak młodym wieku wyjechałeś do dalekiej Kanady. Zgadzam się – ja również mogę powiedzieć, że pisanie bloga znacznie poprawiło mój język polski (w tym interpunkcję). Bywało, że miałam chwile zwątpienia i zastanawiałam się, czy to całe blogowanie ma w ogóle sens, a teraz wiem, że miało i ma. Podszkoliłam polski, a do tego została fajna pamiątka z moich wyjazdów podróżniczych. Zapewne doskonale wiesz, że z czasem zapomina się mnóstwo rzeczy. Wpisy na blogu doskonale odświeżają tę pamięć :)

      Często wspominasz o swoich klientach, biurze. Jak wiesz, jestem tu nowa, i dopiero Cię poznaję – zdradzałeś na blogu, czym zajmujesz się zawodowo?

      Zdarzyło mi się parę razy widzieć w książce notatkę autora zachęcającą do kontaktu mailowego, aby podzielić się swoimi wrażeniami. Nigdy jednak nie skorzystałam z takiej propozycji. Chyba mam uraz z dzieciństwa, kiedy to byłam wielką fanką polskiej piosenkarki Shazzy (hahaha). Kiedyś wysmarowałam do niej piękny list, wysłałam na podany adres, a ona NIGDY na niego nie odpowiedziała, czym złamała moje niewinne, dziecięce serce :D
      Kiedyś też pisałam do mojego ulubionego piłkarza, ale jak wyżej – zero odzewu.
      Żyjemy w takich czasach, że dzięki social mediom bardzo łatwo skontaktować się z celebrytami, których lubimy, ale im starsza jestem, tym mniejsze wrażenie robią na mnie ci wszyscy sławni i bogaci, więc nie piszę do takich osób.

      A teraz kończę, bo mi tu kotka jęczy, i muszę iść ją nakarmić i wypuścić!

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    3. Język jest żywym tworem — jeśli się go nie używa, z czasem staje się trochę archaiczny. Od czasu do czasu mam problemy ze zrozumieniem nowych polskich wyrazów, szczególnie tych żywcem zapożyczonych z języka angielskiego — moim zdaniem często bardziej szpecą naszą mowę, niż ją wzbogacają.

      Pisząc moje blogi turystyczne, zazwyczaj tworzyłem teksty najpierw po angielsku, a dopiero później tłumaczyłem je na język polski. Było to bardzo pracochłonne i żmudne zajęcie, a gdy czasem ktoś zgadzał się je przeczytać i poprawić, zwykle znajdował niemało błędów. Obecnie niezmiernie pomocny jest ChatGPT — szczerze mówiąc, nie wiem, czy bez tego narzędzia zdecydowałbym się na prowadzenie nowego bloga w wersji dwujęzycznej. Po prostu brakowałoby mi czasu na tłumaczenia. Poza tym blogi piszę przede wszystkim dla siebie i nigdy nie spodziewałem się lawiny komentarzy — tym bardziej, że dziś dominują vlogi i krótkie filmiki na TikToku, a tradycyjne blogowanie staje się coraz mniej popularne. A szkoda!

      Przez 35 lat prowadziłem własny biznes doradczy, zajmując się głównie sprawami podatkowymi, księgowością, doradztwem biznesowym, rozmaitymi sprawami pomiędzy klientami a urzędami, tłumaczeniami, a czasem również zagadnieniami inwestycyjnymi. W ostatnich latach miałem nawet do dwóch tysięcy klientów rocznie. Trzy lata temu sprzedałem jednak firmę i od tamtej pory pracuję już tylko okazjonalnie — a być może wkrótce całkowicie przejdę na „emeryturę”.

      Niektórzy autorzy i celebryci zatrudniali po prostu osoby odpowiadające na maile i listy — przy ich dochodach nie stanowiło to większego problemu, a było świetną formą publicity. Pamiętam, że jeden z nich poświęcał może godzinę tygodniowo na podpisywanie wcześniej przygotowanych przez asystenta odpowiedzi, dzięki czemu de facto odpisywał setkom fanów.

      Ale osoby, do których ja pisałem, z pewnością nie były oblegane przez wielbicieli 😁 Nie prosiłem ich też o autografy. Bywali to profesorowie akademiccy, naukowcy, dziennikarze freelance, lekarze, mniejszej rangi artyści/aktorzy czy autorzy mniej znanych książek. Moje maile zawierały zwykle podziękowania za ich pracę, kilka refleksji i życzenia powodzenia. Dlatego trochę mnie dziwiło, jak rzadko otrzymywałem choćby krótkie „dziękuję”. A już kompletnie nie rozumiem braku odpowiedzi w sprawie pozwolenia na przedruki czy zamieszczenie zdjęcia. Sam otrzymałem wiele takich próśb i zawsze się zgadzałem na ich publikację.

      Serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
    4. Dziękuję za obszerną odpowiedź :)

      Otóż to – język to żywy twór, nieustannie ewoluuje i to, co np. niegdyś uchodziło za niepoprawne, dziś jest tolerowane. Młode pokolenie dba o to, by "ubogacić" polszczyznę zapożyczeniami, przez co wiele angielskich słów takich jak "random" albo "cringe" już na stałe weszło do użycia.
      Zgadzam się z Twoją opinią – te nadużywane zapożyczenia często szpecą, ale jak wspominałam, dziś mało kto dba o poprawność języka. Ludzie wychodzą z założenia, że "i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi".
      Czyli co? Pospieszyłam się z tym skomplementowaniem Twojej polszczyzny, bo to ChatGPT powinien dostać wyrazy uznania? ;)

      Bardzo podoba mi się taka forma dbania o PR – więcej celebrytów powinno ją stosować, bo fani doceniają takie gesty. To buduje większą sympatię.

      Miło byłoby podziękować za tak sympatycznego maila, ale ludzie są... dziwni. A może czasami zwyczajnie za bardzo zapracowani i nie mają czasu/chęci na odpisywanie wszystkim korespondentom? Powodów może być naprawdę mnóstwo. Myślę, że w takim przypadku najlepiej nie doszukiwać się złych intencji, i nie mieć tego nikomu za złe, bo jednak różnie może być – czasami mail ląduje np. w folderze na spam. Zdarzyło mi się tak parę razy, i tylko łut szczęścia sprawił, że nie przegapiłam takiego listu. Dodam tylko, że byli to zaufani nadawcy – osoby, które znałam, lubiłam i z którymi nawet korespondowałam w przeszłości! Zupełnie nie wiem, co sprawiło, że taki e-mail nagle wylądował w spamie!

      Usuń
    5. Nie tak dawno spotkałem się ze słowem „mobbing” w pracy. Nie bardzo go rozumiałem, bo tu raczej używa się słowa „bullying”. Podobnie jak kiedyś słowa „hejtować”. Sądziłem, że oznacza wołanie do kogoś „hej, hej”—i że jest to obraźliwe….😁

      „Czyli co? Pospieszyłam się z tym skomplementowaniem Twojej polszczyzny, bo to ChatGPT powinien dostać wyrazy uznania? ;)”

      Nie zawsze używam ChatGPT—a co ciekawe, gdy to robię, to często praktycznie nie widzę żadnych poprawek—są minimalne i raczej dotyczą spraw technicznych (eliminacja nawiasów, powtarzające się słowa), jak też ChatGPT dzieli mi za długie zdania na krótsze. Faktycznie, często SĄ za długie! Kiedyś kolega prosił mnie o napisanie w ogólniaku bardzo krótkiej pracy pisemnej—jak to powiedział, „jedno zdanie”. No i napisałem jedno zdanie—na półtorej strony! W każdym razie bardzo rzadko edycja mojego tekstu jest zmieniona o więcej niż 5% i wyraźnie proszę ChatGPT, aby NIE dodawał żadnego tekstu. Zresztą… absolutna większość moich blogów http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/ była tłumaczona i pisana (w pocie czoła 😓) przeze mnie.

      „czasami mail ląduje np. w folderze na spam”

      Ja sprawdzam spam regularnie. Poza tym niektóre e-maile mają automatyczną ‘vacation message’—niekoniecznie włączoną, gdy jestem na wakacjach—ona informuję, że otrzymałem wiadomość i że na nią odpowiem w przeciągu np. 3 czy 7 dni.

      Mi też się zdarzyło, że ważne wiadomości wylądowały w spamie, może z powodu użycia przez nadawcę pewnych wyrazów, używanych przez spammerów—jak też z powodu załączników. Dlatego warto do nieznanych/nowych osób wysłać najpierw wiadomość BEZ załączników i ich poinformować, że do następnej wiadomości będą one załączone.

      Usuń
  6. Kto by pomyślał! Takie niewielkie znaczki, a tyle historii z nimi związane! Ja pomyślałam jak ważne jest to, na czym skupiamy swoją uwagę i czemu poświęcamy czas? Zgodnie z zasadą co pielęgnujesz, to rośnie, można wzmocnić obszary, które tego wymagają . Komu i czemu poświęcisz teraz swoją energię i czas? Dobrego weekendu, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, po założeniu tego bloga sam byłem zaskoczony, jak wiele wspomnień i historii mogą przywołać te nieraz bardzo niepozorne pamiątki.

      Masz rację — to, na czym skupiamy uwagę i czemu poświęcamy czas, rzeczywiście zaczyna rosnąć i nabierać znaczenia. Obecnie staram się inwestować jak najwięcej energii przede wszystkim w zdrowie i własny rozwój, bo właściwie wszystko inne opiera się właśnie na tym fundamencie. A poza tym — jak widać — również w pielęgnowanie wspomnień, które przez lata cierpliwie czekały na swoją kolej :)

      Pozdrawiam i życzę słonecznego weekendu — a u nas prognoza pogody na następne 7 dni wprost unikalna: codziennie słońce, ani chmurki, ani kropli deszczu i po +25 C (a nawet +31 C) — idealna na wyjazd pod namiot.

      Usuń
  7. Witaj Jacku
    Przywiałeś wspomnienia o tych książeczkach PTTK. To były czasy...
    Przeczytałam z zainteresowaniem, jak zawsze.
    Pozdrawiam wyczekiwanym deszczem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, to były specyficzne czasy, które pomimo istniejących problemów wspominam z łezką w oku.

      Pozdrawiam—leczy wyczekiwanym słońcem, bo wg prognozy pogody następne 7 dni mają być pełne słońca, bez żadnej chmurki i kropli deszczu, po +25 C do +31 C codziennie!

      Usuń